Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubranka dla Synka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubranka dla Synka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Hongera Mme wangu! :*

Wspominałam nie raz, że kocham robić niespodzianki. Nie mogę napisać, że jestem w tym najlepsza, bo zapewne są lepsi ode mnie, ale muszę przyznać, że dzisiejszy surprise wyszedł mi, jak mało który (no, nie licząc wparowania do akademika z minitorcikiem i świeczuszką 2 lata temu ;)). Z tymi sekretnymi przyjęciami czy prezentami jest o tyle trudno, że jestem nimi tak podekscytowana, że od razu chcę się tym wszystkim podzielić z każdym dookoła. No, ale jakimś cudem w tym roku udało mi się wszystko pięknie zaplanować i zrealizować przy pomocy mojej Mamy, i co najważniejsze - nie dałam po sobie poznać, że coś szykuję :)

Z samego rana, gdy mój Mąż jeszcze smacznie sobie spał, wraz z Mamą przygotowaliśmy pucharki z różnokolorowymi galaretkami, dodałyśmy pocięte ananasy i wszystko pięknie udekorowałyśmy bitą śmietaną. Oczywiście największy i najobficiej wypełniony był pucharek dla mojego ukochanego Mme :* 


Gdy już wszystko było gotowe, zawołałam moją niczego nieświadomą Dużą Czekoladkę do pokoju.  Mąż myślał, że znowu mówią w TV o Tanzanii, dlatego go wołam, także plan działał ;))) Do czasu. Hihihi... pech chciał, że za pierwszym razem nie zadziałała zapalniczka, która miała podpalić zimny ogień wetknięty w galaretki, ale za drugim razem już wszystko poszło idealnie :) 


Zaskoczony Mąż z Bartunkiem na rękach wysłuchał naszego ekhm... urodzinowego STO LAT i przyjął od nas najszczersze życzenia (oczywiście dobra Żona dla kamuflażu już w nocy złożyła życzenia urodzinowe :)). Bartunia, który ostatnio się nieźle rozgadał i roztańczył, rytmicznie podrygiwał i mruczał w rytm urodzinowej pieśni. Gdy sztuczny ogień zgasł Duża Czekoladka otrzymała swój prezencik- wymarzoną torbę na laptopa wypełnioną po brzegi ukochanymi krówkami :))) Jeszcze rzut oka na przesmaczne galaretki i przechodzimy dalej ;)))


Dalsza część świętowania miała miejsce wieczorkiem, po powrocie Dziadka Czekoladki do domku po pracy. Wtedy to wszyscy (poza mną i Bartuniem ;)) delektowali się afrykańską Amarulą (prezentem od wujka Filippoooo z Tanzanii :)) z lodami śmietankowo-czekoladowymi (Mama zjadła same lody śmietankowe, a Bartunia hmmm... lodowe mleczko z cyca hehehe).


Z tym trunkiem wiąże się śmieszna sprawa. Podczas poszukiwań przepisu na drinka z Amarulą natknęłam się na ten oto filmik :) Chyba nie muszę pisać, że stał się on główną atrakcją wieczoru. Naprawdę zachęcam Was do jego obejrzenia, najlepsze momenty zaczynają się do 1:28 :))) Dla wyjaśnienia: 
-Amarula jest to likier wyrabiany z owoców drzewa Marula rosnącego na terytorium Afryki. Podobno jest przecudowny w smaku (niestety nie miałam okazji próbować, ale odbiję sobie po zakończeniu karmienia ;)), kto go raz skosztuje będzie o nim marzył całe życie :P Rodzice oraz Mąż potwierdzają tą opinię. Marula często nazywana jest drzewem słoniowym, ponieważ raz na jakiś czas zwierzęta te przychodzą pod drzewo, trzęsą nim co sił i zajadają się lekko sfermentowanymi owocami. Co się dzieje potem? Tego dowiecie się z filmiku ;)))) Jednym słowem - człowiek nie za dużo różni się od zwierząt hihihihi.... 



Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że na czas takiej libacji zawarty jest swego rodzaju niepisany pakt o nieagresji. Jest to jeden z niewielu momentów, kiedy można zobaczyć obok siebie pijaną jak bela gazelę i lwa. Hihihi... teraz rozumiecie skąd tyle śmiechu podczas próbowania Amaruli ;))))


Czyżby nie bez powodu na etykiecie widniał słoń - pijak ;]? Jeśli tylko będziecie mieli okazję napić się tego trunku to naprawdę polecam. Najlepiej wymieszać w blenderze likier z lodami i mlekiem. Mmm... podobno niebo w gębie ;))))

No, ale dość tego pijaństwa. Toż to jest blog o Dziecięciu mym czekoladowym. W dniu dzisiejszym, pomiędzy porannym galaretkowym świętowaniem i wieczornym drinkowaniem wybraliśmy się z Babcią Czekoladki oraz Bartulkiem na spacerek, podczas którego zahaczyliśmy o pobliski Lidl. Karmelek zadowolony popiskiwał raz po raz, zaczepiając obcych ludzi i trzymając mocno w swej malutkiej dłoni swojego ukochanego pana Bałwanka. O... A jeśli już o bałwanku mowa, to spójrzcie tylko kogóż udało nam się dzisiaj sfotografować. Toż to zdjęcie prawie historyczne. Kto to wie, czy za kilka lat nie będę pokazywać tej fotki Synkowi ze słowami: Dawno, dawno temu, gdy w Polsce był jeszcze śnieg...


