Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sesja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sesja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 stycznia 2012

New image.

Zawsze podobały mi się loki. Co prawda, nie na mojej głowie, bo z nimi z reguły robiłam porządek za pomocą prostownicy, ale u innych celebrytek czy dziewczyn na ulicy, jak najbardziej. Na szczęście teraz, odkąd mam Czekoladkę, moja miłość do loczków jeszcze bardziej się zwiększyła. Nie ma dnia, żebym nie zachwycała się jego pięknymi włosami, które zaraz po kąpaniu układają się w idealne serpentynki. Już w czasie ciąży, zastanawiałam się z jakimi włoskami urodzi się mój Bobulek. Wyobrażałam sobie burzę kruczoczarnych loków, które powalą mnie na kolana. O dziwo, zaraz po porodzie, zamiast pięknych loczków, ujrzałam czarne proste jak druty włoski. 


Wtedy zaczęłam zastanawiać się, czy pozostaną takie proste czy może zaczną się kręcić. A jeśli mają być kręcone, to kiedy zaczną się kręcić? W końcu i ja, i Mój Mąż mamy loki (różne, bo różne, ale loki). No i tak myślałam sobie nad tym, i myślałam, aż pewnego pięknego, dnia ujrzałam prześliczne czarne loczki, żywcem wyciągnięte z moich ciążowych wyobrażeń. Potem przyszedł moment wycierania się tylnej części włosków, aż do czasu, gdy "łysinka" pokryła się nowymi, ciemnymi kręciołkami (chyba są jeszcze słodsze niż te "brzuszkowe"). Niestety, a może stety, nie wszystkie ciążowe włoski wytarły się podczas leżenia, co sprawiało, że Czekoladowe kędziorki zaczynały układać się w jedno wielkie afro, o którym pisałam przy okazji reklamy o Sercu i Rozumie. 


Już od dłuższego czasu, nosiłam się z zamiarem przykrócenia tych tylnych włosków. Hihihi... Los tak chciał, że dzisiaj podczas czesania włosków, ni z tego, ni z owego zapadła decyzja - OBCINAMY KĘDZIORY. Babcię Czekoladki za długo nie trzeba było namawiać, od razu w ruch poszły nożyczki i tym sposobem,  po parunastu minutach, mój Czekoladowy Synek przemienił się w Czekoladowego Syna. Mówię Wam jak wydoroślał. Według mnie wygląda jak generał wojskowy (no, może przesadzam, ale jakby obciąć wszystkie na krótko to miałabym cudnego żołnierzyka :)). No, normalnie przystojniacha jak się patrzy. Oczywiście pierwsze loczki trafiają do naszego pudełeczka wspomnień. Hihihi... jest ich tyle, że, nie przesadzając, mogłabym "upierzyć" drugą Czekoladkę. Hihihihi... Zresztą same zobaczcie. Powtarzam - to są tylko włoski z tyłu głowy i lekko z boku. Całe loczkowate skupisko zostało na samym czubku głowy, więc tylko możecie sobie wyobrazić ile tych kędziorków było w sumie :))))


Hihihi... a może teraz czas pomyśleć o własnej zmianie imidżu? Teraz moje włosy są o wiele dłuższe oO.


***
Na szczęście udało mi się wymienić kartę egzaminacyjną. Oczywiście moja opowieść o Czekoladowym pomocniku poprawiła humor wszystkim w dziekanacie (hihi, mam to szczęście, że mam bardzo, ale to bardzo fajne panie w dziekanacie :)), ale grunt, że mam nową kartę. Okazało się nawet, że nie jestem odosobniona w ciekawych przypadkach, pani z części dziekanatu licencjata pokazała mi wypełnioną przez dziecko kartę zaliczeniową. Mówię Wam, od góry do dołu uzupełnione czerwone zera i kreski :)))) Dzieci to mają wyobraźnię :D No, ale tak jak wspomniałam na początku. Wszystko skończyło się szczęśliwie i dla mnie, i dla Bartulka. Przynajmniej chłopak się pobawił :))) A co :)

***

wtorek, 10 stycznia 2012

Sesyjny pomocnik.

