Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 marca 2012

Changes.

Bartek samoistnie przeszedł na jedną drzemkę w ciągu dnia. Jednak prawdą jest, że organizm dziecka sam wie, co jest dla niego najlepsze. Nie raz zarzucano mi, że Bartulek za dużo śpi, że dziecko w jego wieku nie powinno spać dwa razy w ciągu dnia, a tu proszę sam się przestawił, co totalnie zdezorganizowało mi codzienne życie. Do tej pory wiedziałam, mniej więcej, o której godzinie Czekoladka zapadnie w sen, mogłam sobie wszystko tak zaplanować, żeby z wszystkim się wyrobić, a teraz? Nie dość, że nie do końca jeszcze wyczuwam kiedy nastąpi drzemka, to jeszcze na dodatek jest ona tak krótka, że nawet nie zdążam zrobić połowy zaplanowanych rzeczy. I między innymi, dlatego cierpi na tym moje blogowanie. No, ale na szczęście, wieczorkiem, po kąpanku, energia schodzi z Bartusia na tyle, że sam przytula się do Maminego kolana/brzucha/cyca/głowy i sygnalizuje, że czas na spanko. I korzystając z tego, że właśnie Bartuś zapadł w sen, postanowiłam się do Was odezwać. 
Co u nas ciekawego? Właściwie to nic nowego. Życie toczy się swoim torem, Czekoladka w dalszym ciągu absorbuje wszystkich swoją osobą. Odkąd odkrył uroki przemieszczania się, wszędzie go pełno. Największą radość sprawia mu uciekanie przed jedzeniem, uciekanie podczas zmieniania pampocha, no i wyglądanie przez okno. O tak, to uwielbia wyjątkowo. Potrafi godzinami stać w oknie i obserwować, a to wrony, a to przejeżdżające samochody. Podobno nawet sam zaczął nazywać ptaki (tak twierdzi Babcia, niestety mnie nie było jeszcze dane tego usłyszeć :(). Ciężko wytłumaczyć mu, że dzisiaj nie wyjdziemy na spacerek, bo pada deszcz ze śniegiem. Płacze, ciągnie za rękę i ze smutkiem patrzy przez szybę. Nie daj Boże, jak zobaczy, że ktoś z domowników wychodzi na zewnątrz, wtedy zaczyna się histeria. Ukojenie przynosi wózek, w którym Bartulek czuje się jak w niebie. Nie wiem skąd ta miłość do spacerków. Oczywiście nie narzekam, bo sama lubię wychodzić na świeże powietrze, ale czasami naprawdę ciężko jest zapanować nad aurą, a tym samym nad reakcją Czekoladki na odmowę przechadzki :/ Co więcej? Bartunek poznał smak chlebka z masełkiem i szyneczką drobiową! Wiem, wiem, dosyć późno, ale nie raz wspominałam, że etap z zakrztuszeniami wystraszył nas na tyle, że podchodzimy z rezerwą do podawania wszelkich większych produktów. Teraz, gdy Bartoloni ma już ząbki, jesteśmy spokojniejsi o to, czy poradzi sobie z jedzonkiem. Bo radzi sobie super! :) Zabawnie odgryza kawałek szyneczki z chlebkiem i tak glimie i glimie, wydając przy tym mnóstwo odgłosów typu: mniam mniam, ammm mmmm ;)))) Kochany jest. Z takiego rozszerzenia diety, najbardziej zadowoleni są Dziadkowie Czekoladki - Dziadek, bo w końcu wnuczek je MIĘSO z prawdziwego zdarzenia (oczywiście poza szynką, Bartunia ma już za sobą udka i piersi kurczaka) oraz Babcia, która w głowie już ma wizję wspólnego spacerowania po górach z plecaczkiem wypełnionym kanapeczkami i herbatką ;))) Najbliższa taka wyprawa w weekend majowy, wtedy najprawdopodobniej po raz pierwszy pokażemy Czekoladce nasze piękne górzyste tereny. Can't wait. Niestety nie będzie z nami Dużej Czekoladki, która wylatuje do  dalekiej AFRYKI szykować nam lepsze życie ;)))) Dlatego też, wkrótce blog zaleje nas fala zdjęć rodem z Tanzaniiiiiiii :)))))) Ale o tym na razie ciiii ;)))) No, ok to tyle. Dzisiaj się rozpisałam w zupełnie nie swoim stylu haha. Byebye :*



***

niedziela, 22 stycznia 2012

Afryka przyszłością chrześcijaństwa.

