Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobusiowe zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobusiowe zakupy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 marca 2012

Bruuuum.

Nasz dom opanowała mania motoryzacyjna. Wszędzie "walają się" przeróżne cztero i trzy kołowe wehikuły, które poruszane, czy to przez Mamę, czy przez samego Bartusia, rodzą głośne "brrrum" w Czekoladowym gardełku. Nawet na dzisiejszym spacerku zewsząd atakowały nas wielkie pojazdy, które wywoływały w Czekoladce ogromne pokłady radości i zaciekawienia. Biedna Babcia, chcąc nie chcąc, miała małą przebieżkę z Bartulkową karetą (jeszcze wózeczkową, na moto-rowerek przyjdzie pora w cieplejsze dni). Głowa Czekoladki z wielkim wysiłkiem wykręcała się to w prawo, to na lewo w celu dokładnego przyglądnięcia się wielkiej śmieciarze :) Typowy facet mi rośnie :) Myślę, że na potrzeby takiej obserwacji, przydałaby się Bartunkowi głowa gołębia. Czasami nie mogę wyjść z podziwu jak te puchate ptaszydełka potrafią wykręcać swoją szyję :P Ale ja nie o tym... Nie bez powodu podejmuję temat motoryzacyjny. Otóż muszę się Wam przyznać, że sama poddałam się mani zakupkowej i zgodziłam się na kolejny pojazd w naszym, i tak małym, mieszkaniu. Jestem przekonana, że to Babcia Czekoladki tak na mnie działa, no ale... Doszło do tego, że teraz także i moja twarz powinna być przekreślona na witrynach sklepowych. Tylko spójrzcie, cóż to takiego, tak nas zainteresowało i spowodowało chęć zakupu:

WÓZ STRAŻACKI JESZCZE BEZ NAKLEJEK ;P

Skąd w ogóle pomysł na jeździk dla Czekoladki? Wszystko zaczęło się dnia wczorajszego, kiedy to Babcia postanowiła pobawić się w "pudziana" ze swoim wnuczkiem i urządzili oni sobie zawody w pchaniu wielkiego pudła pełnego Pampersów (Carrefourowa promocja rlz ;)). Tak sobie pchali i pchali, gdy w pewnym momencie, w bardzo mądrej Babcinej głowie pojawiła się myśl: "A czemu nie kupić Bartkowi pchacza/jeździka? Widziałam taki w gazetce Carrefoura! Niedrogi :D Jutro idziemy go zbadać :)". No i jak Babcia pomyślała, tak powiedziała i zrobiła. I tym oto sposobem Bartulek ma nową zabawkę w postaci czerwonego wozu strażackiego. A co. Za taką cenę to nawet jakby miał dwa razy przejechać, to i tak było warto :)



***

sobota, 11 lutego 2012

WŁOS LEK z FLOSLEK.

Włosy, włosy. Z nimi zawsze miałam problem. Według mojego Męża jest to problem zupełnie wyimaginowany, ale cóż facet może wiedzieć o włosach ;))) Właściwie to długo udawało mi się ukryć przed nim, że w ogóle takowy problem istnieje. O czym mówię? O moich kręcono-falowano-niesfornych lokach. Wszystko szło zupełnie sprawnie. Od kilku lat "prasowałam" włosy na proste druty. Czasami efekt utrzymywał się dłużej, czasami krócej, ale zawsze wyglądały one dosyć naturalnie. Niestety (dla Dużej Czekoladki stety), pewnego wiosennego popołudnia, podczas romantycznego spacerku, rozegrała się iście filmowa scena. Ciepły deszcz, brak parasola i dłuuuugie kilometry do najbliższego miejsca schronienia. Z każdą kroplą deszczu moje włosy zmieniały się w znienawidzony przeze mnie obraz. Z idealnie prostych włosów, nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na głowie wytworzyła mi się falopodobna masakra. Nie muszę chyba pisać, że gdy tylko dotarliśmy do restauracji, to pierwszym moim odruchem było pognanie do toalety i próby rozpaczliwego ratowania wizerunku. Niestety, jak się domyślacie zakończyło się to fiskiem i z zepsutym humorem wróciłam do stolika. Byłam pewna, że jest to nasza ostatnia randka, wszak kopciuszek zamienił się w okropną żabę... Reakcja mojego Dużego Czekoladowego Szczęścia była zupełnie niespodziewana: "Kochanie, dlaczego ja nie wiedziałem, że masz takie piękne włosy? Dlaczego Ty je tak niszczysz? Powiem Ci w sekrecie, że zawsze marzyłem o dziewczynie z długimi ciemnymi lokami. A teraz co się okazuje? Że moje marzenie się spełniło. Kocham Cię". Heh... Wydawać by się mogło, że te słowa na zawsze pokonały moje kompleksy i spowodowały wyrzucenie prostownicy do kosza. No, ale nie ze mną te numery ;)))) Zbyt mocny mam charakter, żeby takie coś mnie przekonało. Dopiero widok mojego kędziorkowego Małego Czekoladowego Szczęścia utwierdził mnie, że loczki są najpiękniejsze na świecie i to właśnie, dzięki niemu postanowiłam, że pogodzę się z naturalnymi włosami i zaprzestanę prostowania (oczywiście od czasu do czasu jeszcze skusi mnie moja prostownica, ale zdarza się to baaaardzo rzadko). 