Ojj, gorący okres zapanował w moim życiu. Oczywiście sprawczynią tego wszystkiego jest moja "ukochana" sesja. Co prawda, na razie są to tylko zaliczenia, ale lada moment gruchną na mnie przeklęte egzaminy. Na tą chwilę mam wrażenie, że nie ogarniam, ale wiem, że niebawem będę się śmiała z tego wszystkiego, jak z każdej sesji. A, żeby było jeszcze ciekawiej to Bartek usilnie pomaga Mamie w sesji. Zaczęło się od nocnych pobudek i krzyków, a skończyło się na podarciu karty egzaminacyjnej. Czyżby nie podobało mu się to, że lada chwila Mama eksploduje od nadmiaru rzeczy do ogarnięcia i zrobienia? Hmmm. Szkoda tylko, że ta jego pomoc, tak naprawdę, zbyt pomocna się nie okazała. Teraz będę musiała biec do dziekanatu i  będę świecić oczami, że przecież sama tego sobie nie zrobiłam. Czasami zastanawiam się, skąd tyle sprytu w tej Czekoladce. Jakbyście tylko widzieli, z jaką precyzją chwycił tą kartę i zaczął się nad nią znęcać... oO.


Lekiem na Czekoladowe marudzenie i płacze jest oto ta, znaleziona przez mojego Męża piosenka. Simba wprost ją uwielbia. Kołysze się w rytm klaskania i raz po raz wysyła jednozębne uśmiechy (chociaż Mąż i Babcia twierdzą, że na dole jest drugi ząbek ;>).  Teraz nie ma chwili, żeby mieszkanie nie rozbrzmiewały dziecinne głosy - clap your hand, clap your hand... :))))


PS. wyniki candy ogłoszę jak tylko "maszyna losująca" wstanie ;))))

***

czwartek, 29 września 2011

Najtrudniejszy IV rok, zastępuje V rok :)

Gdyby ktoś w kwietniu lub maju powiedział, że uda mi się zdać wszystkie egzaminy i pozaliczać wszystkie zajęcia to bym go wyśmiała. Naprawdę. Nic, zupełnie nic, nie wskazywało na to, że zamknę IVrok na uczelni i będę mogła szykować się do pisania pracy magisterskiej. A tu proszę. Chciałoby się napisać, że niezła niespodzianka, ale to słowo nijak pasuje do całego trudu, który włożyłam w to, by móc Wam się teraz pochwalić, że jestem na piątym roku. Cała moja walka o zaliczenie semestru zaczęła się dokładnie tydzień przed porodem, na szybko pozałatwiałam wszystkie formalności, uprzedziłam wykładowców, że przez najbliższych 6 tygodni nie będę w stanie pojawiać się na zajęciach, z wiadomej przyczyny. Większość z nich przychylnie patrzyła na mój błogosławiony stan, życzyli dużo zdrowia i prosili o skupienie się na dziecku (uczelnia nie zając). Tak też robiłam. Dbałam o siebie i moją nowonarodzoną Czekoladkę. Wszystko szło zgodnie z planem do dnia 11 kwietnia. Wtedy to po długiej przerwie postanowiłam wrócić na uczelnię. Pełna obaw i strachu, o to jak Babcia Czekoladki poradzi sobie z nowym zadaniem - opieką nad Bartulkiem, pojechałam na zajęcia. Nawet nie spodziewałam się, że będzie to mój ostatni raz na uczelni. Po powrocie ze studiów, w drzwiach wejściowych usłyszałam od Taty, że Bartka zabrało pogotowie. W pośpiechu, z trzęsącymi się rękami odciągałam mleko z pękających piersi i za chwilkę już byłam u mojego zapłakanego Synka w szpitalu. Przytuliłam go z całych sił, teraz to on był najważniejszy, wszystko inne przestało się liczyć. Po tym przykrym zdarzeniu postanowiłam, że na razie zawieszam studia i całkowicie poświęcam się opiece nad dzieckiem. Byłam gotowa wziąć dziekankę. Nie chciałam zostawiać Bartusia samego, postanowiłam, że od teraz będę z nim non stop - 24 godziny na dobę. I tak też się stało. Całkowicie odcięłam się od spraw uczelnianych, nie oddawałam żadnych projektów, ani nie jeździłam na kolokwia. Aż pewnego dnia postanowiłam jednak spróbować reaktywować studiowanie. Żal mi było tego roku, nie chciałam przedłużać magisterki w czasie. W ostatnim tygodniu zaliczeniowym, dzięki empatii wykładowców, udało mi się oddać wszystkie projekty (ciężko było zdobyć informację od ludzi co i jak zrobić, ale na szczęście znalazło się kilka dobrych duszyczek, które mi pomogły) i zaliczyć kolokwia. Sesję egzaminacyjną zdawałam na raty, ciężko było mi się skupić przy ciekawym świata Bartku oraz niewyspanym umyśle. Jednak jakoś dałam radę. Kosztowało mnie to dużo samozaparcia i samodyscypliny. Czas ten zweryfikował moich znajomych i pokazał mi na kim mogę polegać, a z kim czas powiedzieć sobie "do widzenia". I to jest dużym plusem całego tego zdarzenia. Niezwykle prawdziwym stało się dobrze znane powiedzenie: "Umiesz liczyć? Licz na siebie". Na szczęście dzięki temu doświadczeniu jestem teraz silniejsza i wiem, że ze wszystkim dam sobie radę. Musze nadmienić, że  zaliczenie tego roku nie było by możliwym bez pomocy mojej ukochanej rodziny: Mamy, Taty, Męża, Brata i Babci. Dzięki nim miałam siłę, by walczyć, oni we mnie wierzyli i pomagali mi na każdy możliwy sposób. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się im za to podziękować. Mam nadzieję, że moje skończone studia i obrona pracy magisterskiej będzie dla nich miłych prezentem, za ten trud, który włożyli w to, żebym mogła realizować swoje marzenia.
Musiałam to napisać, siedziało to we mnie od dłuższego czasu. A dziś, gdy w końcu oddałam indeks do dziekanatu poczułam ulgę i wewnętrzną radość, że się udało. Tak jest... jestem na piątym roku i wiem, że dam radę skończyć te studia, bo mam siłę i wsparcie najbliższych.

