Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duża Czekoladka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duża Czekoladka. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 kwietnia 2012

Tanzańskie safari w mieście.

Oj, kolejna ciężka noc za nami. Czekoladka w okolicach 3 rano, postanowiła urządzić sobie wyścigi samochodzików, na przemian z "kukaniem" pod kołdrą, krzycząc przy tym i śmiejąc się na cały głos (a co za tym idzie, budząc wszystkich wkoło). No po prostu masakra. Ja rozumiem, że życie jest tak ciekawe, że nie można się doczekać kolejnego dnia, ale żeby rozpoczynać go o 3 nad ranem? Aaa... Jestem umęczona. Marzę tylko o łóżku i śnie. Niestety Bartuś nie podziela mojej ochoty i rozbawiony biega z Tatą po mieszkaniu. Po takiej ciekawej nocy miałam ochotę spędzić cały dzień pod kołdrą, no ale będąc Mamą Małej Czekoladki, nie ma czasu na leniuchowanie. Z samego rana, zachęceni piękną pogodą, szybciutko przywdzialiśmy ciuszki i razem z Babcią Czekoladki wybyliśmy na pozornie zwykły spacerek. No właśnie... pozornie. Dzień, podobnie jak noc, obfitował w wiele atrakcji i nowości. Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle, w dobrze znanym nam miejscu, niespodziewanie wyrosło wieeeelkie zwierzęce safari! Oczywiście nie omieszkaliśmy podejść bliżej i przyjrzeć się nowym futrzanym przybyszom :) Bartunek z ciekawości szybko wskoczył na Babcine ręce i z bliska obserwował te dziwne stworzenia. Wszak nie codziennie w środku miasta, można zobaczyć takie zwierzątka (kaczki są codziennie, ale np. wielbłądy niekoniecznie ;))


Szczerze Wam powiem, że ten widok poprawił mi humor jak nic na świecie. Uwielbiam zwierzęta, wręcz je kocham. Kiedyś nawet marzyłam o pracy w zoo, by mieć na co dzień kontakt z futrzakami, ale niestety los pokierował mnie w inną stronę. Ale ja nie o tym. Z wszystkich zwierząt, które dzisiaj zobaczyliśmy, największe wrażenie zrobiła na mnie oczywiście ZEBRA. Dzięki niej poczułam się, jakbym była na tanzańskim safari (aż serce zaczęło mi mocniej bić, na myśl, że za niedługo będę miała takie widoki kiedy tylko tego zapragnę). Ajajajaja. To taki przedsmak Tanzanii. Oczywiście nie zamierzałam odpuścić Dużej Czekoladce takiego widoku. Zaraz po jego powrocie z pracy, zabrałam go na popołudniowy spacerek, by znowu spotkać się oko w oku z piękną zebrą.


Reakcja Męża była mniej więcej taka :o "Taka mała zebra? Pfff... Jak zobaczysz te w Tanzanii, to są dopiero ZEBRY :)". Ach. Nie powiem, te słowa jeszcze bardziej rozbudziły moją ciekawość :) Normalnie nie mogę się doczekać tej wyprawy! :))))) A jeśli już piszę o Dużej Czekoladce, to muszę się Wam pochwalić, że w dniu dzisiejszym miała miejsca BARDZO WAŻNA sprawa - otóż Bartuś, po zobaczeniu Taty w drzwiach, krzyknął w jego kierunku świadomie TATA! :) Oboje byliśmy wzruszeni :} Do tej pory w kółko słyszeliśmy "mama" "baba", ale Tata padło po raz pierwszy :))) Cudowna sprawa :] Tak pozytywnie naładowani w trójkę udaliśmy się na spacerek do pobliskiego parku, który Czekoladka przemierzała wzdłuż i wszerz na swoich Malutkich Stópkach (a Mama na 12 cm szpilach, o tym więcej na drugim blogu :P). Wzbudzaliśmy poruszenie wśród współspacerowiczów, którzy zachwycali się "takim małym człowieczkiem" na dwóch nóżkach hehe :) Standardowo nakręciłam filmik, z tych Czekoladowych wojaży :) Będzie pamiątka jak znalazł.


I tak, moi Drodzy, minął nam ten środowy dzień. Mnóstwo wrażeń i emocji, które z przyjemnością uporządkowałabym podczas snu, przytulona do Czekoladek ;) Ale kiedy to nastąpi... to nie wiem ;) 

***

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Tik tak.

Zegar odmierza czas do naszego pożegnania. Dziwnie się czuję na myśl, że już za dwa tygodnie będę spać sama z Małą Czekoladką w wielkim łóżku. Niestety tak czasami układa się życie, że żeby coś mieć, na chwilę trzeba z czegoś zrezygnować. Mąż nawet zaczął się wahać, czy wytrzyma bez nas tak długi okres czasu... Najbardziej boimy się o Bartulka, jak zareaguje na tak długą rozłąkę z Tatą? Moi mężczyźni, naprawdę są bardzo związani ze sobą. Nie wyobrażam sobie ich osobno... Czekoladka jest tak przywiązana do Taty, że pewnej nocy, gdy Tata nocował poza domkiem, nie chciał żebym spała po stronie Męża (a próbowałam, bo nie chciałam, żeby mi Bartulek w nocy spadł z łóżka). Doskonale wie, że tam jest miejsce Taty i to on ma tam leżeć, a nie Mama. Całą noc szukał ręką ramienia Dużej Czekoladki, a gdy nic nie znajdował, w ruch szła noga, która kopała rozpaczliwie w puste miejsce w łóżku. Ech. Jak powiedziałam o tym Mężowi, zobaczyłam łzy w jego oczach. Wiem, że myślał o naszej rozłące...
Ale tak musi być, przynajmniej na tą chwilę. Pomalutku zaczynamy przygotowania do wylotu Dużej Czekoladki. W dniu dzisiejszym w końcu odebraliśmy akty w j. angielskim - akt urodzenia Czekoladki oraz akt naszego ślubu (hehehe, w Tanzanii mój Mąż wciąż jest kawalerem :D). Dodatkowo Duża Czekoladka z moją Mamą odwiedzili Urząd Skarbowy w celu złożenia pitów (Boże, dla mnie to totalnie czarna magia - chyba nigdy nie pojmę czym różni się pit - 37 od pitu 36 2012, a pomyśleć, że kiedyś uczyłam się tego w liceum) oraz przeniesienia innych urzędniczych papierków. Jak widać przygotowania idą pełną parą. Jeszcze muszę kupić prezenty dla Teściów - Teściowej planuję podarować ilustrowany album z pielgrzymek Jana Pawła II (cała rodzina jest wprost zakochana w papieżu-Polaku), a Teściowi jakiś polski truneczek :)))) To będą moje drugie podarunki dla rodziców Męża :) Mam nadzieję, że przypadną im do gustu ;p Z kolei ja zażyczyłam sobie od Dużej Czekoladki: bajek w j. suahili dla Czekoladki, informacji o macierzyństwie od jego Sióstr/Mamy oraz codziennej dawki zdjęć ilustrujących życie codzienne w Tanzanii (no wiecie, węże, pająki, skorpiony i takie tam hahaha ;))) Aaa... no i piwa bananowego i przypraw afrykańskich! (wszak kiedyś przestanę karmić piersią i chcę się delektować tanzańskim jedzonkiem, c'nie? :D). Teraz sobie żartuję z tego wyjazdu, ale Wam mogę napisać, że serce mi płacze i krzyczy: Don't go! :(