Czyż nie jest uroczy? Ktoś miał naprawdę super pomysł wykorzystując marchewkę i doniczkę :))) Super sprawa :) Bałwanek wyglądał jakby żywcem wyciągnięty z filmu "Jack Frost", tylko dodać mu szalik i melonik.

http://www.empireonline.com/features/disturbing-xmas-movie-moments/5.asp
Oczywiście wypad do sklepu nie byłby ważny bez kilku rzeczy dla Czekoladki. Udało nam się kupić fajną kamizelkę z koszulką w komplecie, która zauroczyła mnie swoimi kolorami. W końcu coś kolorowego, a nie szarego i burego.


I tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie wiem jak to się stało, ale podczas rozpakowywania ubranek w domu, w celu pochwalenia się przed Mężem nowymi łupami, z opakowania wypadła....


...taka oto bluzeczka dla dziecka w wieku 5-6 lat oO. Skąd się ona tam znalazła to nie wiem, dziwna sprawa... Nie wiem jak mój Czekoladowy Inspektor mógł tego nie wyłapać podczas dogłębnego analizowania paragonów, no ale...


Być może uznał, że do twarzy będzie mu w kolorze żółtym? Tak czy siak koszulka na razie została schowana do szafy i czeka na decyzję co dalej z nią zrobić.


Zapomniałabym o jeszcze jednej istotnej sprawie. Podczas naszego spacerku spotkaliśmy panią dentystkę z synkiem, który zapytał jak ma na imię Czekoladka. Jego reakcja na usłyszane imię była bardzo interesująca: "A czy mogę go nazwać po swojemu?" Przytaknęłam i zapytałam jak chciałby go nazwać. Chłopczyk bez zastanowienia powiedział: "Ziomulzik". Hehehe, rozbawiło mnie to na tyle, że od tej pory mówię do Synka ziomuś ;)))

No i to by było chyba na tyle moje ziomeczki i ziomusie. Teraz szoruję pod prysznic i korzystam z drzemki Syneczka (bo nie wierze, że już zapadł w nocny sen). Tak więc życzę wszystkim - dobranoc, a Mężowi mojmu jeszcze raz: Hongera Mme wangu kwa siku yako ya kuzaliwa :* Nakupenda sana sana!!!! :*

A także serdecznie życzenia dla Lesli, która także ma urodzinki w dniu dzisiejszym - STO LAT!




***
mały czekoladowy słowniczek:
Hongera Mme wangu kwa siku yako ya kuzaliwa :* Nakupenda sana sana!!!! :* - wszystkiego najlepszego mój Mężu w dniu Twoich urodzin. Kocham Cię bardzo, bardzo.
Mme - mąż


***

środa, 28 grudnia 2011

Pożegnanie? Powitanie!

W tym roku zdarzyło się coś niesamowitego. W Czekoladowej rodzinie Sylwester, a tym samym Nowy Rok nastał troszkę wcześniej. Wieczorem wszyscy zaczęli świętowanie, Dziadek specjalnie na tą okazję wyciągnął szampana z lodówki, Babcia otworzyła owoce w puszce i wspólnie obchodziliśmy bardzo ważne wydarzenie. Duża część z Was doskonale wie o co chodzi. Dzyń, dzyń - dokładnie dzisiaj, 28 grudnia 2011 roku o godzinie 16stej, dźwięcznie zadzwoniła łyżeczka w Czekoladowej buźce. Tak jest! Mamy zęba. Śliczną lewą dolną perełeczkę, która tak nam dała popalić (i to dosłownie!) przez okres świąteczny. Wszystko stało się jasne, gorączka, marudzenie, płacz i zgrzytanie dziąsłami. Intuicja mnie nie zawiodła - ząbkowaliśmy.
W sercach wszystkich domowników zapanowała olbrzymia radość, po tym jak Babcia odkryła pierwszego Bartulkowego ząbka. Co prawda, ja bym się kłóciła co do tego kto był pierwszy, no aleeee... Moje cycorki i tak wiedzą lepiej od kiedy są gryzione hehe ;) Ale faktem jest, że to Babcia za pomocą łyżeczki dała namacalne dowody na istnienie tej bieluteńkiej ślicznotki. Duża Czekoladka, Czekoladowa Babcia i Dziadek z dumą przechadzali się po mieszkaniu popijając szampana, podczas gdy Mama oddawała się kontemplacji o tym, że to koniec pewnego etapu... koniec bezzębnego uśmiechu. Mojego kochanego bezzębnego uśmiechu. Ach. Wszystko płynie...
Tak oto Czekoladowa rodzina (oczywiście beze mnie :P) żegnała bezzębny uśmiech, a witała pierwszy Czekoladowy Ząbek :)


To nie jedyna dobra nowina dnia dzisiejszego. Proszę tylko spojrzeć jak szybko doszło do realizacji wczorajszego wpisu. Mówimy i mamy. Całą szafkę nowych, dużych bodziaków i "rajstopek".


