Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ząbkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ząbkowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2012

Kajaka!

Podobno każde dziecko ma swoje własne, ulubione słowa, którymi nazywa poszczególne rzeczy. Na przykład mój brat na picie mówił kyka, z kolei ja długo nie umiałam poprawnie powiedzieć sufit, zawsze myliło mi się to z fisutem, a mgła z gumółą hahaha (oł meeen ;) ja to mam wyobraźnię ;)). Oczywiście Bartunia nie może być gorszy i także tworzy swoje unikatowe słowa. Od dłuższego czasu, z jego Czekoladowego gardziołka wydobywa się radosne i dosadne kajaka. Nie ukrywam, że od dobrych kilku tygodni głowię się, cóż to kajaka może oznaczać. Najczęściej pojawia się ono w chwili radości i dobrego humoru. Myślę, że ma ono pozytywny wydźwięk. Skąd takie wnioski? Na powtórzone, a to przeze mnie, a to przez kogoś innego magiczne kajaka, na Czekoladowej twarzy pojawia się olbrzymi uśmiech i lekkie zdziwienie, że ktoś poza nim wie, co owe słowo oznacza (to, że tak naprawdę nikt nie wie, to inna para kaloszy ;)). Próbowałam nawet dopytać Męża, czy aby przypadkiem w jego języku nie było podobnego wyrazu, ale niestety poza słowem kaya, nie ma niczego podobnego. Być może ma to jakieś powiązanie z suahilską kaya, tym bardziej, że słowo to oznacza rodzinę :) Może Bartunia tak kocha swoją familię, że okazuje nam to krzycząc: kayaka! :))))? Bo, że kocha pływać kajakiem to nie uwierzę ;) Chociaż ja sama miło wspominam obóz raftingowy hahaha. Oczywiście, gdy tylko odkryję prawdziwe znaczenie kajaki, to dam Wam znać :)))) A może Wy macie jakieś ciekawe propozycje na znaczenie tego słowa? :)))))

***
Coś z nowości. Część z Was, która nas śledzi na facebooku, już wie, że Czekoladka wzbogaciła się o kolejne dwa ząbki, co daje nam w sumie 8 pięknych perełeczek :) Dolne dwójeczki, na razie są lekko widoczne, ale myślę, że na dniach przebiją się i rozgoszczą się na dobre obok dolnych jedyneczek :) Czyżby ostatnia gorączka spowodowana była tym ząbkowaniem? Kto to wie... Poniżej fotka dolnych jedyneczek i lekko zarysowanej dwójeczki :) Górne ząbki schowane pod wargą, ale już się czaję na nie z aparatem :D


***
Podobno mówi się, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Jeśli tak, to jest to dla nas bardzo miła informacja, tym bardziej, że tak nas dzisiaj, na początek tygodnia, rozpieściła firma WADER, z którą obecnie współpracujemy :)


Jak widać, Czekoladka ma ręce pełne roboty. Dziękujemy firmie WADER i zabieramy się do testowania limitowanej serii zabawek Friends on the Move!

***

piątek, 24 lutego 2012

Żarłoczek :)

Odkąd Czekoladka odkrył magiczną moc swoich ostrych bielutkich ząbków, nikt w okolicy nie może czuć się bezpiecznie. I nie mam tu na myśli tylko obślinionych i pogryzionych kolan, ramion, czy też policzków, bo to jest naprawdę mały pikuś. Każdy, kto tylko wejdzie na terytorium Simby, musi się liczyć z tym, że będzie musiał się podzielić swoim posiłkiem. I tak Babcia jedząc swoje śniadanie, chcąc nie chcąc, musi oderwać kawałek chlebka z masełkiem i podać Bartunkowi, czy też Mama jedząca obiadek musi jeść go wspólnie z Synem. Tylko patrzeć, jak będzie chciał też jeść ugali razem z Tatą :) Prawdziwy problem pojawia się w momencie chęci zjedzenia czegoś niedozwolonego dla małego Bartunkowego brzuszka. Bo jak wytłumaczyć Małemu Żarłoczkowi, że śledzie, czy też jajecznica z cebulą to nie danie dla niemowlaka? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Bartulek z trudem przyjmuje odmowę, rzuca się, płacze i krzyczy na całe gardło. Tak mi się dziecię rozszalało z "ludzkim jedzeniem". O ile kasza, czy niemowlęca zupka nie robi na nim takiego wrażenia, o tyle kromka chleba, tudzież jabłko w Czekoladowych oczach maluje się baaardzo smakowicie i kusząco. Tym sposobem, mój Syn zamiast kilku standardowych posiłków, rusza gębulką 24h na dobę. No, ale niech je i nadrabia "bezjedzeniowy" okres ząbkowania.  Na zdrowie, Synku :) Jak to Babcia mówi "Dobrze, że nie jesteś taki jedzeniowy cudak jak Mama :D"


***

wtorek, 21 lutego 2012

Baby blues z opóźnionym zapłonem?