***
Zmiana tematu. Tak jak obiecywałam w poprzednim poście, dzielę się z Wami wizytą w kolejnym pokoju dla mamy z dzieckiem. Owe pomieszczenie znajduje się w Galerii Krakowskiej na poziomie -1. Miejsce to jest o wiele bardziej przestronne niż to sądowe. Właściwie jest dwa razy większe i wizualnie przyjemniejsze (za sprawą kolorowych obrazków na ścianach). W środku znajduje się więcej udogodnień dla mam typu: łóżko, fotelik do karmienia, stolik, lustro, umywalka i papierowe ręczniki. Poza tym znajdują się standardowo: dwa krzesła do karmienia, kosz na śmieci oraz przewijak. Oczywiście i tym razem postarałam się o fotki:


W pokoju spokojnie można przewinąć i nakarmić dziecko. Osobiście nie podoba mi się brak zamków w drzwiach, nie każdy lubi, gdy mu się przeszkadza np. podczas karmienia. Akurat miałam taką sytuację, że podczas przewijania Bartka weszła inna pani z panem i swoim dzieckiem i korzystała z tego samego pomieszczenia. Nie chodzi mi o sam fakt współdzielenia miejsca z innymi, ale sama nie zdecydowałabym się wejść do środka, gdy byłaby tam druga osoba. Tym bardziej, że może nie każdy lubi jak mu się patrzy na pierś, nawet podczas karmienia ;))) To taka moja uwaga. Co prawda, ja nie karmiłam (dlatego "pozwoliłam" pani również skorzystać z pokoju), ale to mi się rzuciło w oczy. Tym bardziej, że dziecko w ogóle nie płakało oO, a po wjechaniu dwóch wózków naprawdę ciężko było się poruszać po pokoiku. No, ale nie ważne. Coraz bardziej podoba mi się poznawanie pokoików dla mam "od kuchni", więc możecie być pewne, że z każdym postem będzie więcej przykładów.

***
Babcia Czekoladki nie byłaby sobą, gdyby będąc w GK nie zahaczyła o "Smyka" i nie obkupiła Czekoladki. Tym samym Bartul stał się właścicielem nowych zabawek: klocków z wiaderkiem oraz piramidy z kółkami. 


Babcia argumentowała swoje zakupy tym, iż Bartulek nie ma żadnych zabawek, które rozwijałyby go manualnie i umysłowo. Yyyyyhy. Dobra wymówka nie jest zła.