Bartkowi tak się spodobały reklamówki pełne nowych ubranek, że postanowił je wszystkie szybko rozpakować :) W ten oto sposób :)


Takiego zdolnego mam Syneczka :) Skutecznie zmotywował Mamę do uporządkowania nowych ciuszków. A mało tego, znalazł kartę stałego klienta, o której istnieniu nie miał nikt pojęcia :D Nawet Babcia, która zrobiła nam ten prezencik :D Hihihihi...
Koniec narzekania na brak ubranek, stroimy się i czekamy na zębową wróżkę, która co prawda nie ma nam zabierać ząbka spod poduszki, ale ma go nam jak najszybciej pokazać caluteńkiego, bieluteńkiego i równiutkiego :) Wszystkie nowe ząbki będziecie mieli okazję "obserwować" po prawej stronie bloga :) Dobranoc! :-)

***
Swoją drogą znacie dobry sposób na obolałą pierś? Nie wiem co się stało, ale prawy cycorek nie daje mi spokoju. Boli jak nie wiem co, a najgorszy jest ból podczas karmienia, gdy napływa mleko :( Jak sobie ulżyć? :((((

***
W dalszym ciągu zapraszamy na CZEKOLADOWE CANDY. Klikamy w obrazek :) Cieszy mnie tak duże zainteresowanie, jeśli dalej tak pójdzie to być może pokuszę się o dwie dodatkowe mini nagrody? :)


***

niedziela, 23 października 2011

Karmelkowy kosmonauta.

Aj! Z niepokojem obserwuję zmieniającą się pogodę za oknem. Nie znaczy to jednak, że nie cieszę się z nadchodzącej zimy, co to, to nie - lubię każdą porę roku. Dlaczego, więc piszę o niepokoju? Nie wiem jak Czekoladka zniesie pierwsze mrozy, śnieg i inne zupełnie nieznane mu zjawiska. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że to będzie nasza pierwsza wspólna zima, pierwsze wyprawy na sanki, pierwszy Mikołaj i choinka, a z drugiej boję się, że przemrożę Synka, że nie ubiorę go adekwatnie do pogody i dopadnie go jakieś paskudne choróbsko (nie chciałabym też przesadzić w drugą stronę fot. poniżej hahaha).

 fot. www.demotywatory.pl

Zapewne są to zupełnie niepotrzebne niepokoje, ale jednak pojawiają się one w mojej głowie z każdym minusowym stopniem. Na szczęście moja niezawodna doradczyni - Czekoladowa Babcia przyszła mi z pomocą i razem wybrałyśmy się na pierwsze zimowe zakupy dla Bartusia. Aura, pozornie słoneczna, skutecznie dała nam do zrozumienia, że to najwyższy czas. Było tak mroźno i zimno, że myślałam, że skonam ;p Na domiar złego okazało się, że Synek wyrósł z wszystkich bucików i musiał jechać w ciepłych rajstopkach zawinięty kocami. Wstyd i hańba! Król bez butów? Skutecznie zmotywowało nas to do rozpoczęcia poszukiwania butów idealnych. Simba, jak to Simba, zmęczony natłokiem wydarzeń, niczym prawdziwy mężczyzna postanowił olać zakupy i udać się na rozmowę z Morfeuszem. W tym czasie Mama, czyli ja oraz Babcia przeczesywałyśmy sklepiki dziecięce. Jak z czapeczką i szaliczkami nie było problemu, tak schody pojawiły się w momencie szukania butów. Normalnie, centralnie nic ciekawego, wygodnego i odpowiedniego na zimne czasy. Jedynie udało nam się znaleźć ocieplane butki, które Simba (nie wiedząc o tym) przymierzał na śpiocha :)))) Zmuszone sytuacją bezbutową postanowiłyśmy już nie wkurzać Króla i zostawiłyśmy te oto buciki na jego nogach.


Zmarnowane i pozbawione nadziei wróciłyśmy do samochodu biadoląc nad brakiem porządnych butów i ocieplanych spodni oraz kurtki (te, które kupiłam przed porodem okazały się za małe. Tym sposobem Bartulek nie miał ich ani razu na sobie :/). Na szczęście w drodze do domu, rzuciły mi się w oczy super ocieplacze na wystawie jednego z okolicznych sklepików! Szybko wstąpiłyśmy do środka i.... BINGO.


Mamy super ocieplane spodnie oraz kurteczkę (kolory troszkę przekłamane :/). Przymierzanie ubranka trwało wieki, ale opłacało się :D Simba w cieplutkim "opakowaniu" wrócił do domu, a tam zastało nas super stwierdzenie mojego niezawodnego Męża: "Simba, a Ty co? Wróciłeś z kosmosu?" Haha. Faktycznie wyglądał jak kosmonauta w tych wielkich puchowych spodniach :-) Uroczy widok! Żałuję, że nie cyknęłam mu fotki, ale wrócił taki głodny do domu, że żal byłoby go dodatkowo napastować :P


W komplecie do spodni i kurteczki był także szaliczek, a w prezencie dostaliśmy taki oto samochodzik :)))))) Pierwszy resoraczek w życiu Bobeczka :) Love it! Jeśli Synek podał się do Mamy, to będzie uwielbiał się nim bawić. :D Oczywiście na razie pod naszym nadzorem - malutkie koła samochodziku mnie przerażają!


