Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój dziecka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Hau, hau :)

Tytuł miał być po suahili, ale na moje pytanie, jak w Tanzanii mówi się na szczekanie psa, usłyszałam, że u nas nie mówimy, że pies szczeka, tylko płacze, więc pozwólcie, że tym razem pozostaniemy przy polskiej wersji. W sumie po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że przecież Czekoladka w większości przebywa w polskim środowisku, więc zrozumiałym jest, że jego pierwsze słowa będą w tym języku, także po co kombinować z suahilską wersją "hau hau". To tak tytułem wstępu, bo wpis jest troszkę na inny temat.
Gdy myślę o swoim dzieciństwie, momentalnie przed moimi oczami pojawia się mała, czarna, grubiutka, futrzana cudowna istotka - mój piesek najukochańszy, który wypełniał nasz dom radością i ekhm.... krzykiem. Tak jest, krzykacz z niego był niesamowity, wszyscy dookoła musieli wiedzieć, że królewna Maxi już wstała (teraz widzę sporo podobieństwa między nią a Czekoladką, hahaha, oba takie krzykacze i złośniki). Nasz ukochany piesek towarzyszył nam w każdym ważnym wydarzeniu, jeździł z nami nad morze, nad jezioro, chodził na grzybki, bawił się i rozrabiał w najlepsze. 


Wszystkie okna w domu umazane były od jego czarno-białego mokrego noska (teraz tą rolę przejął Bartuś ze swoimi oślinionymi rączkami). Niestety, jak to już w życiu zapisane, Bóg wezwał naszego Godziusia do siebie, by w niebie rozrabiał, szczekał i łapał chmurzaste obłoki. Z bólem serca pożegnaliśmy naszego przyjaciela i smutek zapanował w naszym domu. Dopiero pojawienie się Czekoladki tchnęło na nowo życie w naszym domu. I nie chcę, żeby zabrzmiało to dziwnie, że porównuję swoje dziecko do psa, ale uwierzcie mi, że jesteśmy jedną z tych rodzin, które traktuje zwierzęta na równi z ludźmi. Ta mała "czarna", kędziorkowa, cudowna istotka rozświetliła nasz dom swoją osobą. Teraz to Czekoladka jest królem, który dumnie pełni tą funkcję rządząc i rozrabiając dookoła. No, ale znowu zboczyłam z tematu. To nawiązanie do mojego pieska i do mojego Synka, ma na celu powiedzenie Wam, że Nasz Simba kochany, zaczął nawoływać pieski radosnym "hau hau". Żaden piesek nie pozostanie niezauważony przez Bartusia, baaa... zostanie wypatrzony o wiele szybciej przez niego niż przez nas. Czekoladka czy to w wózku na spacerku, czy to z domowego okna na widok psiaka wydaje z siebie zabawne, całkowicie świadome hau hau :) I tak nasz Mały Kogucik, wzbogacił swój język o nowe słówka i z radością nawołuje  i wita wszystkie pieski w okolicy, a ja pękam z dumy :))))



***

wtorek, 10 kwietnia 2012

Swing, swing...

Od początku, gdy tylko dowiedziałam się o moim stanie błogosławionym, żyłam wizją wspólnych spacerków i zabaw na huśtawkach, karuzelach, czy w piaskownicy. Z niecierpliwością czekałam na moment, gdy będę mogła posadzić Czekoladkę na huśtawkę i wsłuchiwać się w jego śmiech dyktowany przyjemnym kołysaniem. Pierwsza próba huśtania, miała miejsce parę miesięcy temu na kolanach Mamy, ale nie wzbudziła ona większych emocji w Bartusiu. Ze smutkiem stwierdziłam, że Simba jest za mały i muszę jeszcze poczekać na nasze wspólne wypady na plac zabaw. No i doczekałam się :) W dniu dzisiejszym, Czekoladka samodzielnie bujał się na osiedlowej huśtawce (oczywiście pod odpowiednią opieką ;)) Doszło nawet do tego, że Król nie chciał zejść z huśtawki i udać się na dalszy spacer. Dopiero argumenty o czekających na niego brum brumach oraz możliwość samodzielnego dreptania po chodniku przekonały go do zejścia z huśtawki. Chyba nie muszę pisać, że wyglądał przeuroczo w tym "wielkim" bujanym siedzisku :) Taki Mały Człowiek, a tak poważną wykonywał czynność :) Cudowny widok :) Standardowo zrobiłam milion fotek i nakręciłam filmik :) Gdyby tak posklejać te wszystkie krótkie filmiki, to powstałby nam film długometrażowy :D I Oskar murowany :-) Inne placowe urządzenia nie zrobiły na Bartusiu dużego wrażenia. Być może dlatego, że musiał na nich siedzieć w asyście Babci... Na samodzielne kręcenie się na karuzeli przyjdzie jeszcze czas. Na razie zadowolimy się huśtawką :D


***

środa, 4 kwietnia 2012

Tanzańskie safari w mieście.