A na koniec główny powód wstąpienia do Galerii - cudowny prezencik od Knorra :)))


Zupki niestety zostały zjedzone przed zrobieniem fotki :P Takie głodomorki mam w domku ;)))

***
A jeśli już piszę o Bartulku mym kochanym to muszę się pochwalić, że dzisiaj za namową pediatry wprowadziliśmy, ku radości mojego Męża, do jadłospisu rybkę :))) A czemu Duża Czekoladka taka zachwycona? Ano jego miasto rodzinne - Mwanza - to istny raj dla rybkowych smakoszy. Stragany uginają się od ilości ryb z Jeziora Wiktorii. Sama jadłam rybkę z Afryki i powiem Wam, że jest wyśmienita! Aż się nie mogę doczekać wyjazdu do teściów. :D Z kolei Duża Czekoladka już widzi oczami wyobraźni Synka szamającego ugali na samaki  :))))) 


A jak zareagował Bartuś na nowy smak? Rewelacyjnie. Zjadł wszystko co do ostatniej łyżeczki, zadowolony z nowego smaku :)))) Hehe, Mama mniej zadowolona, bo wszystko teraz pachnie rybką ;)))))


***
mały czekoladowy słowniczek:
ugali na samaki - ugali z rybą
***

czwartek, 15 września 2011

Now I am stronger than yesterday.

Ufff. Cóż to był za dzień. Najpierw szybka wizyta u lekarza z Czekoladką (ostatnio coś często nas tam goszczą :/), a potem kierunek Kraków i moja uczelnia. Jeżeli chodzi o zdrówko Bartunia, to jest lekka poprawa. Na szczęście wczorajsze niepokojące dolegliwości minęły, pozostał katar i lekki kaszel. Dostaliśmy skierowanie do specjalisty, w celu sprawdzenia gardełka i uszek. Jest to wizyta czysto kontrolna, gdyż nasza pani doktor woli dmuchać na zimne (za co ją cenię :)) i nie chce niczego zaniedbać. Dlatego wkrótce czeka nas pierwsza wizyta z Czekoladką u laryngologa. Co więcej? Bartunia standardowo kazał się badać na stojąco, raz po raz próbując kicać. Antybiotyk poszedł w odstawkę, gdyż nie za bardzo przypasował Czekoladce (ma to po Mamie :P). 
Jeśli już wspominam o wizycie w przychodni, to nie sposób nie napisać o głupocie ludzkiej. Wybaczcie, ale inaczej tego nie umiem nazwać. Bo jak rozumiem dzieci, które podbiegają do wózka i zachwycają się kolorem skóry mojego Synka, tak nie rozumiem jak kobieta, z dwójką dzieci, może rzucić tekstem do swojego dziecka: "Patrz murzynek, idź sobie dotknij za rączkę". Chyba nie muszę pisać, że razem z Czekoladową Babcią nie wytrzymałyśmy nerwowo i zareagowałyśmy adekwatnie do sytuacji. Nie dość, że zasadziła tak rasistowski tekst, to jeszcze wysyła swoje chore, kaszlące dziecko do malutkiego niemowlaka, jak do zabawki czy do małpki w zoo. No ja się pytam, gdzie ludzie pochowali mózgi? Na jej nieszczęście, razem z Mamą jesteśmy bezpośrednie i usłyszała od nas co nieco. Ludzie obecni w przychodni stanęli za nami murem. Bo ja naprawdę rozumiem, że Ciemnoskórzy są raczej rzadkim widokiem w moim mieście, ale do jasnej ciasnej... Troszkę taktu. Grrr... znowu się zdenerwowałam. Obiecałam sobie, że od tej pory na pytania typu: "A czemu on ma taki kolor skóry?" będę odpowiadać chamsko i dosadnie. Dość uśmiechania się i zbędnego tłumaczenia. Bartek jest normalnym, pięknym chłopcem i nikt nie ma prawa tego podważać. Jestem dumna ze swojego Synka i kocham go niesamowicie. Nie dam nikomu skrzywdzić mojego dziecka, ani fizycznie, ani psychicznie. Basta.