Niestety w dalszym ciągu poszukujemy idealnych bucików, ale najpierw poprzymierzamy starsze buty. Być może szukamy za daleko, czegoś co jest tak blisko :)

Jak widać, jesteśmy prawie w 100% przygotowani na nadejście zimy (jeszcze tylko Mamie brakuje paru zimowych ciuszków), co prawda nie tęsknimy za nią aż tak bardzo, że chcemy jej już teraz, ale nie będę ukrywać, że te zakupy troszkę mnie uspokoiły. Teraz wiem, że mam w co ubrać Simbę, baaa, mam pewność, że nie zmarznie mi w tym naszym pięknym polskim, tak "ukochanym" przez mojego Tanzańczyka, zimowym klimacie :-)


***
KLIK KLIK. Prosimy o głosiki na Simbę:
http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002

***

czwartek, 20 października 2011

Przywilej pierwszego dziecka :)

Simba ma to szczęście, że jest pierwszym dzieckiem w rodzinie. A dlaczego? Wszystko co ma, z reguły jest nowiuteńkie i nigdy nie śmigane (choć dużą część ubranek stanowią prezenty od cioć i ich pociech ;)). W głównej mierze jest to zasługa mojej ukochanej Mamy, która totalnie odpłynęła na punkcie Bartulka. Kołyska bujająca się z dźwiękiem? Kolorowa grzechotka? Słodkie małe buciki? Wnuczek musi to mieć. I nie ma gadania, że nie, BO BABCIA WIE NAJLEPIEJ (:*). Powiem Wam, że już w trakcie ciąży musiałam stopować Mamę, bo ta wykupiłaby cały sklep dla Bobeczka. Haha, nie zdziwię się jak pewnego pięknego dnia na sklepach pojawi się wywieszka z przekreśloną buźką Babci Czekoladki. No ale,  nie narzekam - w końcu podobno własne dzieci się lubi, a wnuczki się kocha... ;)
Na potwierdzenie moich słów proszę rzucić okiem na prezenty na 7 miesięcznicę Karmelka (zapomniałam pokazać wcześniej).


Ale tak się rozpisałam w sumie nie na temat. Całe moje rozważanie odnoście udogodnień bycia pierwszym dzieckiem zaczęło się od segregowania ciuchów Bartulkowych. Otóż okazało się, że połowa z nich jest już lekko mówiąc za mała, w związku z tym przyszedł najwyższy czas, by posortować i spakować ubranka dla przyszłych pokoleń. Dokładnie tak. Wszystko co jest za małe lub w ogóle nie noszone, skrupulatnie pakowane jest przez nas do worków i zanoszone do piwnicy. Tam spokojnie czeka sobie na "przyszłe brzuszkowe czasy". Nawet moje ciuchy ciążowe znalazły swoje miejsce w poczekalni. Czyżby ktoś planował coś za mnie? Hmmm... Chociaż w sumie, sama nie raz powtarzam do Męża czy to Mamy: "Schowaj to, będzie dla A.D". A.D to nie jest wbrew pozorom skrót Anno Domini, tylko wybrane imiona dla przyszłej córki. Jedno polskie, drugie tanzańskie. Ale czy imiona zostaną kiedyś wykorzystane to nie wiem, nic nie planuję. Jedno jest pewne, przyszła córeczka ma ciuchów i zabawek pod dostatkiem ;))) Niestety, albo i stety ja byłam drugiem dzieckiem w rodzinie, więc pewnie też połowę ciuchów miałam po bracie ;) Hmmm... czyżby to dziewczynki miały w tej rodzinie pod górkę ;> Ooo... znalazłam plus ciuchów po bracie - Hurra! Nie śmigałam w różowych ciuszkach :D


Podsumowanie moich rozważań niech będą te słowa:

"Twoje ubrania
Pierwsze dziecko: Zaczynasz nosić ciążowe ciuchy jak tylko ginekolog potwierdzi ciążę.
Drugie dziecko: Nosisz normalne ciuchy jak najdłużej się da.
Trzecie dziecko: Twoje ciuchy ciążowe stają się twoimi normalnymi ciuchami.
Przygotowanie do porodu
Pierwsze dziecko: Z namaszczeniem ćwiczysz oddechy.
Drugie dziecko: Pieprzysz oddechy, bo ostatnim razem nie przyniosły żadnego skutku.
Trzecie dziecko: Prosisz o znieczulenie w 8. miesiącu ciąży.
Ciuszki dziecięce
Pierwsze dziecko: Pierzesz nawet nowe ciuszki w cypisku w 90 stopniach, koordynujesz je kolorystycznie i składasz równiutko w kosteczkę.
Drugie dziecko: Wyrzucasz tylko te najbardziej usyfione i pierzesz ze swoimi ubraniami.
Trzecie dziecko: A niby czemu chłopcy nie mogą nosić różowego?
Płacz
Pierwsze dziecko: Wyciągasz dziecko z łóżeczka jak tylko piśnie.
Drugie dziecko: Wyciągasz dziecko tylko wtedy, kiedy istnieje niebezpieczeństwo, że jego wrzask obudzi starsze dziecko.
Trzecie dziecko: Uczysz swoje pierwsze dziecko jak nakręcać grające zabawki w łóżeczku.
Gdy upadnie smoczek
Pierwsze dziecko: Wygotowujesz po powrocie do domu.
Drugie dziecko: Polewasz sokiem z butelki i wsadzasz mu do buzi.
Trzecie dziecko: Wycierasz w swoje spodnie i wsadzasz mu do buzi.
Przewijanie
Pierwsze dziecko: Zmieniasz pieluchę co godzinę, niezależnie czy brudna czy czysta.
Drugie dziecko: Zmieniasz pieluchę co 2-3 godziny, w zależności od potrzeby.
Trzecie dziecko: Starasz się zmieniać pieluchę zanim otoczenie poskarży się na smród, bądź pielucha zwisa dziecku poniżej kolan.
Zajęcia
Pierwsze dziecko: Bierzesz dziecko na basen, plac zabaw, spacerek, do zoo, do teatrzyku itp.
Drugie dziecko: Bierzesz dziecko na spacer.
Trzecie dziecko: Bierzesz dziecko do supermarketu i pralni chemicznej.
Twoje wyjścia
Pierwsze dziecko: Zanim wsiądziesz do samochodu, trzy razy dzwonisz do opiekunki.
Drugie dziecko: W drzwiach podajesz opiekunce numer swojej komórki.
Trzecie dziecko: Mówisz opiekunce, że ma dzwonić tylko jeśli pojawi się krew.
W domu
Pierwsze dziecko: Godzinami gapisz się na swoje dzieciątko.
Drugie dziecko: Spoglądasz na swoje dziecko, aby upewnić się, że starsze go nie dusi i nie wkłada mu palca do oka.
Trzecie dziecko: Kryjesz się przed własnymi dziećmi.
Połknięcie monety
Pierwsze dziecko: Wzywasz pogotowie i domagasz się prześwietlenia.
Drugie dziecko: Czekasz aż wydali.
Trzecie dziecko: Odejmujesz mu z kieszonkowego.
Wnuki
Nagroda od Pana Boga za nie zamordowanie własnych dzieci."