Oj, kolejna ciężka noc za nami. Czekoladka w okolicach 3 rano, postanowiła urządzić sobie wyścigi samochodzików, na przemian z "kukaniem" pod kołdrą, krzycząc przy tym i śmiejąc się na cały głos (a co za tym idzie, budząc wszystkich wkoło). No po prostu masakra. Ja rozumiem, że życie jest tak ciekawe, że nie można się doczekać kolejnego dnia, ale żeby rozpoczynać go o 3 nad ranem? Aaa... Jestem umęczona. Marzę tylko o łóżku i śnie. Niestety Bartuś nie podziela mojej ochoty i rozbawiony biega z Tatą po mieszkaniu. Po takiej ciekawej nocy miałam ochotę spędzić cały dzień pod kołdrą, no ale będąc Mamą Małej Czekoladki, nie ma czasu na leniuchowanie. Z samego rana, zachęceni piękną pogodą, szybciutko przywdzialiśmy ciuszki i razem z Babcią Czekoladki wybyliśmy na pozornie zwykły spacerek. No właśnie... pozornie. Dzień, podobnie jak noc, obfitował w wiele atrakcji i nowości. Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle, w dobrze znanym nam miejscu, niespodziewanie wyrosło wieeeelkie zwierzęce safari! Oczywiście nie omieszkaliśmy podejść bliżej i przyjrzeć się nowym futrzanym przybyszom :) Bartunek z ciekawości szybko wskoczył na Babcine ręce i z bliska obserwował te dziwne stworzenia. Wszak nie codziennie w środku miasta, można zobaczyć takie zwierzątka (kaczki są codziennie, ale np. wielbłądy niekoniecznie ;))


Szczerze Wam powiem, że ten widok poprawił mi humor jak nic na świecie. Uwielbiam zwierzęta, wręcz je kocham. Kiedyś nawet marzyłam o pracy w zoo, by mieć na co dzień kontakt z futrzakami, ale niestety los pokierował mnie w inną stronę. Ale ja nie o tym. Z wszystkich zwierząt, które dzisiaj zobaczyliśmy, największe wrażenie zrobiła na mnie oczywiście ZEBRA. Dzięki niej poczułam się, jakbym była na tanzańskim safari (aż serce zaczęło mi mocniej bić, na myśl, że za niedługo będę miała takie widoki kiedy tylko tego zapragnę). Ajajajaja. To taki przedsmak Tanzanii. Oczywiście nie zamierzałam odpuścić Dużej Czekoladce takiego widoku. Zaraz po jego powrocie z pracy, zabrałam go na popołudniowy spacerek, by znowu spotkać się oko w oku z piękną zebrą.


Reakcja Męża była mniej więcej taka :o "Taka mała zebra? Pfff... Jak zobaczysz te w Tanzanii, to są dopiero ZEBRY :)". Ach. Nie powiem, te słowa jeszcze bardziej rozbudziły moją ciekawość :) Normalnie nie mogę się doczekać tej wyprawy! :))))) A jeśli już piszę o Dużej Czekoladce, to muszę się Wam pochwalić, że w dniu dzisiejszym miała miejsca BARDZO WAŻNA sprawa - otóż Bartuś, po zobaczeniu Taty w drzwiach, krzyknął w jego kierunku świadomie TATA! :) Oboje byliśmy wzruszeni :} Do tej pory w kółko słyszeliśmy "mama" "baba", ale Tata padło po raz pierwszy :))) Cudowna sprawa :] Tak pozytywnie naładowani w trójkę udaliśmy się na spacerek do pobliskiego parku, który Czekoladka przemierzała wzdłuż i wszerz na swoich Malutkich Stópkach (a Mama na 12 cm szpilach, o tym więcej na drugim blogu :P). Wzbudzaliśmy poruszenie wśród współspacerowiczów, którzy zachwycali się "takim małym człowieczkiem" na dwóch nóżkach hehe :) Standardowo nakręciłam filmik, z tych Czekoladowych wojaży :) Będzie pamiątka jak znalazł.