No, ale ja nie o tym miałam. Wspominałam Wam niedawno, że rozpoczęłam współpracę z firmą FLOSLEK, która zaoferowała nam niezły kosmetyczny asortyment do testowania. Dzisiaj przyszedł czas na podzielenie się opinią na temat Szamponu regenerującego ELESTABion R do włosów suchych i zniszczonych.


Po kilku latach mojej przygody z prostownicą, moje włosy naprawdę były w fatalnym stanie. Potem okres ciąży dodatkowo je osłabił, by w końcu po porodzie pozbawić mnie sporej ich części. Dopiero po kilku miesiącach od porodu, zaczęły wyrastać mi nowe króciutkie włosy przy brzegu skóry, co wyglądało naprawdę komicznie. Obecnie mogę powiedzieć, że kondycja moich włosów jest troszkę lepsza, ale niezadowalająca. Szczerze Wam powiem, że chyba nie ma takiego szamponu do włosów suchych i zniszczonych, którego już bym nie przetestowała, ale niestety żaden na dłużej mnie nie przekonał. W ramach testów, udało mi się dołożyć kolejny szampon do kolekcji - Szampon regenerujący ELESTABion R, który po kilku myciach widocznie nawilżył moje biedne loki, sprawił, że stały się miękkie i podatne. Nie wiem na ile jest to trwałe odczucie, ale na tą chwilę efekt ten w zupełności mnie zadowala. Hihihi... I teraz muszę podziękować w imieniu mojego Męża, firmie FLOSLEK, gdyż dzięki temu szamponowi, na nowo zaczęłam odkrywać uroki rozpuszczonych pofalowanych włosów :D Oczywiście, tylko wtedy gdy Bartuś śpi (chodzenie w innej fryzurze niż kok, czy warkocz przy Czekoladce jest baaaaaaaaaardzo bolesne). Tak więc, bez koloryzowania i ściemniania - efekt po kilkunastu myciach testowanym szamponem jest, włosy są lśniące, widocznie nawilżone i zdrowsze. Dodatkowo zauważyłam mniejszą ilość włosów wypadających podczas czesania, a to jest niewątpliwy plusik :D Mam nadzieję, że zaobserwowany efekt będzie dłuższy niż po wcześniejszych specyfikach ;))))))


Dodatkowo polecam (a właściwie Czekoladowy Dziadek i Tata) szampon ELASTABion S na łupież pstry i suchy, który widocznie poprawia kondycję włosów, a według Dużej Czekoladki przyspiesza porost włosów. Hehe, ile w tym prawdy to nie wiem, ale skoro tak twierdzi, to nie będę zaprzeczać. Dodatkowo, Duża Czekoladka zauważyła, że włosy są widocznie lśniące i lepiej się rozczesują.


http://www.floslek.pl/polska/kosmetyki.php?kat=ELESTABion%20-%20Szampon%20dermatologiczny


***
Na koniec będziemy się chwalić i jednocześnie reklamować "sklep dla biedaków", czyli cudowną BIEDRONKĘ. Jeśli tylko macie ją obok siebie, to gnajcie czym prędzej i zakupujcie cudowne bodziaczki :D Mmmm... Urocze! :))))) Hihihi, w takim bodziaku to na bank czekają nas smerfne sny :))))


***

środa, 28 grudnia 2011

Pożegnanie? Powitanie!

W tym roku zdarzyło się coś niesamowitego. W Czekoladowej rodzinie Sylwester, a tym samym Nowy Rok nastał troszkę wcześniej. Wieczorem wszyscy zaczęli świętowanie, Dziadek specjalnie na tą okazję wyciągnął szampana z lodówki, Babcia otworzyła owoce w puszce i wspólnie obchodziliśmy bardzo ważne wydarzenie. Duża część z Was doskonale wie o co chodzi. Dzyń, dzyń - dokładnie dzisiaj, 28 grudnia 2011 roku o godzinie 16stej, dźwięcznie zadzwoniła łyżeczka w Czekoladowej buźce. Tak jest! Mamy zęba. Śliczną lewą dolną perełeczkę, która tak nam dała popalić (i to dosłownie!) przez okres świąteczny. Wszystko stało się jasne, gorączka, marudzenie, płacz i zgrzytanie dziąsłami. Intuicja mnie nie zawiodła - ząbkowaliśmy.
W sercach wszystkich domowników zapanowała olbrzymia radość, po tym jak Babcia odkryła pierwszego Bartulkowego ząbka. Co prawda, ja bym się kłóciła co do tego kto był pierwszy, no aleeee... Moje cycorki i tak wiedzą lepiej od kiedy są gryzione hehe ;) Ale faktem jest, że to Babcia za pomocą łyżeczki dała namacalne dowody na istnienie tej bieluteńkiej ślicznotki. Duża Czekoladka, Czekoladowa Babcia i Dziadek z dumą przechadzali się po mieszkaniu popijając szampana, podczas gdy Mama oddawała się kontemplacji o tym, że to koniec pewnego etapu... koniec bezzębnego uśmiechu. Mojego kochanego bezzębnego uśmiechu. Ach. Wszystko płynie...
Tak oto Czekoladowa rodzina (oczywiście beze mnie :P) żegnała bezzębny uśmiech, a witała pierwszy Czekoladowy Ząbek :)


To nie jedyna dobra nowina dnia dzisiejszego. Proszę tylko spojrzeć jak szybko doszło do realizacji wczorajszego wpisu. Mówimy i mamy. Całą szafkę nowych, dużych bodziaków i "rajstopek".