:)))))))))


***
KLIK KLIK - męczę do 2 listopada. Proszę o głosiki na Simbę:

http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002
 
***

wtorek, 18 października 2011

American football player.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie pojechałam na uczelnię, a tym samym nie stawiłam czoła polityce. Ale nic to. Jak powszechnie wiadomo, studia nie zając - nie uciekną ;p Kolejne starcie czeka mnie za tydzień... Ale, ale! Mam wytłumaczenie - niestety wczoraj dopadł mnie taki ból głowy, że nie mogłam się na niczym skupić, a najgorsze było to, że nawet zamykając oczy nie mogłam znaleźć ukojenia. Jedynym moim marzeniem było, by zapaść w sen, ale niestety ten ból skutecznie mi w tym przeszkadzał. Czułam jak rozrywa mi zatoki i skronie. Na szczęście teraz czuję się o niebo lepiej i jutro planuję jechać na ćwiczenia i wykłady, ale jak będzie to zobaczymy.
No, ale żeby nie było tak dramatycznie to powiem Wam, że udało mi się troszkę wykorzystać ten dzień. Razem z Simbą i Czekoladową Babcią wybrałyśmy się na małe czekoladowe zakupy. W końcu idzie zima, a Bartulek nie ma ciepłych ubrań, które skutecznie uchronią go przed mrozem. Niestety nie udało nam się za wiele kupić, bo po pierwsze - wszystko jest jakieś takie bure i brzydkie (nie rozumiem dlaczego producenci wychodzą z założenia, że mały chłopczyk musi być ubrany na czarno, szaro lub granatowo. Przecież jest tyle ładnych męskich kolorów, a oni wszyscy uparli się na takie dołujące kolory! Ludzie, troszkę więcej kolorytu :D), a po drugie Karmelek nie miał nastroju na zakupy. Jedynymi rzeczami, które udało nam się zakupić były czapka z szaliczkiem (tutaj muszę wpleść pewną super sytuację. Babcia zakłada czapkę na kędziorki Bartka. Ten w złości krzyczy coś na kształt "Nieee" i sam z nerwami ściąga czapę z głowy hahaha. Nie uwierzyłabym, gdybym tego sama nie widziała. Król rlzzz :)) i rękawiczkami oraz ciepłe rajstopki (4 pary: z samochodzikami, misiami, tygryskami i delfinkami). Hahahaha. Śmieję się z tych rajstopek, bo myśląc o nich zawsze przypomina mi się historia związana z moim kolegą z liceum, któremu w trakcie jednej z imprez zebrało się na wspomnienia z dzieciństwa. Związane one były właśnie z rajstopkami, dokładnie z czerwonymi hehehe, ale może dla dobra jego imienia nie będę tutaj przytaczać całej opowieści. Sama zawsze uważałam, że rajstopki to przekleństwo dzieciaczków, no ale te Karmelkowe są zaprzeczeniem moich złych wspomnień. Są mięciutkie, cieplutkie i wygodne. Przynajmniej na takie wyglądają. Ale i tak najlepsza była reakcja mojego Męża na Czekoladkę w rajstopkach. Meeeen wyglądasz jak american football player! Hmmm... no coś w tym jest. Zresztą same popatrzcie. Fotka z serii - znajdźcie 4 różnice ;)))


Hahahaha. Kocham tą fotkę i te rajstopki. Są takie urocze :)))) A Czekoladka wygląda w nich jak dorodny zapakowany Karmelek mmmm :)))

***
Na koniec mała prośba - jeśli komuś się podobają nasze konkursowe określenia, to prosimy o głos :) Nie namawiam nikogo do głosowania wbrew sobie. Natomiast tym, którym spodobają się nasze typy z góry dziękujemy za oddany głos :) 

http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10002

http://www.bebiko.pl/home/konkurs/galeria-jak-zwracasz-sie-do-swojego-dziecka/#galeria/okreslenie/10001
Głosować można codziennie do 2 listopada włącznie i wiele razy, ale tylko raz dziennie na to samo zgłoszenie. Także śmiało można zagłosować na kilka ciekawych propozycji. :)

 ***

czwartek, 9 czerwca 2011

Aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe...