***

sobota, 24 marca 2012

Wiosenne spacerki.

Przyszła wiosna, a wraz z nią codzienne długie spacerki w promieniach słońca, które Czekoladka wyjątkowo sobie upodobała. Wystarczy, że zobaczy wózek/rowerek, a już zaczyna skakać, wiercić się i cieszyć przez niecierpliwe łzy. Spowodowane są one niczym innym jak tym, że Bartunek chciałby od razu wejść do wózka/rowerka, bez ubierania, przygotowywania się czy zakładania czapki. Jest wózek/rowerek, jest spacer. Tu i teraz, a nie za chwilę. Gdy już przeboleje żmudne zakładanie czapki, rajstop i kurtki, z zadowoloną miną siada w swoim tronie i delektuje się widokiem natury. Ze skupieniem obserwuje biegające wkoło dzieci, przelatujące ptaki, czy przejeżdżające samochody. W mig zamienia się w oazę spokoju, gdzieś daleko znika energiczna Czekoladka. "Normalny Bartuś" ujawnia się dopiero w momencie wejścia do zamkniętego pomieszczenia typu sklep czy dom. Nienawidzi tego, śmiało mógłby spędzać na zewnątrz 24 godziny na dobę. Powroty do mieszkania kończą się wielkimi łzami, krzykiem i tupaniem nóg. W ruch od razu idzie pan Cyc, który w minimalnym stopniu łagodzi żal z zakończenia spacerku. Tak oto wyglądają nasze codzienne wiosenne wędrówki. Teraz już wiecie, dlaczego ostatnimi czasami tak rzadko tu bywam. Pogoda jest tak piękna, że grzechem byłoby spędzanie czasu przed komputerem. Musicie mi to wybaczyć, ale Czekoladka i jego uśmiech na twarzy są najważniejsze :))))
 
 

***
Na zakończenie muszę się Wam pochwalić! W miniony czwartek Duża Czekoladka obroniła się na piąteczkę i została świeżo upieczonym magistrem. Gratuluję Mężu! Teraz kolej na mnie ;))) Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku porozmawiam z Tobą jak równy z równym hehe ;)))) :*

***

wtorek, 6 marca 2012

Rok temu o tej porze...


Pamiętacie? Bo ja nie do końca hehe. Pamiętam tylko, że około godziny 18stej zaczęły mi się sączyć wody płodowe. Szybciutko pobiegałam do Mamy, powiedzieć jej, że to chyba już, potem kazałam Dużej Czekoladce zrobić fotkę brzuszka z okrzykiem: "Szybko, szybko. Zaraz go nie będzie. Rodzę!". Po ekspresowej sesji zdjęciowej, wzięłam prysznic, ogarnęłam się. Następnie Mama pobiegła po sąsiadkę-położną, by ta sprawdziła, czy to na pewno poród. Po krótkim badaniu, wody chlusnęły jeszcze bardziej, a położna krzyknęła: "Szybko zbieramy się. Rozwarcie na dwa palce, czułam włosy! Mnóstwo włosów. Rodzimy". Po około 10 minutach, zwarci (a niektórzy rozwarci hehe) i gotowi ruszyliśmy w stronę szpitala. W międzyczasie wysyłałam smsy do znajomej, że rodzę i ma trzymać kciuki. Samego momentu wejścia do szpitala nie pamiętam. Chyba z emocji. Kolejny moment, który mi świta (z racji lekkiego bólu) to badanie na łóżku z ktg, po którym wody buchnęły ze mnie jak z rozbitego balona. Ktg nie wykazywało żadnych skurczów, te przyszły dopiero po kroplówce z oksytocyną. Prawdziwy poród zaczął się około godziny 22 i trwał 7 godzin i 45 minut, do godziny 5:45 (7 marca 2011r.), gdy Malutka Czekoladka wyskoczyła z brzuszka :) Samego porodu nie opisuję, bo bym się popłakała, zbyt dużo emocji, nawet po roku. I pomyśleć, że teraz patrzę na skaczącą Czekoladkę w rytm Move like Jagger. Czas pędzi jak szalony...

06.03.2011 - ok. 18.00

Teraz, z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować Wam za wsparcie w tamtym okresie, za miłe słowo i wszystkie komentarze. Byliście, jesteście i będziecie niezastąpieni.

A także chciałam złożyć wyrazy szacunku i miłości na ręce mojego Męża i Mamy, którzy byli ze mną i Czekoladką podczas tej ciężkiej walki - walki o nasze nowe życie. 

***

niedziela, 12 lutego 2012

ABC...