Wracamy z pola bitwy - Bartunek zwycięsko, z 4 nowymi wyczuwalnymi górnymi zębami, z normalną temperaturą ciała i dobrym humorem, a Mama? Ekhm... Mama wraca z nowymi, niekoniecznie miłymi doświadczeniami wczorajszej nocy, spędzonej w rogu łóżka, z milionem wylanych łez, z uczuciem totalnego rozbicia. Na szczęście, jak to w życiu bywa, po nocy przychodzi dzień, który przynosi nowe nadzieje na lepsze jutro. Co prawda, wciąż pluję sobie w twarz za bezsensowne i głupie myśli, które napływały do mojej głowy nocną porą, ale staram się tego nie analizować. Wiem, że wszystko to, spowodowane było totalnym wyczerpaniem i nieumiejętnością ulżenia Czekoladce w cierpieniu. Po tej nocy, jestem bogatsza o nowe doświadczenia, nowe przemyślenia i nowe postanowienia. Pokazałam psychiczną słabość, za którą nie przepadam. Trudno. Było minęło. Jakby nie było - kocham Cię Bartusiu. Uwielbiam Twój uśmiech, śmiejące się oczka i rozbiegane nóżki. Jesteś sensem mojego życia i nikt, ani nic tego nie zmieni :* Myślę, że wbrew pozorom o tym wiesz.

***
Tak jak wspominałam, mam kolejną noc w plecy. O 5 rano musiałam wstać na zajęcia, które się nie odbyły! Można się wkurzyć, c'nie? Na szczęście, dzięki tej "przejażdżce" miałam okazję pobyć sam na sam z własnym ja i "odbyć konstruktywną rozmowę". Ech - Nigdy więcej takich chwil.

http://vitalia.pl/
Przez te zachwiania emocjonalne zaniedbałam troszkę bloga, ale obiecuję Wam, że od jutra sukcesywnie będę umieszczać zaległe recenzje i niespodzianki ;))) 

***

sobota, 18 lutego 2012

Ciężka noc.

Normalnie przypomniały mi się noworodkowe, kolkowe czasy. Cała noc w plecy. Cała noc z Bartunkiem na rękach. Cała noc z Czekoladowymi łzami i gorącym ciałem. Masakra. Niech te zęby się w końcu przebiją i dadzą spokój mojemu kochanemu Simbie. Słyszycie mnie zębiska? Raz dwa, wychodzić na zewnątrz! To jest rozkaaaaz! Mam dość - widoku smutnego, zapłakanego Bartunka, uczucia gorących rączek oraz stópek, morza śliny i 24 godzinnego marudzenia z bólu. Aaaa... Chcę z powrotem takiego uśmiechu, no może nie do końca takiego, bo bogatszego o kolejne perełki :))) Padam...


I teraz jeszcze bardziej się cieszę, że dalej karmię piersią, bo gdyby nie mleczko z cycusia to Bartunek by nic nie jadł oO. Biedactwo... 

***

piątek, 17 lutego 2012

Welcome on board.

Wyobraźcie sobie, jesteście na pokładzie kosmolotu, unosicie się w zerowej grawitacji i przez port widzenia obserwujecie naszą majestatyczną Ziemię. Możecie swobodnie latać po wnętrzu kabiny, spać w powietrzu, słowem doświadczać wszystkiego tego, co do tej pory zarezerwowane było tylko dla astronautów.

fotka z filmu promującego Space Experience Economy Seminar

Tak w dużym uproszczeniu maluje się wizja naszych przyszłych kosmicznych wakacji. Czy w niedługim czasie porzucimy wypoczynek w Egipcie, czy Tunezji, na rzecz Kosmosu? Pewnie nie wszyscy. Obecnie niewiele osób może pozwolić sobie na taki luksus (bilety na lot z firmą Virgin Galactic to koszt rzędu 200 tys. $), a także spora część wciąż boi się takiej formy podróżowania. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Tym krótkim wstępem chciałam nawiązać, do tego, czym chciałam się z Wami podzielić już jakiś czas temu (a jako, że ten blog to mój swego rodzaju utrwalacz wspomnień, to chciałam to także tutaj zapisać. Oczywiście dodatkowo liczę, że dzięki temu postowi w jakimś tam stopniu nagłośnię temat i znajdę zwolenników takiej formy turystyki).

fotki pochodzą z filmu "Space Tourists"
Moje drogie i moi drodzy, pragnę Wam zakomunikować, że kilka tygodni temu, została powierzona mi zaszczytna i bardzo odpowiedzialna rola - prezydenta i tym samym pioniera turystyki kosmicznej w Polsce. Dacie wiarę? mtotowangu prezydentem? Hihihi, ano tak. Jednym z obowiązków prezydenta jest informowanie obywateli swojego kraju i promowanie szeroko rozumianej turystyki kosmicznej. Odbywa się to m.in. poprzez działalność Międzynarodowego Oddziału Stowarzyszenia Turystyki Kosmicznej w Polsce (Space Tourism Society Oddział Polska). Osoby będące w temacie, pewnie znają główny Amerykański Oddział STS, który został powołany i założony przez wybitnego architekta kosmicznego NASA, Johna Spencera. Hihihi i to właśnie z rąk samego J.Spencera dostałam oficjalny list nominacyjny :)))) Nooo... To jest właśnie ta nowinka, która swego czasu wywołała szeroki uśmiech na mojej twarzy (a pewnie teraz spowodowała smutek w sercach osób, które spodziewały się drugiej Malutkiej Czekoladki w brzuszku ;)). 