Bartkowi tak się spodobały reklamówki pełne nowych ubranek, że postanowił je wszystkie szybko rozpakować :) W ten oto sposób :)


Takiego zdolnego mam Syneczka :) Skutecznie zmotywował Mamę do uporządkowania nowych ciuszków. A mało tego, znalazł kartę stałego klienta, o której istnieniu nie miał nikt pojęcia :D Nawet Babcia, która zrobiła nam ten prezencik :D Hihihihi...
Koniec narzekania na brak ubranek, stroimy się i czekamy na zębową wróżkę, która co prawda nie ma nam zabierać ząbka spod poduszki, ale ma go nam jak najszybciej pokazać caluteńkiego, bieluteńkiego i równiutkiego :) Wszystkie nowe ząbki będziecie mieli okazję "obserwować" po prawej stronie bloga :) Dobranoc! :-)

***
Swoją drogą znacie dobry sposób na obolałą pierś? Nie wiem co się stało, ale prawy cycorek nie daje mi spokoju. Boli jak nie wiem co, a najgorszy jest ból podczas karmienia, gdy napływa mleko :( Jak sobie ulżyć? :((((

***
W dalszym ciągu zapraszamy na CZEKOLADOWE CANDY. Klikamy w obrazek :) Cieszy mnie tak duże zainteresowanie, jeśli dalej tak pójdzie to być może pokuszę się o dwie dodatkowe mini nagrody? :)


***

piątek, 2 grudnia 2011

Czekoladowe newsy.

Nazbierało się kilka ważnych do zanotowania na blogu newsów z życia Czekoladki. Wszak za kilkanaście lat, mamy siedzieć razem i analizować wpis po wpisie, jak to z dnia na dzień zdobywał coraz to nowsze umiejętności i doświadczenia. Tak więc zaczynamy:
*smokecz - babul. Tajemnicza nazwa? Nie dla naszej Czekoladowej rodzinki. Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu, z łezką w oku wspominam szykowanie wyprawki dla jeszcze nienarodzonego Bobusia. Praktycznie był z nami, a teoretycznie wciąż był naszą Czekoladową niespodzianką. Jedyne czego byłam pewna to to, że będzie pięknie czekoladowy i niezwykle uroczy. Większość ubranek, a nawet sam wózek kupowaliśmy pod jego przyszły kolor. "Tego nie bierz, bo nie będzie mu do twarzy" "Oooo... wyobrażasz sobie jego czekoladową buźkę w tej ślicznej czapeczce?" "Zdecydowanie ten kolor wózka podkreśli jego czekoladowy uśmiech" - ach, ileż było przy tym radości :))) Myślę, że każdy etap dziecka jest fajny i wart zanotowania, tak jak chociażby fakt nowych przyjaciół Bartulka: pani Krówki oraz pani Owieczki. Aaa... bo ja chyba nie wspominałam, że jeden ze smoczkowych przyjaciół Czekoladki (dokładniej pan Królik) zginął śmiercią bohatera, a drugi w ferworze złości Bartulka zwyczajnie przedziurawił się i wydawał dziwny odgłos. Dlatego chcąc nie chcąc kolekcja nowych ciumciaków musiała się powiększyć.  


No, a teraz przyszedł czas na wytłumaczenie wyrazów z początku wpisu. Dziwnie brzmiący smokecz to nic innego jak neologizm wymyślony przez mojego Męża na określenie smoczka Bartulka. Skąd taka nazwa hehehe, nie wiem. Być może jest łatwiejsza do wymówienia dla obcokrajowca? Kto to wie, myślę, że nawet Duża Czekoladka tego nie wie :))) No, ale zostawmy to bez komentarza. A cóż oznacza ten babul? Ojj, z tym wiąże się dłuższa historia. Otóż od jakiegoś czasu, mojego Synka (myślę, że wynika to z jego wieku) niesamowicie bawi rzucanie wszystkim o podłogę, nie ważne czy to pilot od tv, czy komórka Mamy, czy jego własny smoczek. Podobnie było także wczorajszego dnia. Bartulek siedział sobie spokojnie na kolanach Mamy, bawił się smoczkiem, gryząc go na przemian z potrząsaniem nim, a to w jednej, a to w drugiej rączce. Wiadomym było, że lada moment "smokecz" wyląduje na ziemi, w sumie nie skłamię jeśli napiszę, że już nikogo to nie dziwi. Jednak reakcja Czekoladki na upadek smoczka zaskoczyła wszystkich. Bartuś z pretensjami spojrzał na smoczek i w dziwnym tonie powiedział tylko: "Ba-bul". Pewnie było to całkiem nieświadome określenie, ale rozbawiło nas to tak, że postanowiłam o tym napisać :D