I tak, moi Drodzy, minął nam ten środowy dzień. Mnóstwo wrażeń i emocji, które z przyjemnością uporządkowałabym podczas snu, przytulona do Czekoladek ;) Ale kiedy to nastąpi... to nie wiem ;) 

***

niedziela, 1 kwietnia 2012

Kuku! :]

Zabawa w chowanego znana jest Czekoladce od dłuższego czasu, praktycznie odkąd miał kilka miesięcy, ktoś bawił się z nim w znikania i pojawianie się. Reakcja Bartulka była łatwa do przewidzenia - głośny śmiech pomieszany z zaciekawieniem i lekkim dreszczykiem emocji wywołanym oczekiwaniem na pojawienie się "kukułki" zza witryny drzwi lub zza firanki. Jednak dopiero nabycie umiejętności samodzielnego zasłaniania i odkrywania twarzy przez Czekoladkę spotęgowało emocje wynikające z takiej zabawy. Od kilku tygodni to nie Mama/Tata/Dziadek czy Babcia ukrywają się przed Bartusiem, tylko on sam zakrywa twarz prześcieradłem czy też firanką, by nagle pojawić się z roześmianym okrzykiem kuku! :) To naprawdę cudowne uczucie, móc obserwować pozornie nieznaczące oznaki dojrzewania swojego dziecka. Z każdym dniem Bartulek zamienia się w dorosłego, rozumnego Bartłomieja, który każdym gestem i słowem (oczywiście rozumianym tylko przez domowników ;)) sygnalizuje swoje potrzeby i zachcianki. Aż dziw bierze, że rok temu, musiałam czekać jeszcze 18 dni do pierwszego świadomego uśmiechu :)))) Ależ ten czas leci, dopiero po dziecku widać jak szybko... :)))))


***
Wiosno wracaj! I Ty, stary interfejsie bloggera także! :)  Nie rozumiem komu potrzebny jest śnieg w kwietniu, mam wrażenie, że czekam nie na Wielkanoc tylko na Boże Narodzenie. Grrr... Zdecydowanie NIE lubię tego. 

***

piątek, 30 marca 2012

Changes.

Bartek samoistnie przeszedł na jedną drzemkę w ciągu dnia. Jednak prawdą jest, że organizm dziecka sam wie, co jest dla niego najlepsze. Nie raz zarzucano mi, że Bartulek za dużo śpi, że dziecko w jego wieku nie powinno spać dwa razy w ciągu dnia, a tu proszę sam się przestawił, co totalnie zdezorganizowało mi codzienne życie. Do tej pory wiedziałam, mniej więcej, o której godzinie Czekoladka zapadnie w sen, mogłam sobie wszystko tak zaplanować, żeby z wszystkim się wyrobić, a teraz? Nie dość, że nie do końca jeszcze wyczuwam kiedy nastąpi drzemka, to jeszcze na dodatek jest ona tak krótka, że nawet nie zdążam zrobić połowy zaplanowanych rzeczy. I między innymi, dlatego cierpi na tym moje blogowanie. No, ale na szczęście, wieczorkiem, po kąpanku, energia schodzi z Bartusia na tyle, że sam przytula się do Maminego kolana/brzucha/cyca/głowy i sygnalizuje, że czas na spanko. I korzystając z tego, że właśnie Bartuś zapadł w sen, postanowiłam się do Was odezwać. 
Co u nas ciekawego? Właściwie to nic nowego. Życie toczy się swoim torem, Czekoladka w dalszym ciągu absorbuje wszystkich swoją osobą. Odkąd odkrył uroki przemieszczania się, wszędzie go pełno. Największą radość sprawia mu uciekanie przed jedzeniem, uciekanie podczas zmieniania pampocha, no i wyglądanie przez okno. O tak, to uwielbia wyjątkowo. Potrafi godzinami stać w oknie i obserwować, a to wrony, a to przejeżdżające samochody. Podobno nawet sam zaczął nazywać ptaki (tak twierdzi Babcia, niestety mnie nie było jeszcze dane tego usłyszeć :(). Ciężko wytłumaczyć mu, że dzisiaj nie wyjdziemy na spacerek, bo pada deszcz ze śniegiem. Płacze, ciągnie za rękę i ze smutkiem patrzy przez szybę. Nie daj Boże, jak zobaczy, że ktoś z domowników wychodzi na zewnątrz, wtedy zaczyna się histeria. Ukojenie przynosi wózek, w którym Bartulek czuje się jak w niebie. Nie wiem skąd ta miłość do spacerków. Oczywiście nie narzekam, bo sama lubię wychodzić na świeże powietrze, ale czasami naprawdę ciężko jest zapanować nad aurą, a tym samym nad reakcją Czekoladki na odmowę przechadzki :/ Co więcej? Bartunek poznał smak chlebka z masełkiem i szyneczką drobiową! Wiem, wiem, dosyć późno, ale nie raz wspominałam, że etap z zakrztuszeniami wystraszył nas na tyle, że podchodzimy z rezerwą do podawania wszelkich większych produktów. Teraz, gdy Bartoloni ma już ząbki, jesteśmy spokojniejsi o to, czy poradzi sobie z jedzonkiem. Bo radzi sobie super! :) Zabawnie odgryza kawałek szyneczki z chlebkiem i tak glimie i glimie, wydając przy tym mnóstwo odgłosów typu: mniam mniam, ammm mmmm ;)))) Kochany jest. Z takiego rozszerzenia diety, najbardziej zadowoleni są Dziadkowie Czekoladki - Dziadek, bo w końcu wnuczek je MIĘSO z prawdziwego zdarzenia (oczywiście poza szynką, Bartunia ma już za sobą udka i piersi kurczaka) oraz Babcia, która w głowie już ma wizję wspólnego spacerowania po górach z plecaczkiem wypełnionym kanapeczkami i herbatką ;))) Najbliższa taka wyprawa w weekend majowy, wtedy najprawdopodobniej po raz pierwszy pokażemy Czekoladce nasze piękne górzyste tereny. Can't wait. Niestety nie będzie z nami Dużej Czekoladki, która wylatuje do  dalekiej AFRYKI szykować nam lepsze życie ;)))) Dlatego też, wkrótce blog zaleje nas fala zdjęć rodem z Tanzaniiiiiiii :)))))) Ale o tym na razie ciiii ;)))) No, ok to tyle. Dzisiaj się rozpisałam w zupełnie nie swoim stylu haha. Byebye :*