O matko. Wiem, że ten tytuł może niektórych odstraszyć, ale od razu uspokajam - nie będę pisać o religii, gdyż jest to bardzo delikatny temat. Nie chcę nikogo przekonywać, nawracać albo zniechęcać do jakiegokolwiek wyznania, nic z tych rzeczy. Tytułowe słowa nawiązują do wizyty duszpasterskiej, która miała miejsce dokładnie w piątek w granicach godziny 16stej. Była to pierwsza kolęda Małej Czekoladki (i jak się okazało Dużej także ;)). Sama wizyta zaczęła się dosyć "luźno", dzięki ministrantowi, który okazał się "znajomym" Czekoladowej Babci (tak, tak... Babcia ma szerokie grono przyjaciół, zaczynając od swoich uczniów z podstawówki, a kończąc na 80 latkach ;)). Sam ksiądz też okazał się przyjaznym człowiekiem. Z uśmiechem na ustach przywitał Małą Czekoladkę, zrobił krzyżyk na jego czole i nie omieszkał dotknąć loczków (komentarz księdza "Łał. Ale fajne."). Po standardowej modlitwie, rozpoczęła się rozmowa, która, jak się domyślacie, zeszła na wiadomy temat - AFRYKA (a byłam pewna, że będzie to temat ślubu kościelnego , a tu takie zaskoczenie, bo tego tematu ksiądz nie poruszył ;p). Dowiedzieliśmy się od naszego gościa m.in. właśnie o tym, że Afryka jest przyszłością chrześcijaństwa i, pomalutku wysuwa się na lidera w tej kwestii. Ok. Nie wnikam, bo się nie znam, ale chyba coś w tym jest. W końcu jakby na to nie patrzeć  to właśnie, dzięki osobie Papieża Polaka, mój Mąż trafił do naszego kraju. Ale to nie temat na ten wpis. Ogólnie rzecz ujmując - kolęda się udała, Bartuś zachowywał się nad wyraz spokojnie, z zainteresowaniem obserwował naszego gościa z kolan Taty (jak to ładnie podsumował ksiądz "O proszę, jak się ładnie kolor wyrównał" to tak nawiązując do koloru mojego i Męża) i bawił się smoczkiem. Być może to ten znak krzyża na czole tak go uspokoił? Nie wiem. Wiem jedno, Synek nie poszedł w ślady chrzestnego i nie zrobił pierwszych kroczków przy księdzu. No cóż, ale co się odwlecze to nie uciecze :)


PS. dziś dwa wpisy, bo w końcu mam tyyyyle czasu, w ogóle nie muszę się uczyć i wcale, a wcale nie mam przed sobą ciężkiego egzaminu. Ech ;)

***

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Hongera Mme wangu! :*

Wspominałam nie raz, że kocham robić niespodzianki. Nie mogę napisać, że jestem w tym najlepsza, bo zapewne są lepsi ode mnie, ale muszę przyznać, że dzisiejszy surprise wyszedł mi, jak mało który (no, nie licząc wparowania do akademika z minitorcikiem i świeczuszką 2 lata temu ;)). Z tymi sekretnymi przyjęciami czy prezentami jest o tyle trudno, że jestem nimi tak podekscytowana, że od razu chcę się tym wszystkim podzielić z każdym dookoła. No, ale jakimś cudem w tym roku udało mi się wszystko pięknie zaplanować i zrealizować przy pomocy mojej Mamy, i co najważniejsze - nie dałam po sobie poznać, że coś szykuję :)

Z samego rana, gdy mój Mąż jeszcze smacznie sobie spał, wraz z Mamą przygotowaliśmy pucharki z różnokolorowymi galaretkami, dodałyśmy pocięte ananasy i wszystko pięknie udekorowałyśmy bitą śmietaną. Oczywiście największy i najobficiej wypełniony był pucharek dla mojego ukochanego Mme :* 


Gdy już wszystko było gotowe, zawołałam moją niczego nieświadomą Dużą Czekoladkę do pokoju.  Mąż myślał, że znowu mówią w TV o Tanzanii, dlatego go wołam, także plan działał ;))) Do czasu. Hihihi... pech chciał, że za pierwszym razem nie zadziałała zapalniczka, która miała podpalić zimny ogień wetknięty w galaretki, ale za drugim razem już wszystko poszło idealnie :) 


Zaskoczony Mąż z Bartunkiem na rękach wysłuchał naszego ekhm... urodzinowego STO LAT i przyjął od nas najszczersze życzenia (oczywiście dobra Żona dla kamuflażu już w nocy złożyła życzenia urodzinowe :)). Bartunia, który ostatnio się nieźle rozgadał i roztańczył, rytmicznie podrygiwał i mruczał w rytm urodzinowej pieśni. Gdy sztuczny ogień zgasł Duża Czekoladka otrzymała swój prezencik- wymarzoną torbę na laptopa wypełnioną po brzegi ukochanymi krówkami :))) Jeszcze rzut oka na przesmaczne galaretki i przechodzimy dalej ;)))


Dalsza część świętowania miała miejsce wieczorkiem, po powrocie Dziadka Czekoladki do domku po pracy. Wtedy to wszyscy (poza mną i Bartuniem ;)) delektowali się afrykańską Amarulą (prezentem od wujka Filippoooo z Tanzanii :)) z lodami śmietankowo-czekoladowymi (Mama zjadła same lody śmietankowe, a Bartunia hmmm... lodowe mleczko z cyca hehehe).


Z tym trunkiem wiąże się śmieszna sprawa. Podczas poszukiwań przepisu na drinka z Amarulą natknęłam się na ten oto filmik :) Chyba nie muszę pisać, że stał się on główną atrakcją wieczoru. Naprawdę zachęcam Was do jego obejrzenia, najlepsze momenty zaczynają się do 1:28 :))) Dla wyjaśnienia: 
-Amarula jest to likier wyrabiany z owoców drzewa Marula rosnącego na terytorium Afryki. Podobno jest przecudowny w smaku (niestety nie miałam okazji próbować, ale odbiję sobie po zakończeniu karmienia ;)), kto go raz skosztuje będzie o nim marzył całe życie :P Rodzice oraz Mąż potwierdzają tą opinię. Marula często nazywana jest drzewem słoniowym, ponieważ raz na jakiś czas zwierzęta te przychodzą pod drzewo, trzęsą nim co sił i zajadają się lekko sfermentowanymi owocami. Co się dzieje potem? Tego dowiecie się z filmiku ;)))) Jednym słowem - człowiek nie za dużo różni się od zwierząt hihihihi.... 



Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że na czas takiej libacji zawarty jest swego rodzaju niepisany pakt o nieagresji. Jest to jeden z niewielu momentów, kiedy można zobaczyć obok siebie pijaną jak bela gazelę i lwa. Hihihi... teraz rozumiecie skąd tyle śmiechu podczas próbowania Amaruli ;))))


Czyżby nie bez powodu na etykiecie widniał słoń - pijak ;]? Jeśli tylko będziecie mieli okazję napić się tego trunku to naprawdę polecam. Najlepiej wymieszać w blenderze likier z lodami i mlekiem. Mmm... podobno niebo w gębie ;))))

No, ale dość tego pijaństwa. Toż to jest blog o Dziecięciu mym czekoladowym. W dniu dzisiejszym, pomiędzy porannym galaretkowym świętowaniem i wieczornym drinkowaniem wybraliśmy się z Babcią Czekoladki oraz Bartulkiem na spacerek, podczas którego zahaczyliśmy o pobliski Lidl. Karmelek zadowolony popiskiwał raz po raz, zaczepiając obcych ludzi i trzymając mocno w swej malutkiej dłoni swojego ukochanego pana Bałwanka. O... A jeśli już o bałwanku mowa, to spójrzcie tylko kogóż udało nam się dzisiaj sfotografować. Toż to zdjęcie prawie historyczne. Kto to wie, czy za kilka lat nie będę pokazywać tej fotki Synkowi ze słowami: Dawno, dawno temu, gdy w Polsce był jeszcze śnieg...


Czyż nie jest uroczy? Ktoś miał naprawdę super pomysł wykorzystując marchewkę i doniczkę :))) Super sprawa :) Bałwanek wyglądał jakby żywcem wyciągnięty z filmu "Jack Frost", tylko dodać mu szalik i melonik.

http://www.empireonline.com/features/disturbing-xmas-movie-moments/5.asp
Oczywiście wypad do sklepu nie byłby ważny bez kilku rzeczy dla Czekoladki. Udało nam się kupić fajną kamizelkę z koszulką w komplecie, która zauroczyła mnie swoimi kolorami. W końcu coś kolorowego, a nie szarego i burego.


I tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie wiem jak to się stało, ale podczas rozpakowywania ubranek w domu, w celu pochwalenia się przed Mężem nowymi łupami, z opakowania wypadła....


...taka oto bluzeczka dla dziecka w wieku 5-6 lat oO. Skąd się ona tam znalazła to nie wiem, dziwna sprawa... Nie wiem jak mój Czekoladowy Inspektor mógł tego nie wyłapać podczas dogłębnego analizowania paragonów, no ale...


Być może uznał, że do twarzy będzie mu w kolorze żółtym? Tak czy siak koszulka na razie została schowana do szafy i czeka na decyzję co dalej z nią zrobić.


Zapomniałabym o jeszcze jednej istotnej sprawie. Podczas naszego spacerku spotkaliśmy panią dentystkę z synkiem, który zapytał jak ma na imię Czekoladka. Jego reakcja na usłyszane imię była bardzo interesująca: "A czy mogę go nazwać po swojemu?" Przytaknęłam i zapytałam jak chciałby go nazwać. Chłopczyk bez zastanowienia powiedział: "Ziomulzik". Hehehe, rozbawiło mnie to na tyle, że od tej pory mówię do Synka ziomuś ;)))

No i to by było chyba na tyle moje ziomeczki i ziomusie. Teraz szoruję pod prysznic i korzystam z drzemki Syneczka (bo nie wierze, że już zapadł w nocny sen). Tak więc życzę wszystkim - dobranoc, a Mężowi mojmu jeszcze raz: Hongera Mme wangu kwa siku yako ya kuzaliwa :* Nakupenda sana sana!!!! :*

A także serdecznie życzenia dla Lesli, która także ma urodzinki w dniu dzisiejszym - STO LAT!




***
mały czekoladowy słowniczek:
Hongera Mme wangu kwa siku yako ya kuzaliwa :* Nakupenda sana sana!!!! :* - wszystkiego najlepszego mój Mężu w dniu Twoich urodzin. Kocham Cię bardzo, bardzo.
Mme - mąż


***

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Potrzeba matką wynalazków, czyli kilka słów o zabawkach w Tanzanii.