*raczek - nieboraczek. Od kilku dni Babcia Czekoladki sukcesywnie naucza Bartusia bezpiecznego schodzenia z łóżka. Musze przyznać, że bardzo szybko opanował nową umiejętność, teraz dzień bez zsuwania się z łóżkowego brzegu jest dniem straconym. Jest to o tyle śmieszne, że potrafi on ruchem tylno-pełzającym zejść nawet z połowy łóżka. Zastanawiający jest jednak fakt, jak on to robi, że zamiast iść do przodu cofa się do tyłu. Ich habe keine Ahnung oO. Kolejna umiejętność odkryta dosyć późno w porównaniu z rówieśnikami to ciumcianie palca od stopy. Właściwie do tej pory zrobił to tylko raz, więc nie wiem czy się tym podniecać czy nie, ale widok obślinionego rajstopkowego palucha mnie rozbawił. Swoją drogą, chciałabym na nowo mieć taką giętkość :))))

*hipcio, hipek, kiboczek :))) Tak jeeeeest. Tzn. już tłumaczę. Czekoladka posiada swój własny, najcudowniejszy, pozornie najzwyklejszy, a jednak najfajniejszy na świecie nocnik. Oooo... TAKI. Hihihi. 


Niebieski, z opieradełkiem i antypoślizgowymi stópkami, które imitują stópki hipopotama (tak napisano na opakowaniu hehe). 


Bobek od pierwszego posadzenia pokochał go na tyle, że nie chciał z niego zejść. Co prawda, nie udało nam się go jeszcze ochrzcić kupką czy siurkami, ale od jutra zaczynamy naukę poprzez zabawę. Najważniejsze to nie zniechęcić Karmelka do nowego przyjaciela. Ciekawa jestem jakim epitetem jego potraktuje :D 



Aaaa... dziecko mi dorasta, chlip, chlip. A jeszcze tak niedawno kupowałam wanienkę, a Czekoladowy Dziadek "strugał" przewijak, a tu już Bartolini z nich wyrasta. Boże, popłaczę się. Koniec wpisu :((((((

***


niedziela, 23 października 2011

Karmelkowy kosmonauta.

Aj! Z niepokojem obserwuję zmieniającą się pogodę za oknem. Nie znaczy to jednak, że nie cieszę się z nadchodzącej zimy, co to, to nie - lubię każdą porę roku. Dlaczego, więc piszę o niepokoju? Nie wiem jak Czekoladka zniesie pierwsze mrozy, śnieg i inne zupełnie nieznane mu zjawiska. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że to będzie nasza pierwsza wspólna zima, pierwsze wyprawy na sanki, pierwszy Mikołaj i choinka, a z drugiej boję się, że przemrożę Synka, że nie ubiorę go adekwatnie do pogody i dopadnie go jakieś paskudne choróbsko (nie chciałabym też przesadzić w drugą stronę fot. poniżej hahaha).

 fot. www.demotywatory.pl

Zapewne są to zupełnie niepotrzebne niepokoje, ale jednak pojawiają się one w mojej głowie z każdym minusowym stopniem. Na szczęście moja niezawodna doradczyni - Czekoladowa Babcia przyszła mi z pomocą i razem wybrałyśmy się na pierwsze zimowe zakupy dla Bartusia. Aura, pozornie słoneczna, skutecznie dała nam do zrozumienia, że to najwyższy czas. Było tak mroźno i zimno, że myślałam, że skonam ;p Na domiar złego okazało się, że Synek wyrósł z wszystkich bucików i musiał jechać w ciepłych rajstopkach zawinięty kocami. Wstyd i hańba! Król bez butów? Skutecznie zmotywowało nas to do rozpoczęcia poszukiwania butów idealnych. Simba, jak to Simba, zmęczony natłokiem wydarzeń, niczym prawdziwy mężczyzna postanowił olać zakupy i udać się na rozmowę z Morfeuszem. W tym czasie Mama, czyli ja oraz Babcia przeczesywałyśmy sklepiki dziecięce. Jak z czapeczką i szaliczkami nie było problemu, tak schody pojawiły się w momencie szukania butów. Normalnie, centralnie nic ciekawego, wygodnego i odpowiedniego na zimne czasy. Jedynie udało nam się znaleźć ocieplane butki, które Simba (nie wiedząc o tym) przymierzał na śpiocha :)))) Zmuszone sytuacją bezbutową postanowiłyśmy już nie wkurzać Króla i zostawiłyśmy te oto buciki na jego nogach.


Zmarnowane i pozbawione nadziei wróciłyśmy do samochodu biadoląc nad brakiem porządnych butów i ocieplanych spodni oraz kurtki (te, które kupiłam przed porodem okazały się za małe. Tym sposobem Bartulek nie miał ich ani razu na sobie :/). Na szczęście w drodze do domu, rzuciły mi się w oczy super ocieplacze na wystawie jednego z okolicznych sklepików! Szybko wstąpiłyśmy do środka i.... BINGO.


Mamy super ocieplane spodnie oraz kurteczkę (kolory troszkę przekłamane :/). Przymierzanie ubranka trwało wieki, ale opłacało się :D Simba w cieplutkim "opakowaniu" wrócił do domu, a tam zastało nas super stwierdzenie mojego niezawodnego Męża: "Simba, a Ty co? Wróciłeś z kosmosu?" Haha. Faktycznie wyglądał jak kosmonauta w tych wielkich puchowych spodniach :-) Uroczy widok! Żałuję, że nie cyknęłam mu fotki, ale wrócił taki głodny do domu, że żal byłoby go dodatkowo napastować :P


W komplecie do spodni i kurteczki był także szaliczek, a w prezencie dostaliśmy taki oto samochodzik :)))))) Pierwszy resoraczek w życiu Bobeczka :) Love it! Jeśli Synek podał się do Mamy, to będzie uwielbiał się nim bawić. :D Oczywiście na razie pod naszym nadzorem - malutkie koła samochodziku mnie przerażają!