***

poniedziałek, 26 marca 2012

Kajaka!

Podobno każde dziecko ma swoje własne, ulubione słowa, którymi nazywa poszczególne rzeczy. Na przykład mój brat na picie mówił kyka, z kolei ja długo nie umiałam poprawnie powiedzieć sufit, zawsze myliło mi się to z fisutem, a mgła z gumółą hahaha (oł meeen ;) ja to mam wyobraźnię ;)). Oczywiście Bartunia nie może być gorszy i także tworzy swoje unikatowe słowa. Od dłuższego czasu, z jego Czekoladowego gardziołka wydobywa się radosne i dosadne kajaka. Nie ukrywam, że od dobrych kilku tygodni głowię się, cóż to kajaka może oznaczać. Najczęściej pojawia się ono w chwili radości i dobrego humoru. Myślę, że ma ono pozytywny wydźwięk. Skąd takie wnioski? Na powtórzone, a to przeze mnie, a to przez kogoś innego magiczne kajaka, na Czekoladowej twarzy pojawia się olbrzymi uśmiech i lekkie zdziwienie, że ktoś poza nim wie, co owe słowo oznacza (to, że tak naprawdę nikt nie wie, to inna para kaloszy ;)). Próbowałam nawet dopytać Męża, czy aby przypadkiem w jego języku nie było podobnego wyrazu, ale niestety poza słowem kaya, nie ma niczego podobnego. Być może ma to jakieś powiązanie z suahilską kaya, tym bardziej, że słowo to oznacza rodzinę :) Może Bartunia tak kocha swoją familię, że okazuje nam to krzycząc: kayaka! :))))? Bo, że kocha pływać kajakiem to nie uwierzę ;) Chociaż ja sama miło wspominam obóz raftingowy hahaha. Oczywiście, gdy tylko odkryję prawdziwe znaczenie kajaki, to dam Wam znać :)))) A może Wy macie jakieś ciekawe propozycje na znaczenie tego słowa? :)))))

***
Coś z nowości. Część z Was, która nas śledzi na facebooku, już wie, że Czekoladka wzbogaciła się o kolejne dwa ząbki, co daje nam w sumie 8 pięknych perełeczek :) Dolne dwójeczki, na razie są lekko widoczne, ale myślę, że na dniach przebiją się i rozgoszczą się na dobre obok dolnych jedyneczek :) Czyżby ostatnia gorączka spowodowana była tym ząbkowaniem? Kto to wie... Poniżej fotka dolnych jedyneczek i lekko zarysowanej dwójeczki :) Górne ząbki schowane pod wargą, ale już się czaję na nie z aparatem :D


***
Podobno mówi się, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Jeśli tak, to jest to dla nas bardzo miła informacja, tym bardziej, że tak nas dzisiaj, na początek tygodnia, rozpieściła firma WADER, z którą obecnie współpracujemy :)


Jak widać, Czekoladka ma ręce pełne roboty. Dziękujemy firmie WADER i zabieramy się do testowania limitowanej serii zabawek Friends on the Move!

***

czwartek, 1 marca 2012

Milowy Czekoladowy krok!