Temat ten chodził za mną już od dłuższego czasu i muszę przyznać, że przygotowywałam się do niego skrupulatnie od kilku tygodni. Dlaczego tak długo? Związane to było z dogłębniejszym poznawaniem tematu i zdobywaniem informacji. Muszę się nawet pochwalić, że po raz pierwszy w odkrywaniu tanzańskich tajemnic nie ograniczyłam się tylko do osoby swojego Męża, tym razem postanowiłam zdobyć informacje także u innych Tanzańczyków zamieszkujących Polskę, ba nawet zdecydowałam się zaczerpnąć wiedzy u źródła, z dalekiej Tanzanii. W tym oto celu poprosiłam Dużą Czekoladkę o skontaktowanie się z jego dobrym kolegą - nauczycielem, który z racji wykonywanego zawodu doskonale znał temat zabawek dziecięcych. Informacjami, które udało mi się zdobyć, postanowiłam podzielić się z Wami w tym oto wpisie.
Tanzania, jak większość państw kontynentu afrykańskiego, jest krajem stosunkowo biednym, dlatego też nie zdziwiła mnie reakcja mojego Męża na moje pytanie odnośnie zabawek używanych przez niego w dzieciństwie:"Kochanie, dzieci w Tanzanii nie mają takiego dostępu do zabawek jak tutaj w Europie. Rzadko, które dziecko ma jedną zabawkę, a co dopiero tyle ile ma Bartunia. U nas nie ma św. Mikołaja, który zostawia wielkie paki prezentów obok łóżka. Wszystkie zabawki, którymi się bawiłem zostały zrobione przez moich rodziców własnoręcznie, bądź zrobiłem je sam z rodzeństwem lub kolegami, no może poza nowiuteńką piłką do nogi, którą dostałem od kuzyna". (i którą z zazdrości ukradli mu po tygodniu bliżej nieokreśleni osobnicy, ale ciiii, tego nie miało tu być ;))). Ku zdziwieniu mojego Męża na mojej twarzy nie wymalował się smutek czy też oznaki współczucia, nawet ze wstydem muszę się przyznać, że można było zaobserwować coś na kształt uśmiechu ]:-> W oczach zapaliły mi się iskierki, które chciały głośno wykrzyczeć: "Jeeest! Właśnie takiej odpowiedzi oczekiwałam". Chyba nie muszę pisać, że od razu zaczęłam działać w temacie i zdobywać nowe zabawkowe ciekawostki rodem z Tanzanii. Tak jak się spodziewałam większość zabawek, którymi bawią się  najmłodsi Tanzańczycy robione są przez nie własnoręcznie lub przy pomocy starszych osób.  Związane jest to w głównej mierze z wysokimi cenami oraz ubogim asortymentem. Należy jednak pamiętać, że skupiam się w tym wpisie głównie na  dzieciach zamieszkujących mniejsze miasta oraz wsie, gdyż tam w głównej mierze podtrzymywana jest tradycja własnoręcznych drobiazgów. Zabawki powstają praktycznie ze wszystkiego, ze sznurków, drutów, drzew bananowca, podartych reklamówek, a nawet zużytych opon. Nawet doszczętnie zniszczone ubranie może zamienić się w piłkę. W tym wpisie postaram się zaprezentować Wam kilka zabawko-wynalazków, które dają namiastkę dzieciństwa tanzańskim szkrabom. Od razu zaznaczam, że duża ich część jest niebezpieczna i nie polecałabym ich do zabawy żadnemu dziecku. Tutaj chcę tylko przybliżyć temat zabawek w Afryce. Na początku skupię się na tych łatwiejszych do wykonania, by przejść do tych bardziej zaawansowanych.