Niestety w dalszym ciągu poszukujemy idealnych bucików, ale najpierw poprzymierzamy starsze buty. Być może szukamy za daleko, czegoś co jest tak blisko :)

Jak widać, jesteśmy prawie w 100% przygotowani na nadejście zimy (jeszcze tylko Mamie brakuje paru zimowych ciuszków), co prawda nie tęsknimy za nią aż tak bardzo, że chcemy jej już teraz, ale nie będę ukrywać, że te zakupy troszkę mnie uspokoiły. Teraz wiem, że mam w co ubrać Simbę, baaa, mam pewność, że nie zmarznie mi w tym naszym pięknym polskim, tak "ukochanym" przez mojego Tanzańczyka, zimowym klimacie :-)


***
KLIK KLIK. Prosimy o głosiki na Simbę:
http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002

***

środa, 19 października 2011

Żarłacz hmmm... Czekoladowy.

W mojego Syna wstąpiła jakaś siła nieczysta. Drapie, gryzie i szczypie na potęgę. Co najgorsze, robi to z taką precyzją, że aż dziw bierze skąd w nim tyle sprytu. Potrafi tak kombinować i tak szukać miejsca swoimi malutkimi pazurkami do momentu aż uda mu się znaleźć ten jeden strategiczny punkcik, który najbardziej zaboli. Ostre jak brzytewki pazurki, wbijają się niemiłosiernie w niczemu winne ciało każdego kto bawi się ze szczypiącą Czekoladką. Ostatnio ulubioną zabawą Bobeczka, poza "umilaniem życia" rodzinie, jest także drapanie tapet w pokoju oraz ścieranie pazurków na pudełku od zabawek. Ot taka wyszukana rozrywka. Ale to nie wszystko. Bartulek odkrył również magię gryzienia (a tym samym mega ślinienia, a to ramienia, a to twarzy :P). Tak jest. Mimo, że w "rekiniej paszczy mojego żarłacza białego, tfu! czekoladowego ;)" brak ząbków, to jednak twarde jak skała dziąsełka skutecznie potrafią przyprawić mnie o łzy w oczach ;p Najciekawsze jest to, że takie dokuczanie sprawia mojemu Rekinkowi wielką radość i satysfakcję. Ach. Gdybyście tylko mogły ujrzeć jego zadowoloną minę po ciumcianiu pana Cyca, gdy na koniec niby ot tak sobie, przez przypadek (yhy) zaciska usteczka i podszczypuje cycorka na do widzenia. Ałć! :) Jeszcze moment, a za niedługo nie będzie miał kto prowadzić tego pamiętnika. Ostrzegam profilaktycznie, gdyby przypadkiem zagryzł mnie mój własny Simbuś :)

A jeśli już piszę o Simbie to dzisiaj również ośmielę się prosić o głosiki na nasze konkursowe określenie -
http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002
Z góry dziękuję za oddane głosy :))) Nie ukrywam, że miło by było zostać wyróżnionym :)

Na koniec wrzucam fotkę mojego Czekoladowego Żarłacza we wspomnianych we wczorajszym wpisie rajstopkach - bum bumach :) Chyba kocham je jeszcze bardziej niż te wczorajsze. Niah, niah. Jeśli ktoś ma blisko do sklepu Pepco, to polecam te rajstopy z całego serca. Nie dość, że mięciutkie i kolorowe, to jeszcze posiadają antypoślizgowe stopki :)) W sam raz na śmiganie po zimnych panelach :P Cena - 9,99 :))))