Duża Czekoladka odkrywa swoje pedagogiczne umiejętności i od najwcześniejszych miesięcy życia Czekoladki, dba o jego edukację, i nie mam tu na myśli tylko zwracania się do Synka w suahili i angielskim. Duża i Mała Czekoladka wyszli na wyższy stopień wtajemniczenia - naukę alfabetu po angielsku. I tym sposobem, od kilku godzin, w mieszkaniu rozbrzmiewa radosne "ej, bi, si, di, i, ef, dżi...". Hihihi, tylko patrzeć jak Mała Czekoladka sama zacznie powtarzać alfabet, już bez pomocy Taty i youtube :))))  W sumie nie ma lepszego sposobu na naukę, jak połączenie jej z zabawą :) Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy tylko piosenka cichnie, Bartulek zalewa się łzami. A, gdy na nowo ją włączamy, cieszy się i kołysze :)





Swoją drogą, czytałam kiedyś artykuł na temat dzieci wychowywanych w domach dwujęzycznych, w którym opisane były problemy wynikające z faktu używania dwóch języków. Podobno takie dzieci, później zaczynają mówić i mają problemy z nazywaniem przedmiotów tylko w jednym języku, wszystko im się miesza. Ciekawa jestem, jak to będzie u nas. W końcu do Bartulka mówimy, nie w dwóch, a w trzech językach... Mam nadzieję, że nie spowoduje to totalnego zamieszania w Czekoladowej głowie. Nie chciałabym kiedyś, nie zrozumieć jego mieszanki polsko-angielsko-suahilskiej. Bo w końcu skąd miałabym wiedzieć, czy mówiąc kuma ma na myśli, że coś rozumie, czy ekhm... żeński narząd rozrodczy ;))))) 

Wiem, że czyta mnie wiele Mam mieszkających za granicą, ciekawa jestem jak to wygląda u Was w domach. Faktycznie dzieciaczki zaczęły później mówić i mają problemy z nazywaniem przedmiotów tylko w jednym języku?

***

niedziela, 22 stycznia 2012

Afryka przyszłością chrześcijaństwa.

O matko. Wiem, że ten tytuł może niektórych odstraszyć, ale od razu uspokajam - nie będę pisać o religii, gdyż jest to bardzo delikatny temat. Nie chcę nikogo przekonywać, nawracać albo zniechęcać do jakiegokolwiek wyznania, nic z tych rzeczy. Tytułowe słowa nawiązują do wizyty duszpasterskiej, która miała miejsce dokładnie w piątek w granicach godziny 16stej. Była to pierwsza kolęda Małej Czekoladki (i jak się okazało Dużej także ;)). Sama wizyta zaczęła się dosyć "luźno", dzięki ministrantowi, który okazał się "znajomym" Czekoladowej Babci (tak, tak... Babcia ma szerokie grono przyjaciół, zaczynając od swoich uczniów z podstawówki, a kończąc na 80 latkach ;)). Sam ksiądz też okazał się przyjaznym człowiekiem. Z uśmiechem na ustach przywitał Małą Czekoladkę, zrobił krzyżyk na jego czole i nie omieszkał dotknąć loczków (komentarz księdza "Łał. Ale fajne."). Po standardowej modlitwie, rozpoczęła się rozmowa, która, jak się domyślacie, zeszła na wiadomy temat - AFRYKA (a byłam pewna, że będzie to temat ślubu kościelnego , a tu takie zaskoczenie, bo tego tematu ksiądz nie poruszył ;p). Dowiedzieliśmy się od naszego gościa m.in. właśnie o tym, że Afryka jest przyszłością chrześcijaństwa i, pomalutku wysuwa się na lidera w tej kwestii. Ok. Nie wnikam, bo się nie znam, ale chyba coś w tym jest. W końcu jakby na to nie patrzeć  to właśnie, dzięki osobie Papieża Polaka, mój Mąż trafił do naszego kraju. Ale to nie temat na ten wpis. Ogólnie rzecz ujmując - kolęda się udała, Bartuś zachowywał się nad wyraz spokojnie, z zainteresowaniem obserwował naszego gościa z kolan Taty (jak to ładnie podsumował ksiądz "O proszę, jak się ładnie kolor wyrównał" to tak nawiązując do koloru mojego i Męża) i bawił się smoczkiem. Być może to ten znak krzyża na czole tak go uspokoił? Nie wiem. Wiem jedno, Synek nie poszedł w ślady chrzestnego i nie zrobił pierwszych kroczków przy księdzu. No cóż, ale co się odwlecze to nie uciecze :)


PS. dziś dwa wpisy, bo w końcu mam tyyyyle czasu, w ogóle nie muszę się uczyć i wcale, a wcale nie mam przed sobą ciężkiego egzaminu. Ech ;)

***

środa, 28 grudnia 2011

Pożegnanie? Powitanie!

W tym roku zdarzyło się coś niesamowitego. W Czekoladowej rodzinie Sylwester, a tym samym Nowy Rok nastał troszkę wcześniej. Wieczorem wszyscy zaczęli świętowanie, Dziadek specjalnie na tą okazję wyciągnął szampana z lodówki, Babcia otworzyła owoce w puszce i wspólnie obchodziliśmy bardzo ważne wydarzenie. Duża część z Was doskonale wie o co chodzi. Dzyń, dzyń - dokładnie dzisiaj, 28 grudnia 2011 roku o godzinie 16stej, dźwięcznie zadzwoniła łyżeczka w Czekoladowej buźce. Tak jest! Mamy zęba. Śliczną lewą dolną perełeczkę, która tak nam dała popalić (i to dosłownie!) przez okres świąteczny. Wszystko stało się jasne, gorączka, marudzenie, płacz i zgrzytanie dziąsłami. Intuicja mnie nie zawiodła - ząbkowaliśmy.
W sercach wszystkich domowników zapanowała olbrzymia radość, po tym jak Babcia odkryła pierwszego Bartulkowego ząbka. Co prawda, ja bym się kłóciła co do tego kto był pierwszy, no aleeee... Moje cycorki i tak wiedzą lepiej od kiedy są gryzione hehe ;) Ale faktem jest, że to Babcia za pomocą łyżeczki dała namacalne dowody na istnienie tej bieluteńkiej ślicznotki. Duża Czekoladka, Czekoladowa Babcia i Dziadek z dumą przechadzali się po mieszkaniu popijając szampana, podczas gdy Mama oddawała się kontemplacji o tym, że to koniec pewnego etapu... koniec bezzębnego uśmiechu. Mojego kochanego bezzębnego uśmiechu. Ach. Wszystko płynie...
Tak oto Czekoladowa rodzina (oczywiście beze mnie :P) żegnała bezzębny uśmiech, a witała pierwszy Czekoladowy Ząbek :)


To nie jedyna dobra nowina dnia dzisiejszego. Proszę tylko spojrzeć jak szybko doszło do realizacji wczorajszego wpisu. Mówimy i mamy. Całą szafkę nowych, dużych bodziaków i "rajstopek".