  • jeśli ktoś myśli, że pusta plastikowa butelka nadaje się tylko do wyrzucenia do kosza to jest w wielkim błędzie. I nie mam tu na myśli tylko wypełnionej koralikami czy też grochem butelki (jak widać na załączonej fotce, w naszym domu zrobiła ona furorę :)). Tanzańczycy wpadli na świetny pomysł wykorzystania nakrętek oraz kapsli do stworzenia innej brzęczącej grzechotki. Wystarczy wypalić dziurki w kapslach tudzież nakrętkach, połączyć je za pomocą nitki i związać. Prawda, że proste? W ten oto sposób powstaje prosta grzechotka, która swoim dźwiękiem przykuwa uwagę najmłodszych. Sama nie zdecydowałabym się na tego rodzaju zabawkę dla Bartka. Wizja rozciętej rączki lub wargi skutecznie mnie od tego odstrasza. O ile plastikowe nakrętki wydają się ciekawe, o tyle kapsle z góry skreślam.
http://knittingiris.typepad.com/knitting_iris/kids_crafts/
  • jeśli jesteśmy już w temacie kapsli to chciałam Wam przedstawić inny rodzaj grzechotki. Wystarczy przy pomocy drucika połączyć kilka gałązek oraz kapsle i mamy nową brzęczącą zabawkę. O taką. Prawda, że fajna? Dodatkowo może ona robić za instrument muzyczny :)))
http://www.african-artisans.co.uk/products/Y-Shape-Rattle.html
  • grzechotki są jedną z popularniejszych zabawek dla najmłodszych (niekoniecznie najbezpieczniejszą, jeżeli chodzi o wykonanie). Kolejną tanzańską propozycją grzechotek są wypełnione ziarnem lub kamyczkami i mocno związane np. sznurkiem drzewa bananowca. Jak to powiedział mój Mąż: "Nie musisz mieć grubego portfela, żeby sprawić tanzańskiemu dziecku radość. Wystarczy pójść na pole, obrać bananowca, troszkę pokombinować i już masz grzechotkę. I zadowolone dziecko. Simple."
http://www.brzechwa.probeanus.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=958:wiat-marze-afrykaskich-dzieci&catid=45:projekty&Itemid=80
  • kolejna bardzo fajna manualna robótka to figurki własnoręcznie modelowane przez najmłodszych. Jak u nas królują plastelinowe i modelinowe ludki, tak w Tanzanii materiałem do wytwarzania jest glina. Gotowe figurki wrzucane są do gorącej wody, tak by w efekcie finalnym otrzymać trwalsza zabawki, które zastępują popularne klocki Lego :) Teraz wystarczy tylko nazbierać drewienek, liści oraz innych roślin, zrobić małe miasteczko i mamy super zabawę. Jedynym ograniczeniem przy tworzeniu takich stworków jest tylko wyobraźnia. Właśnie to jest coś co mi się bardzo podoba i z pewnością postaram się przemycić z Tanzanii do naszego domku - kreatywność, pomysłowość i twórcze myślenie.
http://bagienny.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?495440
  • zarówno przed, jak i po bolesnej utracie nowiuteńkiej sklepowej piłki przez mojego Męża, podwórkowe życie towarzyskie ratował wytwór piłkopodobny, wytworzony przy pomocy reklamówki, starych zużytych ubrań lub zwykłego worka na śmieci. Ale, ale... tutaj nie ma się co śmiać. Należy pamiętać, że taka piłka wyniosła na światowe piłkarskie szczyty takie boiskowe sławy jak: Samuel Eto'o, Didier Drogba, Yaya Toure, Denis Oriech. Obiecałam sobie, że jednym z prezentów, którym obdaruję tanzańskich kuzynów Bartka będą właśnie piłki do nogi :))) A być może któryś z nich okaże się następcą Eto'o? :))
http://www.jessicahilltout.com/collections/balls/33.html
  • przy kolejnym przykładzie nie sposób nie zgodzić się z tytułowym powiedzeniem, że potrzeba jest matką wynalazków. Na potwierdzenie tych słów wystarczy spojrzeć tylko na kolejną fotkę. Od Dużej Czekoladki dowiedziałam się, że większość starszych dzieci właśnie takimi zabawkami urozmaica sobie życie w gorącej Tanzanii.
http://www.brzechwa.probeanus.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=958:wiat-marze-afrykaskich-dzieci&catid=45:projekty&Itemid=80
  • ten oraz ostatni przykład to typowe "zabawki" znane chyba każdemu, nawet polskiemu dziecku. Jedyną różnicą jaką można zaobserwować w huśtawkach tanzańskich jest surowiec, z którego wykonane są liny oraz siodełko. Niestety w większości przypadków nie jest to takie proste jakby się to mogło wydawać. Liny tzw. kamba powstają poprzez "utkanie" ich z korzenia rośliny - mkonge, natomiast siodełko najczęściej wykonane jest z dętki lub opony (niestety nie udało mi się znaleźć fotki, na której pokazane byłyby akurat omawiane siodełko huśtawki).
http://www.dullonet.com/wp-content/uploads/2011/11/Mkonge.jpg
http://www.ingridvekemans.com/portfolio/zanzibar
  • jako, że w Tanzanii przez prawie cały rok panuje ciepły klimat, dzieciaki mają okazję wykorzystywać ten czas bawiąc się z rówieśnikami na świeżym powietrzu. Jedną z ulubionych form rozrywki tamtejszych dzieci są zabawy z dobrze znanymi nam latawcami (suahili - tiara), które wykonywane są samodzielnie przez najmłodszych z kartek papieru, foliowych reklamówek oraz sznurków. Własnoręczne wykonanie tych zabawek pobudza umysłowo oraz rozwija kreatywność małych Tanzańczyków. Mój Mąż do tej pory wspomina czasy "latawcowego" szaleństwa, a także rywalizacji. Oboje z niecierpliwością czekamy na wspólne budowanie, a następnie szybowanie podniebnymi zabawkami (hihihi, oczywiście razem z Naszym Czekoladowym Szczęściem :P).
http://www.cbc.ca/news/pointofview/2010/08/
Jak widzicie nie trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby sprawić dziecku radość. Wystarczy otwarty umysł i sprawne ręce :) Duża część z zaprezentowanych zabawek obecna jest również w naszych polskich domach, co pokazuje, że czasami pozornie najprostsze przedmioty potrafią dać najwięcej frajdy. Jednak tak jak wspominałam na samym początku, duża część z tych zabawek nie przeszłaby w moim domu, być może jestem zbyt dużą panikarą, ale nie wyobrażam sobie metalowych i drucianych zabawek w rękach Bartusia. Nie zmienia to jednak faktu, że Afrykańczycy, z braku tak szerokiego i łatwego dostępu do zabawek, cechują się niesamowitą inwencją twórczą oraz pomysłowością. Co więcej, jak już coś mają to potrafią doceniać to w 100% i czerpać z tego mnóstwo radości. W ich przypadku prawdziwym jest stwierdzenie: "Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma". 

A ja na zakończenie pragnę Was zachęcić do manualnej zabawy ze swoimi dziećmi (chociaż jestem przekonana, że to jest zbędne, bo same doskonale o tym wiecie :)). Sama nie mogę się doczekać aż Czekoladka będzie na tyle duża, by móc bawić się plasteliną czy malować kredkami. Ach :))) Nawet ostatnio wyciągnęłam książkę do robótek ręcznych i wyobrażałam sobie wspólne tworzenie z malutką Czekoladką :)



***

poniedziałek, 31 października 2011

Njia yetu ni moja! ...

Dni takie jak te, zmuszają do zadumy nad losem ludzkim, nad jego kruchością i przemijalnością. Wizyty na cmentarzach sprzyjają takim przemyśleniom i rozmyślaniom. Co prawda, my z Bartusiem w tym roku nie wybieramy się na groby naszych najbliższych, ale być może jutro wybierzemy się na spacer na pobliski historyczny cmentarz. Z jednej strony chciałabym być w Dzień Wszystkich Świętych ze swoimi bliskimi, przy grobie Dziadziusiów, ale z drugiej strony wiem, że Bartuś jest jeszcze za mały, żeby cokolwiek wynieść z tych "odwiedzin". Nie chcemy go męczyć, najpierw w samochodzie stojącym w korku, a następnie na zatłoczonym cmentarzu, dlatego postanowiliśmy, że w tym roku zaświecimy symboliczną lampkę na grobach żołnierzy, którzy oddali swoje życie za naszą ojczyznę i tam pomodlimy się za dusze naszych krewnych. Wspomniany cmentarz, znajduje się niedaleko od naszego domku, dlatego w każdej chwili będziemy mogli bezpiecznie wrócić, nie zważając na korki uliczne. A jeśli już piszę o grobach, to nie sposób nie wspomnieć o największym polskim cmentarzu leżącym w kraju mojego Męża. Sądzę, że większość z Was (zresztą ja sama niedawno się o nim dowiedziałam) nawet nie zdaje sobie sprawy, że w Tanzanii znajduje się aż 148 grobów polskich wygnańców uciekających przed ZSRR w czasach II Wojny Światowej. Cmentarz zlokalizowany jest w Tengeru, w miejscu gdzie dawniej znajdowało się polskie osiedle. Teren ten, nie jest zapomniany, jakby to się mogło wydawać, między innymi, dzięki studentom krakowskiego UJ i UP, a także panu Edwardowi Wójtowiczowi, który dba o nagrobki m.in. w dniu Wszystkich Świętych. W Tanzanii znajduje się jeszcze kilka innych mniejszych polskich cmentarzy, które skrywają historie ludzi, którym przyszło uciekać z naszego kraju do kraju baobabów i prażącego słońca. 