***

wtorek, 18 października 2011

American football player.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie pojechałam na uczelnię, a tym samym nie stawiłam czoła polityce. Ale nic to. Jak powszechnie wiadomo, studia nie zając - nie uciekną ;p Kolejne starcie czeka mnie za tydzień... Ale, ale! Mam wytłumaczenie - niestety wczoraj dopadł mnie taki ból głowy, że nie mogłam się na niczym skupić, a najgorsze było to, że nawet zamykając oczy nie mogłam znaleźć ukojenia. Jedynym moim marzeniem było, by zapaść w sen, ale niestety ten ból skutecznie mi w tym przeszkadzał. Czułam jak rozrywa mi zatoki i skronie. Na szczęście teraz czuję się o niebo lepiej i jutro planuję jechać na ćwiczenia i wykłady, ale jak będzie to zobaczymy.
No, ale żeby nie było tak dramatycznie to powiem Wam, że udało mi się troszkę wykorzystać ten dzień. Razem z Simbą i Czekoladową Babcią wybrałyśmy się na małe czekoladowe zakupy. W końcu idzie zima, a Bartulek nie ma ciepłych ubrań, które skutecznie uchronią go przed mrozem. Niestety nie udało nam się za wiele kupić, bo po pierwsze - wszystko jest jakieś takie bure i brzydkie (nie rozumiem dlaczego producenci wychodzą z założenia, że mały chłopczyk musi być ubrany na czarno, szaro lub granatowo. Przecież jest tyle ładnych męskich kolorów, a oni wszyscy uparli się na takie dołujące kolory! Ludzie, troszkę więcej kolorytu :D), a po drugie Karmelek nie miał nastroju na zakupy. Jedynymi rzeczami, które udało nam się zakupić były czapka z szaliczkiem (tutaj muszę wpleść pewną super sytuację. Babcia zakłada czapkę na kędziorki Bartka. Ten w złości krzyczy coś na kształt "Nieee" i sam z nerwami ściąga czapę z głowy hahaha. Nie uwierzyłabym, gdybym tego sama nie widziała. Król rlzzz :)) i rękawiczkami oraz ciepłe rajstopki (4 pary: z samochodzikami, misiami, tygryskami i delfinkami). Hahahaha. Śmieję się z tych rajstopek, bo myśląc o nich zawsze przypomina mi się historia związana z moim kolegą z liceum, któremu w trakcie jednej z imprez zebrało się na wspomnienia z dzieciństwa. Związane one były właśnie z rajstopkami, dokładnie z czerwonymi hehehe, ale może dla dobra jego imienia nie będę tutaj przytaczać całej opowieści. Sama zawsze uważałam, że rajstopki to przekleństwo dzieciaczków, no ale te Karmelkowe są zaprzeczeniem moich złych wspomnień. Są mięciutkie, cieplutkie i wygodne. Przynajmniej na takie wyglądają. Ale i tak najlepsza była reakcja mojego Męża na Czekoladkę w rajstopkach. Meeeen wyglądasz jak american football player! Hmmm... no coś w tym jest. Zresztą same popatrzcie. Fotka z serii - znajdźcie 4 różnice ;)))


Hahahaha. Kocham tą fotkę i te rajstopki. Są takie urocze :)))) A Czekoladka wygląda w nich jak dorodny zapakowany Karmelek mmmm :)))

***
Na koniec mała prośba - jeśli komuś się podobają nasze konkursowe określenia, to prosimy o głos :) Nie namawiam nikogo do głosowania wbrew sobie. Natomiast tym, którym spodobają się nasze typy z góry dziękujemy za oddany głos :) 

http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002

http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10001
Głosować można codziennie do 2 listopada włącznie i wiele razy, ale tylko raz dziennie na to samo zgłoszenie. Także śmiało można zagłosować na kilka ciekawych propozycji. :)

 ***

czwartek, 29 września 2011

Najtrudniejszy IV rok, zastępuje V rok :)

Gdyby ktoś w kwietniu lub maju powiedział, że uda mi się zdać wszystkie egzaminy i pozaliczać wszystkie zajęcia to bym go wyśmiała. Naprawdę. Nic, zupełnie nic, nie wskazywało na to, że zamknę IVrok na uczelni i będę mogła szykować się do pisania pracy magisterskiej. A tu proszę. Chciałoby się napisać, że niezła niespodzianka, ale to słowo nijak pasuje do całego trudu, który włożyłam w to, by móc Wam się teraz pochwalić, że jestem na piątym roku. Cała moja walka o zaliczenie semestru zaczęła się dokładnie tydzień przed porodem, na szybko pozałatwiałam wszystkie formalności, uprzedziłam wykładowców, że przez najbliższych 6 tygodni nie będę w stanie pojawiać się na zajęciach, z wiadomej przyczyny. Większość z nich przychylnie patrzyła na mój błogosławiony stan, życzyli dużo zdrowia i prosili o skupienie się na dziecku (uczelnia nie zając). Tak też robiłam. Dbałam o siebie i moją nowonarodzoną Czekoladkę. Wszystko szło zgodnie z planem do dnia 11 kwietnia. Wtedy to po długiej przerwie postanowiłam wrócić na uczelnię. Pełna obaw i strachu, o to jak Babcia Czekoladki poradzi sobie z nowym zadaniem - opieką nad Bartulkiem, pojechałam na zajęcia. Nawet nie spodziewałam się, że będzie to mój ostatni raz na uczelni. Po powrocie ze studiów, w drzwiach wejściowych usłyszałam od Taty, że Bartka zabrało pogotowie. W pośpiechu, z trzęsącymi się rękami odciągałam mleko z pękających piersi i za chwilkę już byłam u mojego zapłakanego Synka w szpitalu. Przytuliłam go z całych sił, teraz to on był najważniejszy, wszystko inne przestało się liczyć. Po tym przykrym zdarzeniu postanowiłam, że na razie zawieszam studia i całkowicie poświęcam się opiece nad dzieckiem. Byłam gotowa wziąć dziekankę. Nie chciałam zostawiać Bartusia samego, postanowiłam, że od teraz będę z nim non stop - 24 godziny na dobę. I tak też się stało. Całkowicie odcięłam się od spraw uczelnianych, nie oddawałam żadnych projektów, ani nie jeździłam na kolokwia. Aż pewnego dnia postanowiłam jednak spróbować reaktywować studiowanie. Żal mi było tego roku, nie chciałam przedłużać magisterki w czasie. W ostatnim tygodniu zaliczeniowym, dzięki empatii wykładowców, udało mi się oddać wszystkie projekty (ciężko było zdobyć informację od ludzi co i jak zrobić, ale na szczęście znalazło się kilka dobrych duszyczek, które mi pomogły) i zaliczyć kolokwia. Sesję egzaminacyjną zdawałam na raty, ciężko było mi się skupić przy ciekawym świata Bartku oraz niewyspanym umyśle. Jednak jakoś dałam radę. Kosztowało mnie to dużo samozaparcia i samodyscypliny. Czas ten zweryfikował moich znajomych i pokazał mi na kim mogę polegać, a z kim czas powiedzieć sobie "do widzenia". I to jest dużym plusem całego tego zdarzenia. Niezwykle prawdziwym stało się dobrze znane powiedzenie: "Umiesz liczyć? Licz na siebie". Na szczęście dzięki temu doświadczeniu jestem teraz silniejsza i wiem, że ze wszystkim dam sobie radę. Musze nadmienić, że  zaliczenie tego roku nie było by możliwym bez pomocy mojej ukochanej rodziny: Mamy, Taty, Męża, Brata i Babci. Dzięki nim miałam siłę, by walczyć, oni we mnie wierzyli i pomagali mi na każdy możliwy sposób. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się im za to podziękować. Mam nadzieję, że moje skończone studia i obrona pracy magisterskiej będzie dla nich miłych prezentem, za ten trud, który włożyli w to, żebym mogła realizować swoje marzenia.
Musiałam to napisać, siedziało to we mnie od dłuższego czasu. A dziś, gdy w końcu oddałam indeks do dziekanatu poczułam ulgę i wewnętrzną radość, że się udało. Tak jest... jestem na piątym roku i wiem, że dam radę skończyć te studia, bo mam siłę i wsparcie najbliższych.