Bartkowi tak się spodobały reklamówki pełne nowych ubranek, że postanowił je wszystkie szybko rozpakować :) W ten oto sposób :)


Takiego zdolnego mam Syneczka :) Skutecznie zmotywował Mamę do uporządkowania nowych ciuszków. A mało tego, znalazł kartę stałego klienta, o której istnieniu nie miał nikt pojęcia :D Nawet Babcia, która zrobiła nam ten prezencik :D Hihihihi...
Koniec narzekania na brak ubranek, stroimy się i czekamy na zębową wróżkę, która co prawda nie ma nam zabierać ząbka spod poduszki, ale ma go nam jak najszybciej pokazać caluteńkiego, bieluteńkiego i równiutkiego :) Wszystkie nowe ząbki będziecie mieli okazję "obserwować" po prawej stronie bloga :) Dobranoc! :-)

***
Swoją drogą znacie dobry sposób na obolałą pierś? Nie wiem co się stało, ale prawy cycorek nie daje mi spokoju. Boli jak nie wiem co, a najgorszy jest ból podczas karmienia, gdy napływa mleko :( Jak sobie ulżyć? :((((

***
W dalszym ciągu zapraszamy na CZEKOLADOWE CANDY. Klikamy w obrazek :) Cieszy mnie tak duże zainteresowanie, jeśli dalej tak pójdzie to być może pokuszę się o dwie dodatkowe mini nagrody? :)


***

sobota, 17 grudnia 2011

Babamkuudziadziatatamama...

... czyli Bartek gada na potęgę. W sumie to gada od dłuższego czasu, ale do tej pory były to tylko bliżej nieokreślone dźwięki nosowe przeplatane gardłowymi w języku hmmm... suahili, typu: mkuu, baba. Na szczęście od kilkunastu dni zaobserwowaliśmy, że Czekoladka jednak poczuła w sobie polskość i zaczęła używać pierwszych pojedynczych (polskich) słów. W sumie ciężko mi powiedzieć, czy używane przez niego słówko "baba" było wersją tanzańską czy polską, ale w przypadku "dziadzia" oraz "tata" takowych wątpliwości już nie mam :) Jest to o tyle zabawne, że podczas wypowiadania tych wyrazów Bartulek śmiesznie wystawia język (ooo tak :P) jakby chciał powiedzieć coś więcej, ale niestety jeszcze nie do końca mu to wychodzi :P No, ale "nie od razu Rzym zbudowano" c'nie? A teraz kilka faktów - dnia 11.12.2011r. Bartuleczka moja kochana pod nieobecność Czekoladowego Dziadka (później powtórzył to kilkukrotnie już przy Dziadziu) wypowiedziała swoje pierwsze nieświadome "dziadzia", a już dwa dni później z ust Czekoladowego Simby można było usłyszeć wyraźne TATA. Słowo "mama" króluje tylko i wyłącznie podczas rozpaczy oraz napadów złości :P. Co gorsza, moje prośby o powtórzenie "mamy" już tak na spokojnie niestety nic nie dają, wręcz wywołują wielki uśmiech na czekoladowej twarzyczce. No cóż... Być może Bartuś czeka na odpowiednią chwilę, żeby uraczyć mnie pierwszym ŚWIADOMYM mama? Kto to wie. Wiem jedno - moje dziecko się rozgadało na potęgę i czasami ciężko go uciszyć (chociażby na DDTVN, gdy leci interesujący reportaż :/). Kolejna sprawa, na którą nie zwróciłam uwagi, a która "uaktywniła się" u Czekoladki już jakiś czas temu to kiwanie głową na boki w stylu "nie" (dopiero jak przeczytałam na jednym z blogów, że dziecko zaczęło kiwać głową "nie" to sobie uświadomiłam, że przecież Bartek tak robi od kilku dni, ale ja uważałam to za coś naturalnego i w ogóle nie przyszło mi przez myśl, że to coś ważnego :P Głupia ja :)) oraz naśladowanie innych. Sytuacja z wczorajszej kąpieli - Tata pokazuje do Synka kciuk zwrócony do góry w geście "super", gdy po chwili Bartuś podnosi rączkę do góry i próbuje zrobić to samo. Albo motyw z brzęczeniem palcem po ustach, wystarczy chwila, a Synek robi dokładnie to samo, śmiejąc się i czekając na dalszą reakcję :))) (o udawanym kaszlu nie wspomnę ;p). Cudowny jest. Ach. Kocham tego mojego Czekoladowego Śmieszka. W życiu nie sądziłam, że można kogoś tak bezgranicznie kochać. Uwielbiam patrzeć na niego wieczorami, gdy śpi sobie jak aniołek z dziurą w ustach po wyplutym smoczku albo sytuacje, gdy wpełza na mnie i tuli się co sił. Wiecie co? Dzięki niemu czuję się spełnioną osobą. Dziękuję Ci za to Synku. Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie i nie mogę uwierzyć, że kiedyś nie było Cię wśród nas. To jest po prostu unbelievable. Love you Maaan :*



***
Na koniec chciałam serdecznie podziękować firmie Johnson's za kolejne "upominki" w ramach współpracy. Moja mina po zobaczeniu kuriera w drzwiach - bezcenna. Tak to jest, gdy człowiek się czegoś nie spodziewa :)


***

wtorek, 6 grudnia 2011

Santa Claus.