 Fot. http://polskiecmentarzewafryce.eu/cmentarz/1

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła "molestować" swojego Męża w celu zgłębienia tematu grobów i święta zmarłych w Tanzanii. Przyznam się Wam, że byłam przekonana, że ta kwestia nie będzie miała żadnych ciekawych nowinek do przedstawienia, ale po paru minutach wiedziałam, że jak zwykle się myliłam. Pierwsze o co zapytałam było Święto Wszystkich Swietych. Byłam ciekawa czy w Tanzanii, tak jak w Polsce obchodzone jest to święto, czy może bliżej im do amerykańskiego święta duchów - Halloween. Jak się dowiedziałam w kraju mojego Męża nie jest obchodzone ani jedno, ani drugie. Co prawda, ludzie odwiedzają groby swoich bliskich, ale nie jest to z góry narzucona data. Każdy, kto tylko poczuje taką potrzebę może "porozmawiać" z bliską osobą, przyciąć trawę, przynieść kwiaty, pokropić ziemię tłuszczem z mleka krowiego (mleko jest symbolem szczęścia), a także zapalić świeczkę (znicze nie są praktykowane w plemieniu Sukuma) na grobie. Jest to o tyle łatwe, że nagrobki znajdują się w niewielkiej odległości od domu (oczywiście w większych miastach zaczęły powstawać nowoczesne cmentarze podobne do naszych, ale skupiam się tutaj bardziej na tradycyjnych grobach). Co więcej? Na grobach nie znajdują się żadne informacje o zmarłym, ten kto ma wiedzieć, ten wie, że tu i tu leży ta i ta osoba, jest to informacja przekazywana w rodzinie. Co ciekawe nagrobki znajdują się w sporej odległości od siebie, jedynie kobieta i mężczyzna, jako mąż i żona mogą leżeć blisko siebie, natomiast ojciec czy matka, raczej nigdy nie leżą blisko swoich dzieci. Jednak to co najbardziej mnie zaciekawiło to fakt, że na grobie osoby, która posiada dziecko stawiany jest duży kamień - głaz (mniej więcej taki jak na fotce poniżej), natomiast osoba, która potomka się nie doczekała na swoim kaburi położony ma tylko kawałek drzewa (drzewo zgnije, tym samym pamięć  o człowieku umiera). Dzieci w Tanzanii są przedłużeniem życia rodziców, to dzięki nim pamięć o rodzicach jest wciąż żywa i trwała, tak jak ten ciężki kamień na nagrobku. Nie wiem jak Wam, ale mnie w pierwszej chwili skojarzyło się to z kulturą żydowską, z tą jednak różnicą, że u Żydów kamyczki stawiane na macewach są malutkie, a te tutaj są ogromne. Nie mniej jednak tradycja interesująca. Mój Mąż  przed przylotem do Polski, nie znał zwyczaju zapalania zniczy na cmentarzach, dlatego w tym roku postaram się przekazać mu tą cząstkę naszej kultury. Zaświecimy razem znicze zarówno za moich krewnych, jak i rodzinę A. W końcu wszyscy jesteśmy na tej samej drodze... (j.suahili - sisi sote ni njia moja!). Małe wytłumaczenie - wykrzyknik na końcu został dodany przez mojego Męża. Na pytanie dlaczego, odpowiedział, że są to smutne słowa i jest on tam niezbędny.

 fot. http://patastories.blogspot.com/2009/08/kaburi-la-mapadre-waliouwawa-wawili.html

***
mały czekoladowy słowniczek:
njia yetu ni moja! (czyt. ndżia jetu ni modża!) - nasza droga jest jedna...
kaburi - grób

***
Na koniec taka Halloweenowa Czekoladka. A co :) Wszystkim, którzy się dziś przebierają i bawią, życzymy dużo słodyczy i psikusów ]:->



***

niedziela, 18 września 2011

Mzungu.