fragment listu nominacyjnego ;)))
Tym samym, z góry przepraszam za prawdopodobne przyszłe kosmiczne wtrącenia. Obiecuję robić to jak najrzadziej. Wszak od tego będzie strona oficjalna STS w Polsce, a także oficjalny fanpage STS Oddział Polska, na który zapraszam wszystkie osoby zainteresowane tematem (także przyszłych, potencjalnych turystów kosmicznych). Na pocieszenie powiem Wam, że jeśli Waszą jedyną barierą uczestnictwa w wycieczkach kosmicznych jest cena, to komunikuję, iż wkrótce to się zmieni. Niby jak? Otóż firmie Virgin Galactic konkurencja depcze po piętach i w wyniku praw rynku, ceny zaczną spadać na łeb i szyję. Także jeszcze nic straconego. Wszyscy jeszcze spotkamy się w kosmosie, a jeśli nie my, to nasze dzieci ;)))

Po więcej informacji odsyłam na oficjalną stronę STS (po angielsku) oraz na fanpage Polskiego Oddziału (strona internetowa w budowie)






Na koniec mała prośba, jeśli ktoś miałby ochotę, dobre chęci i czas, na podrasowanie graficzne loga STS Oddział Polska, to proszę o kontakt: mtotowangu@wp.pl :)


Na dziś to by było na tyle ;))) 

***
Umęczony gorączką Synek śpi. Dzisiejszy dzień nieźle nas wymęczył, wysoka temperatura dała nam się wszystkim we znaki. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Za radą Karoliny zakupiliśmy DENTINOX i smarujemy dziąsła Czekoladki. Muszę przyznać, że efekty są zadowalające. Dziękuję serdecznie za pomoc :)) A teraz wykorzystując chwilę dla siebie, w końcu mogłam spokojnie usiąść w rogu łóżka i napisać tego posta :)

***

:(

Ten post miał być zupełnie o czymś innym, ale dzisiaj nie umiem się z niczego cieszyć. Chciałam, w końcu napisać, co mnie tak uszczęśliwiło kilkanaście dni temu, ale i na to przyjdzie pora. Niestety dzisiejszy dzień nie przyniósł dobrych nowin. Bartunek, po bardzo niespokojnej nocy, obudził się rozgrzany i mokry jak szczurek. Od razu wiedziałam, że nie wróży to nic dobrego. Wystarczyło dotknąć jego malutkiej stópki, bądź rączki, by mieć pewność, że ma wysoką temperaturę. Pomalutku wszystko zaczyna układać się w jedną całość - niechęć do prawego cycusia, marudzenie i chwytanie się za uszka oraz główkę. Najprawdopodobniej mamy powtórkę ze Świąt Bożego Narodzenia i ząbkujemy. Już kilka dni wcześniej, odkryłam wyraźnie zarysowaną, białą "bułeczkę" na lewym, górnym dziąśle. Nie byłam do końca pewna, czy to ząbek czy nie, ale teraz nabieram pewności. Niestety moje prośby o bezbolesne i bezobjawowe ząbkowanie kolejny raz się nie powiodły. Ech. No cóż. Nie pozostaje nam nic innego, jak wspierać Syneczka w tym trudnym okresie i walczyć z tą okropną gorączką. Grrr... Nienawidzę złych newsów :( W ruch standardowo poszedł IBUM oraz czopki. Mam nadzieję, że chociaż one przyniosą ulgę mojemu kochanemu Simbie. Nie mogę patrzeć, na jego rozpalone oczka i ciałko :( Buuu... Już wolę jak jest taki nadpobudliwy i ucieka mi z gołą pupką, podczas zakładania pampocha. Bartunku! Zdrowiej nam :(


Na koniec pytanie do Was - czy stosowała, któraś z Was plasterki IBUM ICE? Od którego są miesiąca i czy faktycznie przynoszą ulgę :(?

***

poniedziałek, 6 lutego 2012

Je, je, je, jeee...

Dzień jak co dzień. Czekoladka budzi się w granicach 6 - 8 godziny, kilkanaście minut leży na łóżku z nogami do góry, mrucząc przy tym niesamowicie (wynika to z faktu nieumiejętności otworzenia oczu po spaniu. Podobny problem napotyka w momencie zamykania oczu wieczorem hehe ;)) Generalnie Bartunia tak samo nie lubi zapadać w sen, jak i się z niego wybudzać ;)) Po jakimś czasie, gdy widzi, że nikt nie reaguje na jego mruczenie, rozpoczyna się etap niezawodnego kopania Mamy i Taty. Zazwyczaj to Mama nie wytrzymuje pierwsza i z "wieeelkim uśmiechem i wyspanymi oczami" wstaje z Czekoladką z łóżka, rzucając tylko do Dużej Czekoladki: "Śpij, my idziemy oglądać DDTVN". I tak też czynimy. Oczywiście najpierw ma miejsce karmienie Bartulka, potem zmiana pampiocha i dopiero po tych czynnościach, oboje zadowoleni (no u Mamy to różnie bywa z tym zadowoleniem ;)), idziemy do pokoju Babciowo-Dziadziowego i oglądamy DDTVN. Prawda jest taka, że Czekoladka w tym czasie bawi się na Babcinym łóżku zabawkami, a Mama w bezpiecznej odległości ogląda program. Tak sobie siedzimy i bawimy się, nie do końca zważając na TV, aż do głównego punktu DDTVN, czyli tytułowego Je, je, je, jeeee... Kto ogląda ten bez trudu odgadnie, że za tymi magicznymi słowami kryją się ploteczki z szołbiznesu :)))) Hehe. Nawet nie chodzi o same plotki, bo te zawsze wcześniej przyswojone zostają na Pudelku/Lansiku/Kozaczku/Plotku/Fakcie, ale o samą wstawkę "Somebody has to beeee the best in the business" <śpieeeeeew>. Chociaż zdecydowanie wolimy je, je, je, jeee ;)) Wszystko obyłoby się bez echa, gdyby nie fakt, że dzisiaj to nie Mama nuciła Je, je, je, jeee... tylko nie kto inny jak mój Malutki Czekoladowy Synek! Naprawdę. Niech mnie żyrafa kopnie jeśli kłamię. Od tej chwili tytułowe słowa, towarzyszą nam cały dzień :) Tym samym rozpoczęliśmy etap przedrzeźniania słownego. Do tej pory Czekoladka naśladował nas ruchami: a to papa, a to cmok, a to kosiu-kosiu, a to kaszel, czy brzeczenie palcem po ustach, a teraz przyszedł czas na naśladowanie głosowe :)))) Ach, urocze to jest. 