Powiem Wam jedno - zmiana dziecięcych nawyków, wbrew jego naturze jest niedopuszczalna! Przekonałam się o tym minionej nocy. O co chodzi? Już opisuję. Po niespokojnych Czekoladowych nocach, zaczęliśmy szukać przyczyny płytkiego snu Czekoladki. Niezrozumiałym była (i w dalszym ciągu jest) niechęć Bartusia do wieczornego spania. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że już nawet bliska osoba przy boku Synka, nie ma wpływu na jakość jego snu. Po eliminacji kilku prawdopodobnych przyczyn niespokojnego snu, postanowiliśmy dodatkowo zmniejszyć ilość drzemek dziennych Bartunia. I jak się okazało był to błąd. Już około godziny 17stej Bartuś dawał nam znaki, że chce mu się spać, tarł oczka, przytulał się i przykładał główkę do cycusiów. Z bólem serca obserwowałam, jak musi się męczyć z zamykającymi się powiekami. Troszkę wbrew sobie, zabawiałam na siłę Bartulka, tak by wytrzymał na jednej drzemce do kąpania. O dziwo udało nam się to, ale tak jak się spodziewaliśmy tuż po wieczornym pluskanku, Czekoladka usnął w sekundę (nie przesadzam ;)). Zadowoleni, wręcz dumni z naszego sukcesu, delektowaliśmy się widokiem śpiącego Czekoladowego Aniołka. Do czasu. Rześki Bartulek ok. godziny 23, stwierdził, że on właściwie się już wyspał i fajnie by było pograć w piłkę. Chyba nie muszę pisać, że ta wielka aktywność trwała do 3 w nocy (nic, że Mama, czyli ja miałam wstać o 5 na uczelnię oO). Nieprzytomna cudem przetrwałam dzień w akademickiej ławie, opłacając to wielkim bólem głowy i.... OKRESEM! Tak jest! Po prawie 2 latach, w końcu dostałam okres. Rany, co to za uczucie. Hahaha, już zapomniałam jak to jest ;))))) To jest pierwsza z nowości tego dnia, ale to właśnie druga jest tą najważniejszą. Otóż pragnę pochwalić się Wam wszystkim, że Nasze Czekoladowe Szczęście, zrobiło dzisiaj swoje pierwsze samodzielne 3 kroczki! I to pod okiem wujka! Kto by pomyślał :))))) Rany, rany! Mówię Wam cóż to za emocje, cóż za napięcie i duma :) Ach, mój kochany Czekoladowy Simba jest już taki duży i samodzielny :* I pomyśleć, że jeszcze niedawno był taki malutki...


***
Zainteresowanych zakupami, modą itp. serdecznie zapraszam na mojego drugiego bloga (bardziej jest to zabawa niż poważne blogowanie, no ale... To taka odskocznia od obowiązków ;))



***
Przypominam o giveaway, w którym do zgarnięcia są buciki Stonz oraz torba ekologiczna. Po więcej szczegółów odsyłam TUTAJ.


***

niedziela, 26 lutego 2012

Pielucha za burtą!

Wieczorna kąpiel. Roześmiany Bartunek gotowy jest do cowieczornej wyprawy w wodny świat. Z lekkim grymasem i niecierpliwością poddaje się rutynowej higienie, by po chwili zostać sam na sam ze swoimi podwodnymi szaleństwami: wodospadami tworzonymi przez Tatę za pomocą miski, "łapaniem spadającej wody", czy też... wyrzucaniem pieluchy tetrowej za wannę. Ta ostatnia czynność stała się główną atrakcją wieczornej kąpieli. Koniecznym okazało się zakupienie nieprzemakalnej ceraty ochraniającej podłogę przed rozbawionym Simbą (napuchnięte panele chyba nie prezentowały by się za uroczo? ;)) . Co prawda, zakup ten powinien być dokonany już spory czas temu, ale dopiero zabawa "pieluchy za burtą" skutecznie nas do tego zmotywowała. W ogóle po dzisiejszej kąpieli naszły mnie pewne spostrzeżenia: 

Tym razem Tata okazał się sprytniejszy i uratował fruwającą pieluchę :)

-koniec z podkładaniem tetrowej pieluchy pod Czekoladową pupkę, wszak jest na tyle dorosły i stabilny, że jest to całkiem zbyteczne (nie wiem co Bartulek sądzi na ten temat, ale myślę, że kolejny podpunkt go skutecznie przekona),
-czas wyszperać wodnych przyjaciół Czekoladki, którzy idealnie zastąpią pieluchę i wpłyną na jakość wodnych zabaw (zrezygnowaliśmy z nich wcześniej, bo Bartunek brał je do buziaczka, a nie chciałam, żeby pił surową wodę, ale teraz jest na tyle rozumny, że myślę, że śmiało można się z nimi na nowo zaprzyjaźnić :))