Zaprawdę powiadam Wam - grzeczność popłaca. Na dowód załączam poniższe fotki. Ale zanim je zobaczycie, opowiem Wam cóż to takiego fajnego spotkało nas minionej nocy. Zaraz po kąpaniu, Bartulek okryty ciepłą kołderką nagle, ni z tego, ni z owego usnął na brzuszku Mamy. Zaskoczyło to nie tylko mnie, ale i resztę rodziny. Ale, ale Mała Czekoladka doskonale wiedziała co czyni. Otóż, Mamusia tuż przed kąpaniem powtarzała do Synka: "Idź wcześniej spać, a św. Mikołaj szybciej do Ciebie zawita". Nie wiem na ile Bartuś zrozumiał sens tych słów, ale patrząc na jego szybkie uśpienie wnioskuję, że w 100%. A było na co/na kogo czekać.


Podczas gdy, Karmelek smacznie sobie chrapał, nasze mieszkanie odwiedził Pan w czerwonym ubranku, który z radością buszował po pokojach, odwiedzając każdego domownika. Po ilości prezentów wnioskuję, że najgrzeczniejszy był, nie kto inny, jak Bartulek, w drugiej kolejności uplasowała się, o dziwo ;p, Czekoladowa BABCIA. Po analizie prezentów widać, że Święty Mikołaj dostał list od Małego Simby, bo aż trzy z czterech życzeń zostało zrealizowanych (czwarta prośba została przekazana gwiazdce, tak więc potrzebujemy sporo miejsca pod choinką :))).


W ramach rekompensaty Mikołaj zostawił dodatkowe bonusy, ale o tym za chwilkę. Teraz lepiej popatrzcie jaki widok zastaliśmy o poranku:


Dwie wielkie paki zaadresowane do Bartulka. Są dwa wytłumaczenia takiego stanu, albo Król wykazał się nadzwyczajną grzecznością przez tych 9 miesięcy ;))), albo Święty powinien zainwestować w okulary i aparat słuchowy hihihiihii... No, ale nie przedłużając, popatrzcie co skrywały te wielkie paki:


W pierwszej kolejności naszym zaspanym oczom ukazały się dwie "Mikołajowe bajeczki". Och. Jesteśmy uratowani, wszak bajki od Wujka Bola już dawno nam się skończyły, a przecież edukować się trzeba. Mikołaju! Strzał w 10 :)))) Kolejnym prezentem była:


Tak jest! Nic innego, jak nasza wymarzona, samojeżdżąca i grająca ciufcia! Nie sposób opisać reakcji Bartulka na te wszystkie zabawki. Na początku było to zaciekawienie z lekką dezorientacją, które później przerodziło się w pisk radości. Rany, nie sądziłam, że takie pozornie "nic" potrafi wywołać tyle szczęścia. Ale to nie koniec niespodzianek:


Kolejnym cudeńkiem była osobista, pierwsza w Czekoladowym życiu komóra :D Grająca i świecąca. Normalnie szał ciał :))) Szczerze Wam powiem, że to był chyba najbardziej trafiony prezent. Od jakiegoś czasu Bartulek ukochał wszystkie domowe komórki. Doszło nawet do tego, że Wujek dał chrześniakowi "w prezencie" swoją starą komórkę (oczywiście bez baterii) do zabawy. Jednak ja (przewrażliwiona matka?) byłam przeciwna takiej zabawce i z radością powitałam nową, całkiem bezpieczną (od 6 mc :)) komóreczkę :)))) Czas na następną odsłonę prezentów:


Kolejny punkt z listu do Mikołaja :) MAMY BUMBUMA, który po naciśnięciu sam jeździ, tym samym zachwycając Małego Urwisa. Ekhm, a jeśli już o urwisie mowa:


Czyżby jednak Mikołajowi doniesiono, że z tą grzecznością to różnie bywało :D? Hihihi, tak czy siak, T-Shirt cudny, w sam raz na przyszłą wiosnę :))))) Ale, ale... przecież była mowa o trzech prezentach z listu....


Hihihi... oto i one. 100 drewnianych klocuszków o różnych kształtach i kolorach :) Mniejsze elementy zostały skrzętnie schowane na "starsze czasy", a większymi już zaczynamy się bawić. Szkoda tylko, że Mama musiała iść dzisiaj na uczelnię. Z przyjemnością pobawiłabym się nimi z Syneczkiem. I tak oto prezentowała się podwójna Mikołajowa paczuszka Czekoladki. Ale tak jak wspominałam na samym początku, Święty Mikołaj nie zapomniał o reszcie domowników. Na dowód załączam te oto fotki:
  • prezent dla Babci :) - wiemy, że Babcia spodziewała się czegoś innego, ale trzeba pamiętać, że w przyrodzie nic nie ginie :))))) Grunt to niespodzianka :D

  • prezent dla Dziadka :)) - po słynnym zatrzymaniu innego pana-dziadka w takiej koszulce, wiadomym było, że wkrótce i Nasz Dziadzio będzie przechadzał się w takim T-Shircie z Czekoladką pod ręką :D A jakże, w końcu Czekoladowa Babcia i Czekoladowy Dziadzio są najlepsi na świecie i Mikołaj doskonale o tym wiedział :))))
  • prezent dla Dużej Czekoladki - powiem Wam, że ten prezent ciężko było mi trzymać w tajemnicy. Uroki wcześniejszego kupowania upominków ;p (Pamiętacie ten wpis i moją wielką radość, którą tak ukrywałam. Teraz przyszedł czas na ujawnienie powodu tej radości. Haha, chodziło właśnie o ten prezencik :P Zarówno mój, jak i mojego Męża. :P) Jak się okazało Mąż doskonale wiedział co skrywa Mikołajowa torebeczka :( Bu... Na szczęście prezent trafiony w 200% :D
  •  no i na końcu mój (tak wymarzony) złoty prezencik :))))) Tak długo na niego czekałam i w końcu jest mój :D Jupiiiiii :D:D:D Love it!

Mam nadzieję, że i o Was nie zapomniał Mikołaj i wszystkie prezenty były tak trafione jak u nas :) Wszystkim tego życzymy z całego serduszka. Pozdrawiamy z ciepłego łóżeczka :)))

***

czwartek, 13 października 2011

Trzy dni z życia Karmelka.