Taaaaaaak, tak :) Stało się! Klamka zapadła :] Jestem żoną swojego Męża :) Wszystko poszło po naszej myśli, baaa, nawet lepiej niż sobie zaplanowaliśmy. Co prawda, o mały włos nie spóźniłam się na własny ślub, ale na szczęście sytuacja została szybko opanowana :P Ale może zacznę (standardowo) od początku.
Przygotowania zaczęłam w sobotę przed ślubem, "na raty" malowałam paznokcie u rąk (o dziwo urosły szybko i wyglądały dokładnie tak jak sobie kiedyś wymarzyłam, więc nie omieszkałam zrobić sobie french manicure) i stóp. Wspominam o tym, gdyż był to jeden z najważniejszych etapów przygotowań, w końcu za kilkanaście godzin na moim palcu miała zagościć biało-żółta ślicznotka :P i zależało mi na tym, żeby ładnie komponowała się z paznokciami ;). Nocka minęła dosyć szybko, w miarę spokojnie, chociaż Synek budził się częściej niż zwykle. Najprawdopodobniej wysysał ze mnie mój stres, którego ja jeszcze nie odczuwałam, ale myślę, że gdzieś tam w głębi już się stresowałam. Poranek był dosyć standardowy, pobudka ok. 5 rano (Synek ma już wtedy tryb aktywny), poranna toaleta, mycie włosków (i zero pomysłu na fryzurę oO) i lekki stresik. Kilka godzin później przyjechał do nas świadek od strony Dużej Czekoladki z dziewczyną. Duża Czekoladka się wyszykowała i sruuu do Restauracji (ceremonia oraz przyjęcie było w jednym miejscu, chyba już o tym gdzieś wspominałam ;>). Wtedy zaczęły się moje przygotowania. Fryzura, która była dziełem mojej Ukochanej Mamy (nie mogę uwierzyć, że udał nam się ten kok za pierwszym razem ;p) podobała mi się niesamowicie. Było skromnie, klasycznie i dokładnie tak jak chciałam. Bez żadnych loków, skrętów, udziwnień. Najzwyczajniej na świecie, czyli tak jak lubię. Następnie przyszła kolej na sukienkę. Duża Czekoladka do końca nie widziała sukienki, zarówno na wieszaku, jak i na mnie. Obiecałam sobie, że będzie to dla niego niespodzianka :) ( i chyba się udało ;p). Sukienkę miałam również skromną, delikatną i niezwykle dziewczęcą, bez żadnych falban czy koronek (pojawiły się nawet porównania do Komunii Świętej ;p). Szczerze? Wyglądałam prześlicznie. A dokładniej tak się czułam. Jak księżniczka, której dano szansę pójścia na bal życia. Ale hola, hola! Nie mogę nie wspomnieć o mojej Malutkiej Ukochanej Czekoladce, która również była nieźle wystrojona. Spodenki, koszulka polo, kamizeleczka i krawacik idealnie komponowały się z ciemną karnacją Bobcia. Wyglądał jak król, którym dla mojej rodziny jest. Mój kochany Simba... 


W końcu przyszedł czas na moją ostatnią (jako panna) wyprawę. Oczywiście nie obyło się bez chwili stresu (zamknięty szlaban kolejowy i uciekające cenne minuty). Ale, ale... żeby nie było, że jestem osobą, która jest niepunktualna. Wszystko to spowodowane było karmieniem Bartusia (chciałam, żeby na samą ceremonię miał pełny brzuszek) i czekaniem na pana Beka. Na szczęście Czekoladowy Dziadek zdołał dostarczyć nas na miejsce o czasie. Wchodząc na salę, zapomniałam, że Ci wszyscy ludzie czekają na mnie. Dziwnym było dla mnie to, że ludzie podchodzą do mnie z gratulacjami. Mniemam, że już wtedy stres zbliżał się do punktu kulminacyjnego. Raz po raz dostawałam buziaki od znajomych, rodziny i przyjaciół. Oczywiście Bartulek nie pozostał niezauważony. Większość przybyłych widziała go po raz pierwszy. Sypały się "ochy" i "achy", ale nie dziwię się, bo naprawdę wyglądał "dostojnie" hehe. Gdy wszyscy zaproszeni goście się zjawili rozpoczęła się najważniejsza część. Świadek Dużej Czekoladki podał obrączki pani Kierownik USC, a my zasiedliśmy na specjalnie przygotowanych krzesłach. Tuż za nami siedziała moja najbliższa rodzina (oczywiście z Simbą na czele). Król wyglądał na zdenerwowanego, co rusz zaciskał rączki i drapał jedną o drugą, ale wcale się nie dziwię. Nie każde dziecko może być na ślubie własnych rodziców. Poza tym, zachowywał się nad wyraz spokojnie, jak prawdziwy gentleman. Ani razu nie zapłakał, baaa, był najspokojniejszym dzieckiem pod słońcem. Wracając do tematu, Pani Kierownik wygłosiła przecudną przemowę, która miała na celu redukcję, chociaż w minimalnym stopniu, stresu, który nam towarzyszył. Aż w końcu przyszła kolej na najważniejsze - wypowiedzenie przysięgi małżeńskiej (którą nota bene znałam na pamięć, ale w tamtej chwili nie pamiętałam jej w ogóle). Na pierwszy ogień poszedł A.  - muszę przyznać, że poszło mu idealnie. Świetnie sobie poradził z dziwnymi polskimi słowami (o wiele lepiej niż na ćwiczeniach w domku hehe). No i przyszła pora na mnie. Chyba nie muszę pisać, że ręce drżały mi jak nigdy. Cały bukiet (aaa... nie wspomniałam o nim! Śliczne bordowe róże z ecru goździkami) się trząsł razem ze mną. Stres minimalnie puścił w momencie mówienia przysięgi.  Ze skupieniem starałam się płynnie powtórzyć wszystko bez pomyłek. Pierwsze słowa: "Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny" wręcz krzyknęłam. Później przyszedł moment wymiany obrączek, moja ręka tak się trzęsła, że bałam się, żeby nie upuścić obrączki na ziemię. Na szczęście wszystko poszło sprawnie. 