To, że będę najbledsza w rodzinie to wiedziałam od samego początku. W chwili poznania Dużej Czekoladki i zdecydowania, że chcę na poważnie z nim być, prześladowała mnie myśl, że mój kolor skóry nigdy nie będzie dorównywał potomkowi (o Dużej Czekoladce nie wspomnę ;)). Odkąd pamiętam kochałam być opalona, nie było lata, żeby ktoś nie pytał się mnie gdzie w tym roku wypoczywałam: na Malediwach czy na Hawajach. Hehe, prawda była taka, że z natury mam ciemną karnację i wystarczyło, że z trzy razy wyskoczyłam w bikini na basenie i już nabierałam czekoladowego odcieniu, więc niepotrzebne mi było wylegiwanie na lazurowym wybrzeżu. Nawet w chwili poznania mojego Męża, ten podszedł do mnie tylko i wyłącznie dlatego, że myślał, że jestem latynoską (się rozczarował biedak hehe). Zmieniło się to rok temu. Z obawy przed przebarwieniami ciążowymi zrezygnowałam z opalania (dzień przed zrobieniem testu ciążowego spiekłam się na raczka na basenie, to było moje ostatnie smażonko ;)). Z kolei w tym roku moje ciało jest dosyć śmiesznie opalone, tam gdzie podczas spacerku wkradło się słońce można zobaczyć ciemniejsze partie, a reszta jest blada jak u córki młynarza. Tak naprawdę nie przeszkadzało mi to w ogóle, do wczorajszego dnia. Z racji tego, iż słoneczko wrześniowe postanowiło nas jeszcze troszkę porozpieszczać wybraliśmy się z Mężem i Czekoladką na spacerek. Nie obyło się bez fotek, w końcu na huśtawce z Bartulkiem zdjęć jeszcze nie mamy. No i tak popstykaliśmy foteczki to tu, to tam. Po powrocie do domku postanowiłam od razu zrzucić je na kompa i pooglądać sobie w trakcie drzemki Bobusia. Przeskakiwałam ze zdjęcia na zdjęcie, coraz bardziej się załamując. A czemu? Ano w porównaniu z moim dzieckiem jestem blada jak bawełna (ulubione porównanie mojego Męża). Moja twarz jest tak biała, że na poważnie zaczęłam się zastanawiać nad zrobieniem wyników krwi (od porodu nie robiłam). Naprawdę wyglądam niezdrowo. Zaniepokoiło mnie to na tyle poważnie, że teraz co rusz wystawiam swój biały ryjek do słoneczka niczym surykatka (Kasia Tusk rlz ;)). 
A jeśli już tak piszę o tej mojej bladości to może napomknę jak się ma sprawa z białoskórymi ( ;))) w Tanzanii. W Afryce generalnie panuje przekonanie, że biały człowiek jest osobą bogatą, mądrą, doświadczoną, wykształconą itp. i jeżeli walczy o pracę z Ciemnoskórym to zawsze zwycięży w bojach o posadę. Tacy oto są Afrykańczycy. Zamiast wspierać siebie nawzajem, wolą dać pracę białemu, niekoniecznie mądrzejszemu, nie zważając na wszelakie jego braki. Dzieci na ulicy widząc białoskórego biegną za nim, nie tylko dlatego, że rzadko widzą białą skórę, ale dlatego, że wpajane im jest, że biały = bogaty (dzieciaki oczekują jakiegoś prezentu lub pieniędzy). Rodzice mojego Męża są dumni jak pawie, że mają w rodzinie Mzungu (określenie suahili białego człowieka). Chyba nie muszę pisać, że wypełnia mnie to obawami, czy aby nie rozczaruję ich podczas naszego bliższego poznania. Powiem Wam, że zabawne jest to wszystko. Biali na siłę pragną być ciemniejsi, a Czarni marzą o świecie Białych. Ech. Dziwny jest ten świat ;)

Na koniec wrzucam kilka foteczek z naszych wrześniowych spacerków. Czuć jesień...


 ***
A na koniec zapraszam Was do obserwowania bloga, gdyż za niedługo owocowy konkurs :D


(mój, prywatny, już dojrzały winogron, który pokazywałam Wam przy okazji tropikalnego wpisu :P)

***

czwartek, 15 września 2011

Now I am stronger than yesterday.

Ufff. Cóż to był za dzień. Najpierw szybka wizyta u lekarza z Czekoladką (ostatnio coś często nas tam goszczą :/), a potem kierunek Kraków i moja uczelnia. Jeżeli chodzi o zdrówko Bartunia, to jest lekka poprawa. Na szczęście wczorajsze niepokojące dolegliwości minęły, pozostał katar i lekki kaszel. Dostaliśmy skierowanie do specjalisty, w celu sprawdzenia gardełka i uszek. Jest to wizyta czysto kontrolna, gdyż nasza pani doktor woli dmuchać na zimne (za co ją cenię :)) i nie chce niczego zaniedbać. Dlatego wkrótce czeka nas pierwsza wizyta z Czekoladką u laryngologa. Co więcej? Bartunia standardowo kazał się badać na stojąco, raz po raz próbując kicać. Antybiotyk poszedł w odstawkę, gdyż nie za bardzo przypasował Czekoladce (ma to po Mamie :P). 
Jeśli już wspominam o wizycie w przychodni, to nie sposób nie napisać o głupocie ludzkiej. Wybaczcie, ale inaczej tego nie umiem nazwać. Bo jak rozumiem dzieci, które podbiegają do wózka i zachwycają się kolorem skóry mojego Synka, tak nie rozumiem jak kobieta, z dwójką dzieci, może rzucić tekstem do swojego dziecka: "Patrz murzynek, idź sobie dotknij za rączkę". Chyba nie muszę pisać, że razem z Czekoladową Babcią nie wytrzymałyśmy nerwowo i zareagowałyśmy adekwatnie do sytuacji. Nie dość, że zasadziła tak rasistowski tekst, to jeszcze wysyła swoje chore, kaszlące dziecko do malutkiego niemowlaka, jak do zabawki czy do małpki w zoo. No ja się pytam, gdzie ludzie pochowali mózgi? Na jej nieszczęście, razem z Mamą jesteśmy bezpośrednie i usłyszała od nas co nieco. Ludzie obecni w przychodni stanęli za nami murem. Bo ja naprawdę rozumiem, że Ciemnoskórzy są raczej rzadkim widokiem w moim mieście, ale do jasnej ciasnej... Troszkę taktu. Grrr... znowu się zdenerwowałam. Obiecałam sobie, że od tej pory na pytania typu: "A czemu on ma taki kolor skóry?" będę odpowiadać chamsko i dosadnie. Dość uśmiechania się i zbędnego tłumaczenia. Bartek jest normalnym, pięknym chłopcem i nikt nie ma prawa tego podważać. Jestem dumna ze swojego Synka i kocham go niesamowicie. Nie dam nikomu skrzywdzić mojego dziecka, ani fizycznie, ani psychicznie. Basta.