Powracam do Was pełna energii i wigoru. Co prawda, ten tydzień do łatwych nie należał, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Pomalutku staram się wszystko zorganizować tak, żeby było dobrze - dla mnie, dla Bartulka i rodziny. Ostatnie dni dały mi mocno w kość, codzienne wstawanie o 5 rano, podróż na uczelnię, z której wracałam w granicach 16-17, nie pozostało niezauważone przez mój organizm. Ciało domaga się snu i odpoczynku, ale niestety nie mam za bardzo kiedy mu tego oferować. Wieczory i noce należą do Czekoladki, a poranki układają się w monotonny ciąg - pobudka-prysznic-pakowanie-karmienie-ubieranie-bus-uczelnia. Ale, żeby wszystko ładnie przedstawić uszereguję to sobie dzień po dniu.

PONIEDZIAŁEK 
Po dosyć dobrze przespanej nocy (Bartuś o dziwo, rzadziej budził się do karmienia) udało mi się wstać bez większych problemów o godzinie 5. Jedynie żołądek bolący ze stresu przypominał mi o tym wydarzeniu, które miało się odbyć. Z wisielczą miną pakowałam swoje rzeczy na uczelnię, raz po raz rzucając oko na słodko śpiącego z rękami do góry Karmelka. Serce mi pękało na samą myśl, że za chwilę to nie do niego będę się przytulać, a do ludzi stłoczonych w busie :/. Po szybkim toaletowym ogarnięciu, gotowa byłam nakarmić Bartulę, by następnie udać się w otchłań ciemnego, mokrego poranku. Jak na złość Czekoladka nie wybudzała się na karmienie, w najlepsze romansowała z Orfeuszem. Niestety czas mnie gonił, dlatego z bólem serca wybudziłam Simbę na karmienie. Szło nam to naprawdę opornie, bo Bartulek nie chciał w ogóle ssać, co chwilę zapadał na nowo w sen. No, ale co się dziwić, w końcu on jest Królem i to on decyduje kiedy chce zasiąść do uczty. Na szczęście po kilkunastu minutach udało mi się jakoś przekonać Bartulkę do wycysiania chociaż jednego pana Cyca. Nie ważne, że później z szybkością geparda biegłam co sił na przystanek (przepłaciłam to bólem gardła), przynajmniej skutecznie przypomniało mi do czego wracam - świata, który pędzi jak oszalały. W busie biłam się myślami - A co będzie jeśli zacznie płakać i rozpaczliwie szukać cyca? Przecież nie zostawiłam nawet mleka, a mała saszetka modyfikowanego może nie wystarczyć. Co chwilę spoglądałam na wyświetlacz komórki, czy aby nie mam tam nieodebranej wiadomości z nakazem powrotu od Mamy lub Męża, ale ku mojemu zaskoczeniu, taka informacja nie pojawiła się ani razu. W taki oto sposób minęła mi podróż na uczelnię. Na zajęciach, tak jak przewidywałam, nie skupiałam się na tym co mówią wykładowcy, w końcu mentalnie cały czas byłam w domu, przy Bartku. Cogodzinne raporty spływające z domu uspokajały mnie na tyle, że chociaż z ludźmi umiałam rozmawiać na inne tematy niż Czekoladka. Po zajęciach szybko przemieściłam się na przystanek i po przedłużającej się drodze powrotnej, w domowym oknie ukazał mi się najpiękniejszy widok na ziemi - czarna, kręcona, loczkowana główka z świecącymi węgielkami szeroko uśmiechająca się do mnie. Nie muszę chyba pisać, że dało mi to takiego speeda, że trasę do drzwi pokonałam chyba w najkrótszym życiowym czasie. Zaraz po otworzeniu drzwi, pognałam do łazienki umyć rączki i od razu wzięłam Bąbelka i wyściskałam go z całych sił. Nagrodą dla Bartuni były cyce pełne mleczka (z powodu braku czasu i odpowiedniego miejsca nie odciągałam mleka przez cały dzień, przez co nabawiłam się olbrzymiego bólu piersi :/). Zdezorientowany Bartul wypił tyle mleka, że aż dziw mnie bierze, gdzie to wszystko zmieścił. Do końca dnia nie odstępowaliśmy siebie na krok, wszędzie chodziliśmy przytuleni :))) W takiej pozycji przyjmowałam raporty z całego dnia od Babci Czekoladki i od Dużej Czekoladki. Z ich opowiadań wiem, że Synek był bardzo grzeczny, momentami był smutny i markotny, wygląda na to, że tęsknił za obecnością Mamy (cyców?), ale co najważniejsze nie marudził i nie płakał. Zjadał prawie wszystko, pisząc prawie mam na myśli wybrzydzanie przy kaszce (zauważyłam, że jej zwyczajnie nie lubi) i nie przypasowało mu modyfikowane mleko (po spróbowaniu go, od razu wypluł smoczek i nie chciał dalej cysiać, tak więc wciąż zostajemy na Maminym cycorku :)). Na szczęście, przez tych kilka dni, Bartulka nauczył się, że teraz przez część dnia nie ma cycusia, ale za to są przepyszne zupki, obiadki, jogurciki i deserki, więc nie jest źle (haha nic, że jedzenie odbywa się przy włączonym radiu i obserwowaniu przez Króla świecących się literek na wyświetlaczu wieży). Ale gra jest warta świeczki, bo zawsze po powrocie Mamy nagrodą za czekanie są cycorki pełne mleczka (zaprawdę powiadam, żaden laktator nie zastąpi dziecka ;)). Ach! Mówię Wam - nie ma nic piękniejszego niż widok roześmianej mordki na widok pana Cyca, a już wysłany bezzębny uśmiech po napiciu się jest najcudowniejszą nagrodą za te wszystkie tęsknotki. 
Co do wtorku i środy, to sytuacja wyglądała podobnie, z tą jednak różnicą, że Bartuś sam obudził się na karmienie (w środę nie spał już od 3 :/), a ja poszłam po rozum do głowy i podczas dnia odciągałam mleko w wc. Aaa... no i najważniejsza zmiana - opiekę nad Bobusiem sprawowała tylko i wyłącznie Babcia. Jak się okazało, oboje z Synkiem dali sobie super radę, stworzyli duet nie do zdarcia, Bartolini towarzyszył Babci we wszystkim. Razem sprzątali, spali (we wtorek po powrocie z niepokojem przyjęłam brak Simby w oknie, dopiero widok śpiącego Synka uspokoił mnie i dał poczucie, że radzi sobie lepiej niż myślałam), gotowali i przygotowywali jedzonko dla Króla, a wszystko to przy pomocy niezawodnego wózka :) Simba siedział w swojej karecie, bawił się zabawkami i uradowany piszczał na cały głos, podczas gdy Babcia wykonywała wyżej wymienione czynności. Tak minęły nam kolejne dni.