Ale to nie koniec Czekoladowych nowości. Od kilku dni Bartulek odkrył w sobie wielką potrzebę sprzątania. Zaczęło się od Babcinych szuflad, a skończyło się na zrzucaniu wszystkiego, co znajduje się w zasięgu Czekoladowej łapki. Heh... z przykrością muszę się przyznać, że największą frajdę Bartulkowi sprawia zrzucanie nowiuteńkich kosmetyków do testowania i bucików StonzWear ;))) Hmmm... Może Czekoladka w ten sposób chce przetestować nowe produkty? Kto to wie ;))))


Podobną radość na Bartusiowej buziuńce wywołuje podglądanie domowników, poprzez samodzielne otwieranie drzwi. Niestety Czekoladka nie opanowała jeszcze idealnego momentu puszczania drzwi, tym samym bijąc się w malutkie czółko. No cóż, czasami nauka bywa bolesna ;)))) Chociaż bólu to ja na tej Czekoladowej twarzyczce nie dostrzegam. Jedyne, co można zobaczyć, to dwie perełeczki, raz po raz, kokietujące z buziuńki (niestety ciężko je lepiej sfotografować i tak, to cud Boży, że udało mi się je w ogóle uchwycić). I właśnie tymi ślicznotkami się do Was uśmiechamy na "do widzenia" :)))


***
Na koniec ważna sprawa - dołączyliśmy do grona wielu zwolenników bezklapsowego wychowania. Dołączcie i Wy -> klik w obrazek :) Razem z pomysłodawczynią, Anną Golus, serdecznie zapraszamy :)


***

środa, 18 stycznia 2012

Miś o bardzo małym rozumku :)

Słysząc powyższe słowa, od razu przed moimi oczami pojawia się obraz cudownego żółtego misiaczka w czerwonej koszulce ze słoikiem miodu pod pachą. Ale nie tylko. Z Kubusiem Puchatkiem, bo o nim mowa, kojarzy mi się także mój plecaczek, który dostałam pewnego dnia od mojej Mamy. Przemierzyłam z nim nie jeden szlak i zobaczyłam nie jedną atrakcję, a w momencie wielkiego głodu, raz dwa rozsuwałam magiczny suwaczek na plecach i pałaszowałam "brzuszkowe" łakocie. Już jako mała dziewczynka, planowałam sobie, że jak tylko będę miała dziecko, to podaruję mu ten pluszowy drobiazg. I tak też się stało. Od 10 miesięcy Kubuś Puchatek jest już własnością Małej Czekoladki. Co prawda, na razie służy on bardziej do zabawy (szczypania, bicia i rzucania ;)), niż do noszenia na pleckach, ale myślę, że na wiosnę już się to zmieni :)) Mam nadzieję, że na planowany majowy wypad w góry, Puchatkowy brzuszek wypełni się herbatką w niekapku oraz innymi Bartulkowymi smakołykami.


A skąd w ogóle Kubusiowy temat? Pewnie część z Was się domyśla, że przyczyną takiego wpisu jest Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka, który obchodzimy w dniu dzisiejszym, na pamiątkę urodzin jego twórcy - Alana Aleksandra Milne'a. Jesteście w stanie sobie wyobrazić, że ten żółty misiaczek bawi nas już od 86 lat?! Niezły wiek, c'nie? Co ciekawe, doczekał się on nawet własnej ulicy w samym sercu Warszawy, którą mieliśmy okazję mijać podczas naszej wycieczki do stolicy. 

 
Powiedzenia Kubusia Puchatka na stałe zagościły w potocznej mowie. Bo tylko powiedzcie mi, czy ktoś z Was nie kojarzy tekstu: "Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego?". No właśnie... Ja z kolei uwielbiam ten cytat: 
"– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego. – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika."

Chociaż od niedawna inne z powiedzeń Kubusia Puchatka jest mi niezwykle bliskie. Oddaje ono w pełni moją miłość do moich Czekoladek:
"Jeśli będzie Ci dane żyć sto lat, to ja chciałbym żyć sto lat minus jeden dzień, abym nie musiał żyć ani jednego dnia bez Ciebie."
 