***
Zmiana tematu. Tak jak obiecywałam w poprzednim poście, dzielę się z Wami wizytą w kolejnym pokoju dla mamy z dzieckiem. Owe pomieszczenie znajduje się w Galerii Krakowskiej na poziomie -1. Miejsce to jest o wiele bardziej przestronne niż to sądowe. Właściwie jest dwa razy większe i wizualnie przyjemniejsze (za sprawą kolorowych obrazków na ścianach). W środku znajduje się więcej udogodnień dla mam typu: łóżko, fotelik do karmienia, stolik, lustro, umywalka i papierowe ręczniki. Poza tym znajdują się standardowo: dwa krzesła do karmienia, kosz na śmieci oraz przewijak. Oczywiście i tym razem postarałam się o fotki:


W pokoju spokojnie można przewinąć i nakarmić dziecko. Osobiście nie podoba mi się brak zamków w drzwiach, nie każdy lubi, gdy mu się przeszkadza np. podczas karmienia. Akurat miałam taką sytuację, że podczas przewijania Bartka weszła inna pani z panem i swoim dzieckiem i korzystała z tego samego pomieszczenia. Nie chodzi mi o sam fakt współdzielenia miejsca z innymi, ale sama nie zdecydowałabym się wejść do środka, gdy byłaby tam druga osoba. Tym bardziej, że może nie każdy lubi jak mu się patrzy na pierś, nawet podczas karmienia ;))) To taka moja uwaga. Co prawda, ja nie karmiłam (dlatego "pozwoliłam" pani również skorzystać z pokoju), ale to mi się rzuciło w oczy. Tym bardziej, że dziecko w ogóle nie płakało oO, a po wjechaniu dwóch wózków naprawdę ciężko było się poruszać po pokoiku. No, ale nie ważne. Coraz bardziej podoba mi się poznawanie pokoików dla mam "od kuchni", więc możecie być pewne, że z każdym postem będzie więcej przykładów.

***
Babcia Czekoladki nie byłaby sobą, gdyby będąc w GK nie zahaczyła o "Smyka" i nie obkupiła Czekoladki. Tym samym Bartul stał się właścicielem nowych zabawek: klocków z wiaderkiem oraz piramidy z kółkami. 


Babcia argumentowała swoje zakupy tym, iż Bartulek nie ma żadnych zabawek, które rozwijałyby go manualnie i umysłowo. Yyyyyhy. Dobra wymówka nie jest zła.

A na koniec główny powód wstąpienia do Galerii - cudowny prezencik od Knorra :)))


Zupki niestety zostały zjedzone przed zrobieniem fotki :P Takie głodomorki mam w domku ;)))

***
A jeśli już piszę o Bartulku mym kochanym to muszę się pochwalić, że dzisiaj za namową pediatry wprowadziliśmy, ku radości mojego Męża, do jadłospisu rybkę :))) A czemu Duża Czekoladka taka zachwycona? Ano jego miasto rodzinne - Mwanza - to istny raj dla rybkowych smakoszy. Stragany uginają się od ilości ryb z Jeziora Wiktorii. Sama jadłam rybkę z Afryki i powiem Wam, że jest wyśmienita! Aż się nie mogę doczekać wyjazdu do teściów. :D Z kolei Duża Czekoladka już widzi oczami wyobraźni Synka szamającego ugali na samaki  :))))) 


A jak zareagował Bartuś na nowy smak? Rewelacyjnie. Zjadł wszystko co do ostatniej łyżeczki, zadowolony z nowego smaku :)))) Hehe, Mama mniej zadowolona, bo wszystko teraz pachnie rybką ;)))))


***
mały czekoladowy słowniczek:
ugali na samaki - ugali z rybą
***

piątek, 2 września 2011

Nowe stopnie wtajemniczenia.