Wniosek - jak zwykle niepotrzebnie panikowałam. Nie dość, że udało mi się pozałatwiać dużo spraw na uczelni, to jeszcze przekonałam się o tym, że mój Synek jest już dużym, mądrym chłopcem i razem z najlepszą opiekunką pod słońcem tworzą zgrany duet. Żadne etapy rozwoju jak na razie mnie nie ominęły, nie licząc przeskoczenia na pampersy no. 4! :) No, ale spoglądając i dźwigając Czekoladkę, wcale, a wcale mnie to nie dziwi ;]


A teraz małe wytłumaczenie tytułowego Karmelka? Otóż w poniedziałek usłyszałam najsłodsze pytanie na świecie od koleżanki Marty: " Hej, a jak tam Karmelek?" Co jak co, ale tak cudownego określenia Bartuni dawno nie słyszałam :) Spodobało mi się ono na tyle, że od teraz najczęstszym pseudonimem Czekoladki stał się właśnie KARMELEK :))) Niah, niah. 

 Fot. http://slimeo.pl/tabele_kaloryczne/slodkie/cukier-cukierki/karmelki-twarde.html

A dzisiaj korzystam z wolnych dni i delektuję się obecnością w domu. Jedno jest pewne - w poniedziałek pojadę na uczelnię z odrobinkę lżejszym sercem i umysłem (hihi, między innymi dlatego, że pozmieniałam sobie plan tak, że będę krócej na uczelni :)). Dziękuję Wam za wsparcie i miłe komentarze. Jesteście niezastąpione :)))

***

piątek, 16 września 2011

Ja noszę dres, dres spoko jest.

Swego czasu, gdy jeszcze mieszkałam razem z koleżanką w Krakowie, zwykłyśmy mawiać: "Jesteśmy z Nowej Huty, niczego się nie boimy". Przypomniały mi się te słowa wczoraj, gdy zobaczyłam, ubraną przez Babcią, Czekoladkę. Wyglądał on, jak rodem z NH, ubrany w dres i adidasy. Muszę przyznać, że prezentował się naprawdę dobrze :))). Oczami wyobraźni widziałam go za kilka lat, ubranego w luźne spodnie, bluzę z kapturem i adidasy (niczym nielubiany przez Męża T.I. ;)), czyli całkowite przeciwieństwo Dużej Czekoladki. Wiem, że Mąż będzie z tym walczył, ja oczywiście mniej, bo uważam, że to nie strój świadczy o człowieku, a jego czyny. 

Ale muszę przyznać, że pierwsze w życiu adidasy Czekoladki są naprawdę urocze i spodobały się nawet Czekoladowemu Tatusiowi. :)) Oczywiście nie każę Bartusiowi chodzić w nich codziennie, ale od czasu do czasu - czemu nie? Czekoladka dostała je kilka dni temu od Czekoladowej Babci. A oto i one. Super hiper buciki - rozmiar 19 :D


Nawet pani doktor uśmiechnęła się na ich widok. Zabawnie wygląda taka mała stópka przywdziana w takie butki. Zawsze fascynowały mnie takie malutkie adidasiki. Wizyta w sklepie sportowym nie była ważna bez dotknięcia i pobawienia się małymi "pumkami" lub "najeczkami". Jeszcze przed ciążą wyobrażałam sobie, mojego przyszłego Synka śmigającego w takich pomykaczach :D I pomyśleć, że moja wizja tak szybko się ziściła :] Teraz utwierdzam się w tym, że nie wyobrażam sobie, żeby Czekoladka miałaby być dziewczynką. Po prostu nie jestem sobie w stanie wytworzyć w głowie wizji siebie biegającej między różowymi ciuszkami i  wszelkimi lalkopodobnymi zabawkami. Oczywiście nie twierdzę, że tak będzie zawsze. Nie, nie. Bo los potrafi płatać figle, więc wolę się nie zarzekać ;))) (aaa... w głowie przemknęła mi malutka Mulateczka z kucyczkami i spineczkami we włosach aaaa!). Teraz jest czas mojego Bartoliniego i korzystam z niego jak tylko umiem. Tak więc, na dzień dzisiejszy mój small gangsta boy jest jedyną wizją mojej głowy :))))

***
Muszę Wam powiedzieć, że mam szczęście. Tak się składa, że mój Ukochany Braciszek przygotowuje się do egzaminu z masażu i korzystam na tym ile się da (chociaż on narzeka, że u mnie nie ma za co "chwycić" :P). Masaże - pełna profeska - specjalistyczny stół do masażu, oliweczka, bańki itp. Dzisiaj zaserwował mi masaż pleców ze szczególnym uwzględnieniem kręgosłupa. Mmm. Po prostu ukojenie dla moich obolałych od noszenia Bartka mięśni. Ostatnio "trenował" na mnie masaż odchudzający bańkami chińskimi. Bolesna sprawa (w szczególności przednia cześć uda, ała!), ale po zabiegu człowiek czuje się jak nowonarodzony. Najprzyjemniejszy jest chyba etap "bańkowania" brzuszka, chociaż mój brat stwierdził, że na moim się ciężko pracuje, bo są same kości i wystające żebra (na leżąco to przecież większość tak ma :/). Z czystym sercem mogę go polecić każdemu (jedynym ograniczeniem jest odległość - Śląsk i Małopolska ok, bo tam da radę dojechać ;)). Żałuję, że nie udało mi się skorzystać z masażu kostkami lodu, podczas tych tropikalnych temperatur. Ale może kiedyś jeszcze będzie mi dane, o ile nie będzie rozchwytywany ;)) Powiem Wam szczerze, że i ja coraz intensywniej myślę nad zrobieniem sobie takiego kursu. Czuję, że zaczyna mnie to wchłaniać. :))) Ale poczekam, aż Bartuś podrośnie. Na razie skończę studia (dziś dostałam plan zajęć na nowy rok akademicki i przyznam, że będzie ciężko, ale kto nie kombinuje ten nie ma), a potem pomyślę nad kursami ;)


***
A już w przyszłym tygodniu owocowy konkurs z przepysznymi nagrodami :)




***

piątek, 2 września 2011

Nowe stopnie wtajemniczenia.