Taki oto jest Kubuś Puchatek, udowadnia nam, że nawet w takim małym rozumku, może kryć się tyle mądrości i miłości :))) I za to właśnie go kochamy :))))) Kubusiu Puchatku, życzymy jeszcze wielu, wielu miodowych chwil w Stumilowym Lesie :))

***
A co u mojego Czekoladowego Misiaczka? Hmmm... chociaż chyba zamiast Misiaczek powinnam użyć słów Marudka. Niestety ostatnie dni dają się we znaki zarówno Małej Czekoladce, jak i reszcie rodziny. Przyczyny najprawdopodobniej należy szukać w Czekoladowej buźce. Ukojenie przynosi żel Bobodent, sprytnie przetransportowany na dziąsełka na Maminym palcu. Ech... kiedy to się skończy? 

***

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Teraz będę gryzł :)

Dzisiejsza pobudka była naprawdę hardcorowa. Łudziłam się, że to tylko chwilowe wybudzenie, które skończy się tak jak podczas poprzednich nocy, czyli wyciumaniem cycusia i zaśnięciem z jedną nogą wyłożoną na Mamie, a drugą na Tacie. Niestety nie tym razem. Król Simba zadecydował, że dzień dzisiejszy zacznie się troszkę wcześniej, niż u normalnych ludzi, bo już o godzinie 2. Nic to, że Mama miała dzisiaj na rano na uczelnię (która na szczęście skończyła się baaaardzo szybko :)), Bartulek chce się bawić i będzie się bawił. I tak trwały sobie te poranne harce do 6 rano, kiedy to Mamie już było wszystko jedno - w końcu nie opłacało się kłaść spać na 20 minut :) Chociaż są plusy tego wczesnego wstawania, możliwość nadrobienia blogowania. Ale, żeby nie było tak pesymistycznie to powiem Wam, że po powrocie z uczelni czekała na mnie piękna nagroda za te poranne marudzenia i bezsenność. Otóż w buziuńce Bartulkowej wypatrzyłam piękną drugą dolną jedyneczkę :) Tym sposobem Czekoladka stała się właścicielem dwóch pięknych bieluteńkich perełek, które ostrzone są raz po raz na wszystkich okolicznych grzechotkach :) Hihihi... Już nie mogę się doczekać widoku Czekoladki szamającego kanapeczki z serkiem (ekhm... jakoś szynka nie może mi przejść przez palce - sama nie jem wieprzowiny :P). Niah, niah... zabawo zębowa trwaj :-) 


A na koniec posłuchajcie, czym dzisiaj Duża Czekoladka usypiała Bartunkę :) Czyż to nie słodkie? Muszę tutaj pochwalić Męża, że poradził sobie perfekcyjnie :)



 ***

środa, 4 stycznia 2012

Czekoladowy miks.

Tytuł ogólny, bo dziś będzie bardzo ogólnie i misz-maszowo. Zaczynamy oczywiście od osoby Czekoladki, która przeżywa szaleństwo rozwojowe. Jest to o tyle trudne, że z tym skokiem rozwojowym łączą się napady złości, płaczu, marudzenia oraz śmiechu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ułożyłam to w dobrej kolejności, ale w sumie ciężko jednoznacznie to stwierdzić. Momenty totalnej złości i marudzenia przeplatane są chwilami radości, gadania, śmiania się i brumbrumczenia (ostatnio ulubiony odgłos wydawany przez Bartulkę) i ciężko jest przewidzieć, w którym momencie nastąpi drastyczna zmiana humoru. No, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Pocieszający jest fakt, że zmiany rozwojowe widoczne są gołym okiem. Chociażby poszerzenie  zasobu sylab wymawianych przez Czekoladkę. Do poprzednich ma-ma, ta-ta, ba-ba, dzia-dzia, doszły ga-ga, ka-ka, ko-ko, nie-nie oraz najfajniejsze du-pa. Hahaha. To mnie rozłożyło na łopatki. Wiem, że był to tylko śmieszny zbieg okoliczności, ale musiałam to zapisać. Pierwsza du-pa za nami :D Zabawnie słuchać takiego miksu sylabowego oraz słówek, które powstają przy takim gadaniu. Czasami próbuję sobie wyobrazić jak to będzie, gdy Czekoladka będzie już mówić całymi zdaniami, gdy przyjdzie do mnie i powie: "Mamo, pobawimy się?" albo zwyczajne: "Mamo, chodź tuuuu!". Duża Czekoladka śmieje się, że Synek nazywa mnie Ga-gą. Oczywiście w jego wyobrażeniu Bartuś ma na myśli Lady Gagę, z której często się śmiejemy. Żeby pokazać, że i ja się z tego śmieje, wyginam się w dziwnym pozycjach i śpiewam kawałki wspomnianej Gagi, przyprawiając Synka o ból brzucha ze śmiechu.
Kolejną zauważalną zmianą jest uzębienie Czekoladki. Co prawda, nie do końca jest to namacalna zmiana, bo widać tylko jeden ząbek, ale wyjście drugiej dolnej jedyneczki to tylko kwestia czasu. Po dokładniejszym przyjrzeniu się, w dziąśle widać ładnie zarysowany ząbek. Myślę, że i to ma wpływ na zmiany nastroju Synka.
W ogóle z tymi humorami Bartka to jest naprawdę ciężko. Dzisiaj np. nie pozwolił Babci w spokoju zrobić prania, bo przecież jego osoba jest ważniejsza niż jakieś tam brudne ubranka. Za każdym razem jak Babcia próbowała wymienić pranie, to głowa Czekoladki musiała dokładnie analizować cóż to ciekawego się tam dzieje. Tym sposobem Mama musiała cały czas stać w łazience i pokazywać z bliska piorącą pralkę. Po tym wspólnym praniu, ręce mam do ziemi. Niestety Bartek nie waży już 3 kilo i jest to bardzo mocno odczuwalne (ile waży dokładnie, dowiemy się jutro u lekarza na wizycie kontrolnej ;)).
Następna kwestia - weszliśmy w etap nietolerowania obcych. Tym bardziej stresuje mnie jutrzejszy lekarz. Wczorajsza wizyta wujkowego kolegi wywołała morze łez i szlochów. Czekoladowe serce biło tak mocno, że nie mogłam go uspokoić. Ładne klocki.