No! Ulżyłam sobie. A teraz przechodzę do milszej części wpisu :) Tak jak pisałam na początku, po wizycie lekarskiej, po nakarmieniu i krótkiej drzemce Synka wybraliśmy się na moją uczelnię po wpis z ostatniego egzaminu i kilka innych bardzo ważnych rzeczy. I w tej chwili muszę się Wam pochwalić, że oto dzisiaj w moim indeksie zagościły piękne, tłuściutkie cyferki 4 i 5 :D:D Aaa... jakież było moje zaskoczenie, że udało mi się zdać ten przeklęty egzamin na 4,5 :))) Bo, że zdałam to wiedziałam, ale nie znałam oceny. Moja pani wykładowczyni stwierdziła, że powinna mnie przełożyć przez kolano, że się nie uczyłam wcześniej. A co mi tam. Nie będę się po raz enty tłumaczyć, że na początku Czekoladka była w szpitalu, a potem zwyczajnie nie miałam czasu. Udało się? Udało... I nieśmiało mogę Wam napisać, że w końcu jestem, ku niezadowoleniu niektórych osób z uczelni, na 5 roku :P Ach. Eureka :))) W ogóle dzisiaj jest dobry dzień, ale resztę zachowam dla siebie. Pozdrawiam serdecznie :)

***

W głowie tworzy mi się pomysł urozmaicenia bloga o tematykę życiową rodem z Tanzanii. Ale jeszcze nie wiem czy uda mi się namówić Męża do współpracy ;)))) Co o tym sądzicie?

***
Obserwujcie bloga, za niedługo kolejna niespodzianka :)))

***

poniedziałek, 5 września 2011

Biała Masajka + KONKURS LOVELA.

Ten wpis miał być wczoraj, ale wróciłam do domu taka zmęczona, że zaraz po kąpieli i uśpieniu Bartka padłam jak zabita. Złożyło się na to kilka czynników - po pierwsze zła noc, gorączka Bartulka, praktycznie zero snu, a po drugie dzień spędzony na działce, brak miejsca do spania, czyli wielkie niewyspanie (teoretycznie mogłam spać na kocu na trawie, ale wizja os i mrówek skutecznie mnie do tego zniechęciła). Gorączka Bartka to wciąż aktualny temat, ale na razie nie chcę o tym się rozpisywać. Zrobiłam badania (na moje oko wyniki ok) i jutro idę do lekarza na kontrolę. Na mój gust zaczynamy ząbkowanie, ale czy tak jest na pewno to nie wiem. Powróćmy jednak do tematu. Tak jak pisałam, w dniu wczorajszym wybraliśmy się całą rodzinką na grilla. Być może była to ostatnia taka okazja, kto wie jak będzie wyglądać wrzesień. Można powiedzieć, że niedziela była udana, skorzystałam z wrześniowej kąpieli słonecznej, pobawiłam się w ogrodnika, powygłupiałam się, pooddychałam świeżym powietrzem, a także obfotografowałam chyba wszystkie możliwe roślinki (i nie tylko). A jeśli już o tym mowa to pochwalę się w jakich cudownych warunkach przyszło nam wczoraj spędzić ten słoneczny dzień.


A na koniec dwa główne powody naszego wypadu:


-zbieranie ogromnej ilości śliwek z drzewka (Mój Mąż i Babcia Czekoladki je uwielbiają ;))


-kiełbaski, boczek, kaszanka (czyli dla mnie wielkie BLE ;)) oraz polska wersja ndizi choma made by Babcia Czekoladki (Duża Czekoladka stwierdziła, że to jednak nie ten smak haha). Poniżej prezentuję wersję banana po ogrillowaniu.


Najlepsze zostawiłam na koniec ;) Kilka postów temu obiecałam Wam wpis o stroju masajskim. Akurat wczoraj były sprzyjające warunki do cyknięcia paru fotek w tym oto stroju. :))) 
Najpierw butki - wersja codzienna:


i wersja do stroju masajskiego:


I obiecany strój masajski przywieziony przez mojego Męża z Tanzanii:


Uszy me zdobiły kolczyki wygrane jakiś czas temu na blogu http://airaart.blogspot.com/  :))) Akurat idealnie wpasowały się w tematykę Afryki :-)


Od razu mówię, żeby nie było niedomówień - jest to wersja stroju masajskiego sprzedawana turystom w Tanzanii. Prawdziwe kobiety masajskie noszą odrobinkę inne "ciuchy". Nie mniej jednak, muszę Wam powiedzieć, że takie ubranie jest, o dziwo, nawet wygodne. Jedynym minusem jest okropne gorąco, które się czuje w tym stroju oraz brak miejsca na moją mleczarnię ;)). Nie wiem jak Masajki mogą w nim normalnie funkcjonować. :P Ja bym się ugotowała na gorąco, miękko i na jajecznicę. M-a-s-a-k-r-a. Tak czy siak, furorę jako Masajka zrobiłam, a co :)))

***
Kochane moje, przypominam o konkursie organizowanym na moim blogu wraz z Lovelą. Do wygrania super zestawy: proszek do prania i mleczko do prania. Więcej szczegółów TUTAJ. Zapraszam serdecznie! :)))


 ***