A jeśli już o wodnych zabawach mowa... Nie mogę się doczekać lata i Czekoladki w dmuchanym basenie! I to nie z kocykiem i zabawkami, a ciepłą wodą i powyższymi wodnymi przyjaciółmi :) Aaaaa.... Sama z radością wskoczę w bikini i popluskam się z moim Simbą :)))))


***
A jeśli już robię ten post, to nie sposób nie wspomnieć o nowym ulubionym słówku Bartulka. Jako zapowiedź tego wyrazu niech będą słowa - Asertywność poszła w kąt i teraz zamiast "Nie", króluje "Tak" :)))) W ogóle ostatnio (pomijając etap ząbkowania) Czekoladka ma nad wyraz dobry humor :) Śmieje się non stop, przytula, ładnie śpi w nocy, a nawet SAM SIĘ BAWI :) Mój kochany Król :* Jest już taki rozumny :))))

***
Przypominam o giveaway, w którym do zgarnięcia są buciki Stonz oraz torba ekologiczna. Po więcej szczegółów odsyłam TUTAJ.


***

Chipsi mayai :)

Raaanyyyy. Doczekałam się :) Mój Mąż w końcu zlitował się nad moimi kubkami smakowymi i zrobił mi moje ukochane śniadanko :) Już myślałam, że to nigdy nie nastąpi, ale jednak wczoraj udało mi się uprosić Dużą Czekoladkę o moje ukochane chipsi mayai :) Co prawda, sama obierałam do niego ziemniaki, no, ale czego się nie robi dla takiej pychotki :) Niestety z ugali nie będzie tak łatwo, z racji niepodważalnego argumentu mego Męża odnośnie mojego karmienia piersią... ale i tego kiedyś się doczekam :) Pewnie myślicie, że jestem jakąś wariatką, ale ja naprawdę kocham jedzenie zrobione przez Dużą Czekoladkę. Nie wiem jak On to robi, ale nawet pozornie zwykłe ziemniaki z jajkiem stają się podniebiennym arcydziełem :] Mniaaaam. To danie niesamowicie mocno kojarzy mi się z okresem ciążowym i naszymi wspólnymi śniadankami mmmm :))))

fot. by me - część chipsi mayai mojego Męża, dlatego z ketchupem hehe.
Ok. Po tym bardzo smacznym wstępie przechodzę do czegoś równie miłego, bo Czekoladowego :) A właściwie Babcino-Czekoladowego. Otóż mój sprytny Syneczek i jego równie pomysłowa Babcia wymyślili sobie jakiś czas temu bardzo ciekawą zabawę, która polega na rozwijaniu zmysłu zręcznościowego Małej Czekoladki. Bartunek znajdujący się po ciepłej stronie okna podąża paluszkiem za palcem Babci, która znajduje się po stronie zimnej (no, cóż... ktoś musiał, a że padło na Babcię ;))) i zaczepia Bartulka przytkniętym palcem do szyby. Oczywiście Bartusia nie trzeba długo zachęcać do tej zabawy. Z ciekawością dotyka zimnej szyby z nadzieję, że w końcu uda mu się dotknąć ciepłego palca Babci... Być może dla wielu osób to jest nic, ale dla mnie - Matki - to duże Czekoladowe osiągnięcie. Do niedawna Bartunek dotykał okna całą dłonią, a od jakiegoś miesiąca robi to za pomocą paluszka :))))) Dziwnym trafem celowanie do mojego nosa opanował duuuużo wcześniej ;)))) Ała ;)


***
Przypominam o giveaway, w którym do zgarnięcia są buciki Stonz Wear oraz torba ekologiczna. Po więcej szczegółów odsyłam TUTAJ.


***

piątek, 24 lutego 2012

Krowa ma dłuższy i się nie chwali :)

A Czekoladka tak :) Na każdym kroku. Języczek wychodzi w tą i powrotem. Mama usilnie próbowała uchwycić tą, jakże znaczącą umiejętność, ale z marnym skutkiem. Dopiero pomysł nakręcenia filmiku i zrobienia printscreena, pozwala, w minimalnym stopniu, cieszyć oko tym ciekawym widokiem. Oczywiście ma się to nijak do rzeczywistości, bo tutaj tak naprawdę wyciągnięty jest dopiero do połowy :P Niestety na razie muszę się zadowolić takim uwiecznieniem nasze słodkiego Czekoladowego języczka.


Najfajniejszy jest moment, gdy Czekoladowy Dziadek pokazuje język do Bartulka, a ten z uśmiechem i radością wyciąga swój malutki jęzorek :) Taki oto sprytny jest Bartunek. Niby takie nic, a jednak cieszy :) Tylko patrzeć, aż Czekoladka będzie zadziornie pokazywać języczek i znikać popsocić w drugim pokoju ;] Mój kochany urwis :))))


***

niedziela, 12 lutego 2012

ABC...