Kto by pomyślał, że w ciągu dwóch dni może się nazbierać tyle do zanotowania. No bo jak tu pozostawić bez śladu pierwsze mięsko w życiu Bartulka? Albo pierwszy spacer odbyty w 100% w wózku, nie na rękach, a w pozycji SIEDZĄCEJ! Jak tu nie wspomnieć o nowych zabawkach Czekoladki, które dostarczają tyle zabawy? No jak?


Ano zwyczajnie się nie da. Dlatego dzisiejszy post będzie, być może, nie do końca logicznym zlepkiem ważnych (dla mnie i Bartulka) informacji. Tak więc zaczynam :))))
  • Mięsożerny Bartul :) - tak jest! Wkroczyliśmy na nowy poziom. Co prawda, ja sama raczej stronię od mięsa innego niż drób, ale przy Czekoladce postanowiłam nie cudować. Jego życie, jego decyzje. Jeśli za kilka lat podejmie decyzję, że nie chce jeść mięsa to w pełni ją zaakceptuję. Teraz jest malutki i (niestety dla niego) rodzice podejmują pewne decyzje. Ale z moich obserwacji wynika, że zbytnio mu to nie przeszkadza. Chociażby w tym wypadku. Nowe mięsne smaki bardzo posmakowały Bartulce. No może nie wszystkie, bo np. indyk z Gerbera został odrzucony na wstępie, ale na szczęście z ratunkiem przyszła nam BoboVita :) Teraz jedzonko wygląda mniej więcej tak: szeroko otwarta buźka i wręcz "rzucanie się" na łyżeczkę pełną smakołyków :)))) Rośnie mi to dziecię, oj rośnie. Aż miło patrzeć.

  • Pierwszy "siedzący" spacer Czekoladki! To jest dopiero zaskoczenie. Ale od początku. Wczoraj, w dniu totalnej naukowej bezradności, postanowiłam zrelaksować się z Babcią Czekoladki i Bartulkiem podczas spacerku. W pierwszej wersji Czekoladowa Babcia chciała wziąć Bartunię sama na spacer, ale wyśmiałam ją, że chyba ma za mało rąk, żeby jednocześnie pchać wózek i nosić ciekawskiego Bartka. Po przyznaniu mi racji, zdecydowałyśmy iść razem na przechadzkę. Po zniesieniu wózka i wsadzeniu do niego Bartulka, spokojnie spacerowałyśmy sobie tu i tam. Minęło 5 minut, patrzymy do wózka, a tam tylko widok Bartka bawiącego się spokojnie smoczkiem i gaworzącym raz po raz. Za 10 minut obrazek ten sam, z tą różnicą, że tym razem Bartunia siedział sobie w najlepsze bez oparcia, gaworząc i śmiejąc się z Maminych legginsów (foto poniżej). Na nic nie zdały się nasze prośby i próby położenia go w pozycji półleżącej, był sztywny jak struna, każda próba zmienienia jego pozycji kończyła się marudzeniem. W rezultacie postanowiłyśmy go nie ruszać, skoro siedział tak bez naszego przymusu tzn. że był na to gotowy i tego w danej chwili potrzebował. Pragnę nadmienić, że w takiej pozycji wysiedział do końca spacerku, wręcz ze smutną minką wrócił do domku. Takiego oto mam kochanego Smyka :) Udokumentowałam to serią zdjęć, ale nie umieszczę ich tutaj z wiadomego powodu ;) (a po obróbce niestety tracą na przekazie). Cenię prywatność mojego Synka ;p Na pocieszenie wrzucam moje legginsy ;)))

  • Bartul w świecie zabawek. Hahaha. Kocham te fotki. Wygląda na nich tak uroczo. I pomyśleć, że potrafił tak sobie siedzieć (!!!!) spokojnie z Tatą, bawić się grzechotkami, co jakiś czas maltretując gryzaki lub nowego, gumowego kiboko - małe kiboko i kaczuszki muszą jeszcze troszkę poczekać, bo niestety są za małe dla Czekoladki (fotka nowych przyjaciół na wstępie wpisu).
  • Jak mogłam zapomnieć o pierwszym niekapku Czekoladki !? No jak? Przedstawiam Wam pana "na razie bezimiennego", ale czuję, że to się zmieni wkrótce - TADAM :) Pierwsza próba z soczkiem jabłkowym za nami ;)
  • A na koniec coś cudnego, co poprawiło humorek Mamie po dzisiejszym egzaminie :) Za-ko-cha-łam się! :)))) Idealna na nowy Rok Akademicki :) i to ze złotym łańcuszkiem aaaa <3
  •  Żeby nie było, że myślę tylko o sobie, to powiem Wam w sekrecie - BĄDŹCIE CZUJNE :D

PS. ostatnio kurier nas polubił, a my jego :) A kolejna paczka czeka u sąsiada w domku (niestety nie było mnie jak przemiły pan kurier przyjechał, już się nie mogę doczekać otwierania paczuszki niah niah)


 Ale o tym już wkrótce ;)))) Chociaż na Facebooku uchyliłam już rąbek tajemnicy ;)

PS2. kicamy dalej i coraz chętniej. AŁA!!!! ;))))

***
mały czekoladowy słowniczek:
kiboko - hipopotam

***