Potem wpis do księgi, najpierw nasz, a następnie świadków (pozdrawiam serdecznie :*). Pozornie wszystko zmierzało ku końcowi ceremonii, aż tu nagle koledzy A. zaczęli śpiewać piosenkę po suahili (tradycyjna piosenka tanzańska śpiewana w dniu ślubu. Jak mi wytłumaczył mój MĄŻ, jest to smutna piosenka, gdyż mówi o pożegnaniu panny młodej z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi. Od tej pory zaczyna inne życie, które już nigdy nie będzie takie samo.) Jako, że większość nie wiedziała, że jest to smutna piosenka (wcale tak nie brzmiała ;p) zebrani zaczęli klaskać i bujać się w rytm piosenki. Chwilę później nastąpiło przyjmowanie gratulacji i odbieranie prezentów. Kolejnym etapem było przywitanie przez rodziców chlebem i solą i wypicie szampana (jako, że karmię swój kieliszek oddałam Mężowi hehe). Po wypiciu rzuciliśmy kieliszkami, posprzątaliśmy nasz mały bałaganik (A. chwycił miotłę, więc jest dobrze :D) a następnie przeszliśmy do sali, gdzie było jedzonko :P Nie chce Was zanudzać tortami, obiadem czy też tańcami. Generalnie wesele nam się udało :) Dobrym motywem była wygłaszana przysięga tanzańska przez A. przed moją Mamą i Tatą (dla przypomnienia: "W Tanzanii pan młody składając przysięgę małżeńską pod groźbą kary więzienia musi powtarzać za urzędnikiem następujące słowa:"Niech się wykrwawię, niech mnie piorun roztrzaska, niech mnie zeżre krokodyl, niech ogłuchnę i oślepnę, niech stanę się żebrakiem, jeśli oszukam lub opuszczę żonę".) Śmiechu było co niemiara :))). Jeżeli chodzi o Bartulka to zachowywał się jak aniołek. Jadł grzecznie (miałam specjalnie wydzielone miejsce do karmienia :)), potem szedł spać, ku uciesze ludzi, którzy wychodzili na spacerki w wózeczkiem. 


Dostaliśmy mnóstwo prezentów, m.in. bardzo ciekawą książeczkę z 26 bajkami afrykańskimi dla Bartka od wujka Bola. Naprawdę zaskoczyła mnie jego pomysłowość. Codziennie staram się przeczytać Bartkowi jedną z tych bajek (jak to napisał wujek w dedykacji "Aby wiedzieć dokąd zmierzamy, musimy wiedzieć skąd przychodzimy"). Wzruszył mnie ten prezent niesamowicie. Uwielbiam Cię Boluś :))))) Oczywiście inne prezenty były równie urocze i zaskakujące. Po weselu Czekoladka jest bogatsza o nowe grzechotki, ubranka i zabawki ;p Dziękuję wszystkim obecnym, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Jesteście kochani, wszyscy, bez wyjątku :)))))))))))))) A największe uściski i podziękowania dla moich rodziców i brata, którzy tak wspaniale wszystko zorganizowali :*

Pierwsza myśl jako żona? "Boże, jak mnie uwiera ta obrączka ;p" xDDD

***
Nie wiem czy zauważyłyście, że Bartulek skończył we wtorek 3 miesiące :)))
Moja kochana perełka! :))) Sto lat Syneczkuuuu :) Ale może o tym w przyszłym wpisie :)


***

środa, 29 grudnia 2010

Zawadi, gift, prezent :))))

Aż mi się serce raduje jak patrzę na marcową szafeczkę (tą, którą wysprzątałam specjalnie przed Świętami) mojego Synka :) Z dnia na dzień jest tam coraz więcej ubranek i akcesoriów dla Malutkiej Czekoladki :) Jak się można domyślić, w dniu dzisiejszym za sprawką moją oraz Babci Czekoladki szafeczka znowu jest bogatsza o nowe cudeńka. :)))) I teraz pragnę się częścią z nich pochwalić :))))))


Na pierwszej fotce od góry specjalny zestawik ubranek dla Bobcia - czapeczka z długim pomponikiem, skarpeteczki, śliniaczek, pajacyk i ubranko, na drugiej szczoteczka z miękkiego włosia do czesania kędziorków Bobunia, a na trzeciej wszystko razem + pieluszki flanelowe we wszelakie wzorki ;p Dodatkowo zakupiłyśmy z Mamcią 20 pieluch tetrowych, co by potem nie szukać :) Co do tych pieluszek, to jeszcze chyba nie wspominałam, ale na samym początku zamierzam używać tetrowych pieluch, jeżeli nie dam sobie z nimi rady lub okażą się zbyt pracochłonne to "przerzucę się" na jednorazowe. :))) Ale chcę spróbować najpierw z tetrą :)))

***
Dzisiejszy dzień był naprawdę pozytywny, nie tylko za sprawą zakupków dla Synka, ale również dzięki panu kurierowi z przesyłką z DDTVN :) Prezentuję jakie cudeńka wygrałam/wygraliśmy w konkursie TVNu (portret M.Monroe należy do mnie hehe, jest tylko częścią dekoracji). Nie powiem, kolorystycznie pasują idealnie do mojego/Naszego pokoju. Niah niah.