A teraz troszkę o Mamie (uwaga, będę się chwalić). Od kilku dni trwa dobra passa konkursowa. Kurier odwiedza mnie tak często, że chyba zaczniemy sobie mówić dzień dobry na ulicy. Niedawno przyszedł do mnie wygrany rożek oraz kalendarz biurowy, a jeszcze wczoraj wieczorem dostałam miłą informację o wygranym e-booku. Jest mi o tyle miło, że w ogóle nie spodziewałam się tej nagrody.  

http://www.goneta.net/sklep/product_info.php?products_id=142

Z kolei dzisiaj rano zapukał do mnie listonosz ze słowami: "To do skrzynki nie wejdzie" i podarował mi tą oto paczuszkę od BoboVity. Hihihi, a w sekrecie Wam powiem, że jeszcze na coś czekam ;)))



Ale, żeby nie mówić tylko o sobie, to przypominam o wciąż trwającym CZEKOLADOWYM CANDY, w którym obdaruję 3 osoby niespodziankami :)


A ja po cichu liczę, że dobra passa nie opuści mnie i w tym tygodniu, bo szykuje mi się ciężki poniedziałek na uczelni. Nie mniej jednak trzymajcie kciuki!!! :) 

***

piątek, 30 grudnia 2011

Krew się polała...

Często na moim blogu macie okazję przeczytać relacje z testowania produktów, które otrzymujemy w ramach współpracy z różnymi firmami. Nasz najnowszy nabytek (?) do testowania, był u nas już od dłuższego czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że jest najintensywniej i najdokładniej przemaglowanym przez Czekoladkę produktem. Piszę w czasie teraźniejszym, ponieważ w dalszym ciągu przeprowadzamy testy i sprawdzamy odporność materiału na nowe bodźce. Od czasu pojawienia się malutkiej perełki w buźce Bartulka, testowanie nabrało zupełnie innego wymiaru. Gryzaczek, bo o nim mowa, został dotkliwie potraktowany przez prawie niewidocznego ostrego kolegę - pana Ząbka, w dniu wczorajszym. Wszystko było by pięknie, ładnie, gdyby nie fakt, iż tym nowym produktem, który tak intensywnie maltretujemy od ponad 9 miesięcy, jest nie kto inny, jak dobrze znany MAMINY PAN CYC! Dokładniej prawy pan Cyc. Nie wiem dlaczego, ale właśnie jego tak strasznie upodobał sobie mój Synek do bolesnego testowania. Przecież lewy praktycznie niczym się nie różni od prawego, a jakoś jego traktuje bardziej delikatnie.


Nie raz czytałam na blogach, że w momencie pojawienia się ząbka u dziecka, Mamy kamienieją ze strachu, jak to teraz będzie. W końcu zęby służą do gryzienia, więc przewidywalnym jest, że w chwili pojawienia się ich w malutkiej paszczy, od czasu do czasu, Gryzoń może poczuć w sobie żądzę wypróbowania nowego ząbka na kawałku mięsa. Przyznaję się bez bicia, że czytając takie ostrzeżenia dzieliłam je przez 10 i w głowie myślałam "Gadanie...". Teraz, po wczorajszym incydencie czuję się w obowiązku przeprosić wszystkie osoby, które potraktowałam w taki sposób w swojej głowie. Padam na kolana, biję się w pierś i przyznaję: Dziecko z zębem jest niebezpieczne (uprzedzam ataki - to jest moja SUBIEKTYWNA ocena ;)). A o prawdziwości tego zdania przekonałam się wczorajszego wieczora, gdy Czekoladowy Simba z radością w oczach ugryzł mnie w mojego, Bogu winnemu, cycorka. Polała się tytułowa krew i ból przeszył całe moje ciało. Jak na złość, Bartulek ugryzł mnie dokładnie w tą samą pierś, o której pisałam kilka wpisów temu. Teraz nie dość, że boli mnie pierś z niewiadomej przyczyny, to dodatkowo mam rozerwany sutek, z którego leci krew. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że po drugim podaniu Cycusia, Czekoladka zrobił dokładnie to samo co za pierwszym razem, poprawiając nową ranę dodatkowym zadrapaniem. Hihihi, żeby było jeszcze śmieszniej, mój Malutki Gryzoń skwitował to wszystko uśmiechem nr 73, czyli "bezzębnym uśmiechem" (ząbek delikatnie prześwituje, więc nie chcę myśleć co to będzie, gdy pojawi się cały oO), a radość wypełniła czekoladowo-czarne oczka. Mąż po zobaczeniu krwi na wkładce laktacyjnej (hihi, gdybym była ekshibicjonistką to zrobiłabym fotkę i ją pokazała hyhy) stwierdził, że może czas pomyśleć o zakończeniu karmienia. O nie, co to to nie. Zacisnę zęby i przeboleję, a swoją drogą po cichu wierzę, że Bartulek sam zrozumie, że kanibalizm nie jest fajny ;)))


***

środa, 28 grudnia 2011

Pożegnanie? Powitanie!