Kto by pomyślał, że w ciągu dwóch dni może się nazbierać tyle do zanotowania. No bo jak tu pozostawić bez śladu pierwsze mięsko w życiu Bartulka? Albo pierwszy spacer odbyty w 100% w wózku, nie na rękach, a w pozycji SIEDZĄCEJ! Jak tu nie wspomnieć o nowych zabawkach Czekoladki, które dostarczają tyle zabawy? No jak?


Ano zwyczajnie się nie da. Dlatego dzisiejszy post będzie, być może, nie do końca logicznym zlepkiem ważnych (dla mnie i Bartulka) informacji. Tak więc zaczynam :))))
  • Mięsożerny Bartul :) - tak jest! Wkroczyliśmy na nowy poziom. Co prawda, ja sama raczej stronię od mięsa innego niż drób, ale przy Czekoladce postanowiłam nie cudować. Jego życie, jego decyzje. Jeśli za kilka lat podejmie decyzję, że nie chce jeść mięsa to w pełni ją zaakceptuję. Teraz jest malutki i (niestety dla niego) rodzice podejmują pewne decyzje. Ale z moich obserwacji wynika, że zbytnio mu to nie przeszkadza. Chociażby w tym wypadku. Nowe mięsne smaki bardzo posmakowały Bartulce. No może nie wszystkie, bo np. indyk z Gerbera został odrzucony na wstępie, ale na szczęście z ratunkiem przyszła nam BoboVita :) Teraz jedzonko wygląda mniej więcej tak: szeroko otwarta buźka i wręcz "rzucanie się" na łyżeczkę pełną smakołyków :)))) Rośnie mi to dziecię, oj rośnie. Aż miło patrzeć.

  • Pierwszy "siedzący" spacer Czekoladki! To jest dopiero zaskoczenie. Ale od początku. Wczoraj, w dniu totalnej naukowej bezradności, postanowiłam zrelaksować się z Babcią Czekoladki i Bartulkiem podczas spacerku. W pierwszej wersji Czekoladowa Babcia chciała wziąć Bartunię sama na spacer, ale wyśmiałam ją, że chyba ma za mało rąk, żeby jednocześnie pchać wózek i nosić ciekawskiego Bartka. Po przyznaniu mi racji, zdecydowałyśmy iść razem na przechadzkę. Po zniesieniu wózka i wsadzeniu do niego Bartulka, spokojnie spacerowałyśmy sobie tu i tam. Minęło 5 minut, patrzymy do wózka, a tam tylko widok Bartka bawiącego się spokojnie smoczkiem i gaworzącym raz po raz. Za 10 minut obrazek ten sam, z tą różnicą, że tym razem Bartunia siedział sobie w najlepsze bez oparcia, gaworząc i śmiejąc się z Maminych legginsów (foto poniżej). Na nic nie zdały się nasze prośby i próby położenia go w pozycji półleżącej, był sztywny jak struna, każda próba zmienienia jego pozycji kończyła się marudzeniem. W rezultacie postanowiłyśmy go nie ruszać, skoro siedział tak bez naszego przymusu tzn. że był na to gotowy i tego w danej chwili potrzebował. Pragnę nadmienić, że w takiej pozycji wysiedział do końca spacerku, wręcz ze smutną minką wrócił do domku. Takiego oto mam kochanego Smyka :) Udokumentowałam to serią zdjęć, ale nie umieszczę ich tutaj z wiadomego powodu ;) (a po obróbce niestety tracą na przekazie). Cenię prywatność mojego Synka ;p Na pocieszenie wrzucam moje legginsy ;)))

  • Bartul w świecie zabawek. Hahaha. Kocham te fotki. Wygląda na nich tak uroczo. I pomyśleć, że potrafił tak sobie siedzieć (!!!!) spokojnie z Tatą, bawić się grzechotkami, co jakiś czas maltretując gryzaki lub nowego, gumowego kiboko - małe kiboko i kaczuszki muszą jeszcze troszkę poczekać, bo niestety są za małe dla Czekoladki (fotka nowych przyjaciół na wstępie wpisu).
  • Jak mogłam zapomnieć o pierwszym niekapku Czekoladki !? No jak? Przedstawiam Wam pana "na razie bezimiennego", ale czuję, że to się zmieni wkrótce - TADAM :) Pierwsza próba z soczkiem jabłkowym za nami ;)
  • A na koniec coś cudnego, co poprawiło humorek Mamie po dzisiejszym egzaminie :) Za-ko-cha-łam się! :)))) Idealna na nowy Rok Akademicki :) i to ze złotym łańcuszkiem aaaa <3
  •  Żeby nie było, że myślę tylko o sobie, to powiem Wam w sekrecie - BĄDŹCIE CZUJNE :D

PS. ostatnio kurier nas polubił, a my jego :) A kolejna paczka czeka u sąsiada w domku (niestety nie było mnie jak przemiły pan kurier przyjechał, już się nie mogę doczekać otwierania paczuszki niah niah)


 Ale o tym już wkrótce ;)))) Chociaż na Facebooku uchyliłam już rąbek tajemnicy ;)

PS2. kicamy dalej i coraz chętniej. AŁA!!!! ;))))

***
mały czekoladowy słowniczek:
kiboko - hipopotam

***