***
Jutro wyjeżdżamy z Synem do mojej Ukochanej Dużej Czekoladki, więc nie wiem jak to będzie z wpisami. Postaram się złożyć życzonka dla Was na blogu przed Sylwestrem. Co ja piszę. Na 100% to zrobię. Także do napisania wkrótce. :))))

PS. chciałabym Wam pokazać prezencik urodzinowy dla mojego A., ale może tu zajrzeć więc niestety na razie nic więcej nie piszę na ten temat :))))) 

***
Na koniec odważna sikorka, która jako jedna z niewielu zdecydowała się wejść na naszą hiper super słoninkę :D Brawa dla niej :)))) Może wkrótce uda mi się sfotografować panya, który podjada z "miski" wróbli? :D Swoją drogą stwierdzam, że na gwałt potrzebuję prawdziwego aparatu fotograficznego aaaaa!



mały czekoladowy słowniczek:
zawadi (czyt. załadi) - prezent
panya (czyt.panja) - szczur

***

wtorek, 14 grudnia 2010

O czym śnisz, gdy nie widzi nikt...

http://www.zapytajpolozna.pl/

Niedawno przeczytałam, że moje Dziecko zaczęło sobie śnić i tak zaczęłam nad tym wszystkim rozmyślać. Z tych moich rozmyślań nie wynikło nic dobrego, właściwie to mogę napisać, że wpadłam w niemałego doła. Zaczęłam się zastanawiać, o czym to moje Dzieciątko może sobie tak śnić? Jak na złość przyszła mi okropna wizja koszmarów sennych. Przeraziła mnie ona nie na żarty. No bo jak uspokoić takiego Maluszka, jak jest hen hen głęboko w brzuszku sam jak palec?  Jak go przytulić? Jak go pocieszyć? Nawet nie mam jak go dotknąć, a co dopiero pocałować na uspokojenie. I tak myślałam nad tym i myślałam, jednocześnie gładząc brzuszek, aż w końcu zapadłam w sen. Rano, zaraz po przebudzeniu zadałam mamie pytanie: "Mamo, a czy Bobek ma koszmary senne, bo ja przeczytałam, że Dzieci na tym etapie rozwoju mogą już śnić i tak zaczęło mnie zastanawiać, co jeśli Bobuś ma jakieś koszmary?". Na szczęście moja Mamusia jest osobą twardo stąpającą po ziemi, za co jej teraz niesamowicie dziękuję, więc od razu dała mi jasne wytłumaczenie, dlaczego Bobuś na 100% nie ma koszmarów. A wiecie co mi powiedziała? Ano to, że Bobuś jest malutki, ma same miłe doznania, nie zna zła i okrucieństwa tego świata, więc nawet jego wyobraźnia nie ma skąd czerpać negatywnych emocji do główki, więc na pewno śni tylko o samych miłych rzeczach :D Ufff... kamień z serca. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć mojemu Synkowi samych miłych snów, kolorowych i czekoladowych jak on sam :)))) Wystarczy, że Twoja mama ma głupie sny, od których nie może się odpędzić. Mam nadzieję, że jeśli jednak jakiekolwiek złe zjawy chciałyby wtargnąć do Twojej malutkiej główki to szybko odeślesz je do pokręconej główki Twojej rodzicielki :D Ja już się z nimi rozprawię ]:->

***
Dzisiaj z Babcią Czekoladki poszłyśmy po prezencik dla Malutkiej Klary, którą idę odwiedzić z moim Ukochanym w sobotę. Jest to prześliczna, malutka pół Tanzanka, pół Polka :), o której już raz wspominałam na blogu. Hehe, idę się napatrzeć na tą ślicznotkę, no i przy okazji odwiedzić znajomych - świeżo upieczonych rodziców ;p. Jak można się domyślić, poszukiwania prezenciku skończyły się tak, że mój Synek jest bogatszy o nowe bluzeczki i dwa śliczne polarowe pajacyki :))), które prezentuję poniżej (przepraszam za jakoś fotek, niestety nie mam aparatu :/). Oczywiście dla malutkiej Czarnulki też mam małe co nieco. Mam nadzieję, że Małej Księżniczce spodobają się prezenciki. :))) Po mocnych kopniakach Synka wnioskuję, że chyba jednak tak. W końcu jest facetem, jak jemu się podobają to i Klarze się spodobają. :D


***
Nie wiem co się dzieje z moim żołądkiem. Od popołudnia mam mdłości rodem z początków ciąży. Masakra. Nie mam siły pisać dalej, dlatego się już żegnam. Czekoladowe buziaki dla Czytelników. :)))

PS. dopisze tylko, że DZIĘKUJĘ serdecznie wszystkim i każdemu z osobna za klikanie na pieski na stronce szerloka. :) Miło mi poinformować, że wszystkie pieski zostały nakarmione!!!! :)))))))))))) w sumie 120 zwierzaczków. Czyż to nie jest piękne? :] W dalszym ciągu proszę o klikanie na pajacyka i pustą miskę (odnośniki po prawej stronie strony).


***