W tym roku zdarzyło się coś niesamowitego. W Czekoladowej rodzinie Sylwester, a tym samym Nowy Rok nastał troszkę wcześniej. Wieczorem wszyscy zaczęli świętowanie, Dziadek specjalnie na tą okazję wyciągnął szampana z lodówki, Babcia otworzyła owoce w puszce i wspólnie obchodziliśmy bardzo ważne wydarzenie. Duża część z Was doskonale wie o co chodzi. Dzyń, dzyń - dokładnie dzisiaj, 28 grudnia 2011 roku o godzinie 16stej, dźwięcznie zadzwoniła łyżeczka w Czekoladowej buźce. Tak jest! Mamy zęba. Śliczną lewą dolną perełeczkę, która tak nam dała popalić (i to dosłownie!) przez okres świąteczny. Wszystko stało się jasne, gorączka, marudzenie, płacz i zgrzytanie dziąsłami. Intuicja mnie nie zawiodła - ząbkowaliśmy.
W sercach wszystkich domowników zapanowała olbrzymia radość, po tym jak Babcia odkryła pierwszego Bartulkowego ząbka. Co prawda, ja bym się kłóciła co do tego kto był pierwszy, no aleeee... Moje cycorki i tak wiedzą lepiej od kiedy są gryzione hehe ;) Ale faktem jest, że to Babcia za pomocą łyżeczki dała namacalne dowody na istnienie tej bieluteńkiej ślicznotki. Duża Czekoladka, Czekoladowa Babcia i Dziadek z dumą przechadzali się po mieszkaniu popijając szampana, podczas gdy Mama oddawała się kontemplacji o tym, że to koniec pewnego etapu... koniec bezzębnego uśmiechu. Mojego kochanego bezzębnego uśmiechu. Ach. Wszystko płynie...
Tak oto Czekoladowa rodzina (oczywiście beze mnie :P) żegnała bezzębny uśmiech, a witała pierwszy Czekoladowy Ząbek :)


To nie jedyna dobra nowina dnia dzisiejszego. Proszę tylko spojrzeć jak szybko doszło do realizacji wczorajszego wpisu. Mówimy i mamy. Całą szafkę nowych, dużych bodziaków i "rajstopek".


Bartkowi tak się spodobały reklamówki pełne nowych ubranek, że postanowił je wszystkie szybko rozpakować :) W ten oto sposób :)


Takiego zdolnego mam Syneczka :) Skutecznie zmotywował Mamę do uporządkowania nowych ciuszków. A mało tego, znalazł kartę stałego klienta, o której istnieniu nie miał nikt pojęcia :D Nawet Babcia, która zrobiła nam ten prezencik :D Hihihihi...
Koniec narzekania na brak ubranek, stroimy się i czekamy na zębową wróżkę, która co prawda nie ma nam zabierać ząbka spod poduszki, ale ma go nam jak najszybciej pokazać caluteńkiego, bieluteńkiego i równiutkiego :) Wszystkie nowe ząbki będziecie mieli okazję "obserwować" po prawej stronie bloga :) Dobranoc! :-)

***
Swoją drogą znacie dobry sposób na obolałą pierś? Nie wiem co się stało, ale prawy cycorek nie daje mi spokoju. Boli jak nie wiem co, a najgorszy jest ból podczas karmienia, gdy napływa mleko :( Jak sobie ulżyć? :((((

***
W dalszym ciągu zapraszamy na CZEKOLADOWE CANDY. Klikamy w obrazek :) Cieszy mnie tak duże zainteresowanie, jeśli dalej tak pójdzie to być może pokuszę się o dwie dodatkowe mini nagrody? :)


***

niedziela, 25 grudnia 2011

Święta, święta...