Duża Czekoladka odkrywa swoje pedagogiczne umiejętności i od najwcześniejszych miesięcy życia Czekoladki, dba o jego edukację, i nie mam tu na myśli tylko zwracania się do Synka w suahili i angielskim. Duża i Mała Czekoladka wyszli na wyższy stopień wtajemniczenia - naukę alfabetu po angielsku. I tym sposobem, od kilku godzin, w mieszkaniu rozbrzmiewa radosne "ej, bi, si, di, i, ef, dżi...". Hihihi, tylko patrzeć jak Mała Czekoladka sama zacznie powtarzać alfabet, już bez pomocy Taty i youtube :))))  W sumie nie ma lepszego sposobu na naukę, jak połączenie jej z zabawą :) Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy tylko piosenka cichnie, Bartulek zalewa się łzami. A, gdy na nowo ją włączamy, cieszy się i kołysze :)





Swoją drogą, czytałam kiedyś artykuł na temat dzieci wychowywanych w domach dwujęzycznych, w którym opisane były problemy wynikające z faktu używania dwóch języków. Podobno takie dzieci, później zaczynają mówić i mają problemy z nazywaniem przedmiotów tylko w jednym języku, wszystko im się miesza. Ciekawa jestem, jak to będzie u nas. W końcu do Bartulka mówimy, nie w dwóch, a w trzech językach... Mam nadzieję, że nie spowoduje to totalnego zamieszania w Czekoladowej głowie. Nie chciałabym kiedyś, nie zrozumieć jego mieszanki polsko-angielsko-suahilskiej. Bo w końcu skąd miałabym wiedzieć, czy mówiąc kuma ma na myśli, że coś rozumie, czy ekhm... żeński narząd rozrodczy ;))))) 

Wiem, że czyta mnie wiele Mam mieszkających za granicą, ciekawa jestem jak to wygląda u Was w domach. Faktycznie dzieciaczki zaczęły później mówić i mają problemy z nazywaniem przedmiotów tylko w jednym języku?

***

wtorek, 7 lutego 2012

Dorosła Czekoladka.

Życie pędzi jak szalone. Dni zlewają się w jedną całość. Jedynymi rozgranicznikami są ważne życiowe etapy rozwoju Czekoladki. Śmiało mogę powiedzieć, że żyję od 7 do 7 :) Hahaha. I wbrew pozorom, nie są to dni wypłaty ;))) Otóż pragnę Wam wszystkim (z lekkim smutkiem) zakomunikować, że dokładnie dzisiaj obchodzimy ostatnią Czekoladową miesięcznicę. Dokładnie za miesiąc, będziemy już odliczać LATA. Rany, rany... Poważna sprawa. Mój Bartunek będzie rocznym Bartłomiejem. Nie mogę w to uwierzyć. Kiedy to minęło? Gdzie ja wtedy byłam? Ach. Gdy tylko sobie przypomnę, te wszystkie miesiące - pierwsze uśmiechy, pierwszy kontakt wzrokowy, zagęszczacz, próby samodzielnego siadania, podnoszenie główki, niedrapki na maluteńkich rączkach i okropne kolki. Tyle się wydarzyło przez ten czas. I wydarza się każdego dnia. Codziennie nabywamy nowe umiejętności i doświadczenia. Zarówno On, jak i ja. Panta rhei kai ouden menei - chciałoby się powiedzieć. Wszystko się zmienia... Ku mojej rozpaczy, moja Mleczna Czekoladka powoli zamienia się w dorosłego gryzonia. Can you imagine? Nie straszne mu chrupeczki, herbatniczki, pałeczki kukurydziane, a nawet chlebek z masełkiem. Gdybyście tylko widzieli jego tłustą maślano-czekoladową twarz. Sama słodycz! Dorasta mi dziecię, oj dorasta. Czasami zastanawiam się, kiedy ta Malutka Żabka przeobraziła się w tego Dużego Mądrego Chłopczyka. No powiedzcie mi, kiedy? Czuję, że czas ucieka...

A oto "dorosły" prezencik dla Dorosłego Bartusia, który coraz śmielej wykorzystuje swoje dwie nogi :)


Hehe, czyż nie są urocze :D? Można powiedzieć, że jest to namiastka mojego niespełnionego dziecięcego marzenia - męskie korki piłkarskie hahaha :))) No co :) Różni ludzie, mają różne marzenia :)))

Śmiało mogę napisać, że ta dzisiejsza rocznica, na długo zapadnie mi w pamięć :) A to z powodu bardzo, ale to bardzo pozytywnych wieści (hihihi i nie jest to tylko wiadomość o piąteczce z egzaminu ;D), ale o tym może za jakiś czas. Wyjątkowo związane są bezpośrednio z moją osobą. :))))

***

poniedziałek, 6 lutego 2012

Je, je, je, jeee...

Dzień jak co dzień. Czekoladka budzi się w granicach 6 - 8 godziny, kilkanaście minut leży na łóżku z nogami do góry, mrucząc przy tym niesamowicie (wynika to z faktu nieumiejętności otworzenia oczu po spaniu. Podobny problem napotyka w momencie zamykania oczu wieczorem hehe ;)) Generalnie Bartunia tak samo nie lubi zapadać w sen, jak i się z niego wybudzać ;)) Po jakimś czasie, gdy widzi, że nikt nie reaguje na jego mruczenie, rozpoczyna się etap niezawodnego kopania Mamy i Taty. Zazwyczaj to Mama nie wytrzymuje pierwsza i z "wieeelkim uśmiechem i wyspanymi oczami" wstaje z Czekoladką z łóżka, rzucając tylko do Dużej Czekoladki: "Śpij, my idziemy oglądać DDTVN". I tak też czynimy. Oczywiście najpierw ma miejsce karmienie Bartulka, potem zmiana pampiocha i dopiero po tych czynnościach, oboje zadowoleni (no u Mamy to różnie bywa z tym zadowoleniem ;)), idziemy do pokoju Babciowo-Dziadziowego i oglądamy DDTVN. Prawda jest taka, że Czekoladka w tym czasie bawi się na Babcinym łóżku zabawkami, a Mama w bezpiecznej odległości ogląda program. Tak sobie siedzimy i bawimy się, nie do końca zważając na TV, aż do głównego punktu DDTVN, czyli tytułowego Je, je, je, jeeee... Kto ogląda ten bez trudu odgadnie, że za tymi magicznymi słowami kryją się ploteczki z szołbiznesu :)))) Hehe. Nawet nie chodzi o same plotki, bo te zawsze wcześniej przyswojone zostają na Pudelku/Lansiku/Kozaczku/Plotku/Fakcie, ale o samą wstawkę "Somebody has to beeee the best in the business" <śpieeeeeew>. Chociaż zdecydowanie wolimy je, je, je, jeee ;)) Wszystko obyłoby się bez echa, gdyby nie fakt, że dzisiaj to nie Mama nuciła Je, je, je, jeee... tylko nie kto inny jak mój Malutki Czekoladowy Synek! Naprawdę. Niech mnie żyrafa kopnie jeśli kłamię. Od tej chwili tytułowe słowa, towarzyszą nam cały dzień :) Tym samym rozpoczęliśmy etap przedrzeźniania słownego. Do tej pory Czekoladka naśladował nas ruchami: a to papa, a to cmok, a to kosiu-kosiu, a to kaszel, czy brzeczenie palcem po ustach, a teraz przyszedł czas na naśladowanie głosowe :)))) Ach, urocze to jest. 


Ale to nie koniec Czekoladowych nowości. Od kilku dni Bartulek odkrył w sobie wielką potrzebę sprzątania. Zaczęło się od Babcinych szuflad, a skończyło się na zrzucaniu wszystkiego, co znajduje się w zasięgu Czekoladowej łapki. Heh... z przykrością muszę się przyznać, że największą frajdę Bartulkowi sprawia zrzucanie nowiuteńkich kosmetyków do testowania i bucików StonzWear ;))) Hmmm... Może Czekoladka w ten sposób chce przetestować nowe produkty? Kto to wie ;))))


Podobną radość na Bartusiowej buziuńce wywołuje podglądanie domowników, poprzez samodzielne otwieranie drzwi. Niestety Czekoladka nie opanowała jeszcze idealnego momentu puszczania drzwi, tym samym bijąc się w malutkie czółko. No cóż, czasami nauka bywa bolesna ;)))) Chociaż bólu to ja na tej Czekoladowej twarzyczce nie dostrzegam. Jedyne, co można zobaczyć, to dwie perełeczki, raz po raz, kokietujące z buziuńki (niestety ciężko je lepiej sfotografować i tak, to cud Boży, że udało mi się je w ogóle uchwycić). I właśnie tymi ślicznotkami się do Was uśmiechamy na "do widzenia" :)))


***
Na koniec ważna sprawa - dołączyliśmy do grona wielu zwolenników bezklapsowego wychowania. Dołączcie i Wy -> klik w obrazek :) Razem z pomysłodawczynią, Anną Golus, serdecznie zapraszamy :)


***