Właściwie to mogę napisać, że już po świętach. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dzień 26grudnia traktuję już jako normalny dzień i złoszczę się, że wszystko wkoło jest pozamykane. Wiem, że z perspektywy osoby pracującej jest to głupie myślenie, ale nic na to nie poradzę, że dwa dni wolnego to dla mnie wystarczająco długo. Te Święta na długo zapiszą się w mojej pamięci, niestety nie z takiej przyczyny jakiej bym sobie życzyła. A to wszystko za sprawą przeklętej gorączki, która nas niestety nie opuściła. Jedynie udaje nam się ją zbić do normalnego poziomu na góra 6 godzin, a po tym czasie temperatura na nowo znacznie wzrasta. Jest to o tyle bolesne, że zupełnie nie wiem co jest tego przyczyną. Bartek nie wygląda na przeziębionego, nie kaszle, nie kicha i nie ma kataru. Za to maruda z niego niesamowita, ale to całkiem zrozumiałe, bo w końcu każdy jest marudny, gdy go coś boli. Gdzieś słyszałam, że statystycznie waga każdego Polaka w trakcie świąt zmieni się o ok. 5 kilogramów, w moim przypadku chyba będzie to 5kg na minus. Od ciągłego zabawiania i tańczenia w rytm Man down i Move like Jagger na bank ubyło mi kilka centymetrów. Grunt, że chociaż na chwilkę Czekoladka może zapomnieć o bólu. A na tą chwilę jestem przekonana, że boli go głowa, bo chwyta się za nią non stop, a także ciągnie się za uszy. Teoretycznie są to symptomy ząbkowania, ale czy to jest przyczyną to nie wiem na 100%. Kolejna sprawa, Bartulek głośno strzela dziąsełkami, gryzie wszystko i wszystkich, a także ślini się niemiłosiernie.  Wszystko wskazuje na ząbki, ale tak czy siak ta wysoka temperatura mnie przeraża. Jeśli do wtorku nie minie to wybieramy się do lekarza. Ech... A miało być tak pięknie :( Nasze pierwsze wspólne świętowanie. Prezenty gwiazdkowe czekają na lepsze, bezbolesne czasy (o moich chciałoby się pisać całe poematy, ale humor nie ten :(). Czekoladkowe prezenty wywołują radość na jego twarzy tylko po zadziałaniu lekarstwa... A trwa to niestety krótko :(((( Ych. Nie tak wyobrażałam sobie pierwsze Święta Bożego Narodzenia mojego Synka :((((
Żeby nie do końca było tak pesymistycznie, to przedstawię Wam nową koleżankę Simby - panią Gąsienicę, która po naciśnięciu przycisków gra różne melodyjki, a po przestawieniu guziczka służy jako mini pianinko :) Na tą chwilę razem z Dużą Czekoladką wymiatamy w Jingle Bells :) Hihihi...


***

piątek, 23 grudnia 2011

Gorąąąący czas.

A to z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest nieprzyjemny, nieciekawy i bolesny. Drugi z kolei bardzo, ale to bardzo miły. Ale może zacznijmy od pierwszego. Nie wspominałam Wam tutaj o tym, ale pisałam raz na fb, że od kilku tygodni jestem przekonana, że Bartek ząbkuje. Najpierw "widziałam" ząbka u góry (który w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął), a teraz jestem przekonana (i nie tylko ja), że ząbki pojawiły się na dole. Dodatkowym symptomem naszego ząbkowania jest Bartulkowa gorączka, która nie pozwala mu spać. Po prostu tragedia. Jest to o tyle męczące, że zupełnie nie wiem jak mu pomóc. Oczywiście w ruch poszły czopki przeciwbólowe oraz IBUM, ale ileż można tak funkcjonować?. Ech. Z tego wszystkiego Bartek nauczył się pluć na odległość, niczym Jack z Titanica :P i tym sposobem nie ma miejsca w mieszkaniu, które nie byłoby obślinione. Na okres ząbkowania zrezygnowaliśmy z podawania kaszki, bo Bartulek niechętnie ją przełyka, a jeśli już coś weźmie do buzi to od razu ląduje to na podłodze/mamie/babci/tacie. Jedyne co toleruje to cycuś. Mam nadzieję, że ząbki szybko się pojawią i dadzą nam spokój. Chociaż na spokojne Święta chyba już nie ma co liczyć... Byle do pierwszego ząbka :)


Druga część wpisu jest znacznie przyjemniejsza. W naszym domu (jak pewnie u większości z Was) zapanowały gorące przygotowania przedświąteczne. Tak jak wspominałam kilka wpisów temu, przygotowaliśmy niespodziankę dla rodziców mojego Męża. Poopisywaliśmy wszystkie zdjęcia (a było naprawdę ciężko :P, bo jak wytłumaczyć komuś kto nigdy nie widział smoczka na oczy, co Bartulek ma w ustach na większości zdjęć? Wymyśliliśmy, że nazwiemy to sztucznym cycem hehe :P Dodatkowym utrudnieniem było pisanie w języku suahili. Mój Mąż wyręczył się mną przy opisywaniu zdjęć, dlatego wszystko nieźle przedłużyło się w czasie, no ale dałam radę :))), napisaliśmy list (Mąż swoją część, a ja swoją :P. Na końcu swojej części ostrzegłam, że dopiero uczę się suahili, hihi, żeby nie było niedomówień ;]), dołączyliśmy kartkę świąteczną z życzeniami, do której włożyliśmy dwa małe opłatki i wszystko wysłaliśmy listem do gorącej Tanzanii. Niestety okres świąt opóźni troszkę dostarczenie listu, no, ale grunt, że już sobie leci tam gdzie ma lecieć :))))) 


Kolejnym etapem przygotowywań było udekorowanie choinki. Tego zadania podjęła się Babcia, która pięknie udekorowała świąteczne drzewko :) DZIĘKUJEMY CI BABCIU :*

 
Reakcja Bartusia była zupełnie inna niż się spodziewałam. Wydaje mi się, że migoczące światełka oraz mnóstwo bombek tak go zaatakowały, że chłopak postanowił spasować. Generalnie najwięcej radości sprawia mu trzymanie drewnianego konika i bałwanka :P


Dzisiaj wszystko spisane "na kolanie", ale jutro obiecuję powrócić z bogatszym wpisem, a także z życzeniami :) Tak więc, do jutra! :)
 
 ***