No! Ulżyłam sobie. A teraz przechodzę do milszej części wpisu :) Tak jak pisałam na początku, po wizycie lekarskiej, po nakarmieniu i krótkiej drzemce Synka wybraliśmy się na moją uczelnię po wpis z ostatniego egzaminu i kilka innych bardzo ważnych rzeczy. I w tej chwili muszę się Wam pochwalić, że oto dzisiaj w moim indeksie zagościły piękne, tłuściutkie cyferki 4 i 5 :D:D Aaa... jakież było moje zaskoczenie, że udało mi się zdać ten przeklęty egzamin na 4,5 :))) Bo, że zdałam to wiedziałam, ale nie znałam oceny. Moja pani wykładowczyni stwierdziła, że powinna mnie przełożyć przez kolano, że się nie uczyłam wcześniej. A co mi tam. Nie będę się po raz enty tłumaczyć, że na początku Czekoladka była w szpitalu, a potem zwyczajnie nie miałam czasu. Udało się? Udało... I nieśmiało mogę Wam napisać, że w końcu jestem, ku niezadowoleniu niektórych osób z uczelni, na 5 roku :P Ach. Eureka :))) W ogóle dzisiaj jest dobry dzień, ale resztę zachowam dla siebie. Pozdrawiam serdecznie :)

***

W głowie tworzy mi się pomysł urozmaicenia bloga o tematykę życiową rodem z Tanzanii. Ale jeszcze nie wiem czy uda mi się namówić Męża do współpracy ;)))) Co o tym sądzicie?

***
Obserwujcie bloga, za niedługo kolejna niespodzianka :)))

***

sobota, 27 sierpnia 2011

Tropiki, tropiki, tropiki! Ach upalny jest wasz urok dziki!

Tropików ciąg dalszy. Psychicznie byłam na nie przygotowana, ale fizycznie oczywiście nie. Ale to chyba zrozumiałe, że w 5 minut nie przystosuję się do takich upałów. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że prawdziwy Afrykanin też narzeka z powodu tego gorąca :D Czyli nie jest ze mną tak źle :)))) Miałam ambitny plan rozpocząć naukę na egzamin, który mam za 6 dni, ale chyba ta temperatura i niemożność skupienia się mnie usprawiedliwia, czyż nie? Bartulek, niczym Mama, marudził z powodu pogody, a ja z całych sił starałam się mu ulżyć w tych męczarniach. Była kąpiel, pan Cycuś razy milion oraz woda źródlana (poprawka ;)) gotowana, a wczoraj nawet pierwszy w życiu soczek jabłkowy! Pociesza mnie fakt, że podobno jutro ma być chłodniej :) Can't wait. Większą część dnia spędziliśmy na balkoniku, oczywiście do czasu aż słońce sobie o nas "przypomniało". A oto widok, który cieszył nasze oczka - kiście, jeszcze niedojrzałego (kilka jest już prawie, prawie :D) winogronu :P Hihi, moje prywatne tropiki ;))))


A teraz Wam coś opowiem. Jest godzina mniej więcej 3 w nocy. Wybudzam się ze snu w celu nakarmienia Bartulka. Zazwyczaj to on mnie budzi swoim stękaniem, ale w dniu dzisiejszym, o dziwo, sama się przebudziłam, zapewne z powodu gorąca. Zaspana zerkam w bok na miejsce, w którym śpi Synek, patrzę... patrzę i normalnie nie dowierzam. Można nawet rzec, że przecieram oczy w celu uzyskania wyraźniejszego obrazu, ale ten się nie zmienia. Co widzę? Otóż mój Syn pierworodny, najukochańszy leży na brzuchu (po ostatnim karmieniu Mąż położył go na boku, jak zawsze zresztą), podpiera się na ramionach i tak "wisi" w powietrzu, po czym upada na twarzy i zasypia w takiej pozycji. Zdziwiona tym widokiem odwracam go z powrotem na plecki, przyglądam się czy aby na pewno to mój Simba, gdy już mam pewność, że to mój Król sprawdzam czy wszystko z nim ok. Syn nic sobie z tego nie robi, jakby to było najnormalniejszą czynnością w jego wykonaniu, chwyta mnie za bluzkę i wręcz wyrywa pana Cyca. Z niepewnością pytam Męża czy widział to co ja, czy wyobraźnia spłatała mi figla, ale Duża Czekoladka potwierdza moje opowieści. Coraz bardziej zachwyca mnie moja Czekoladka... Naprawdę. Spryciula jedna i kombinator. O kicaniu na kolanach Babcinych i Tacinych nawet nie wspominam. Podobno robi tak tylko u wybrańców (można się domyślić, że u mnie nie :P cóż... nie zasłużyłam, jestem tylko jadłodajnią ;)).
A jeśli już o jadłodajni piszę - proszę spojrzeć jaką niespodziankę zaserwowała mi dziś moja ukochana Mama. Dwa pstrągi tylko dla mnie. Uczta dla podniebienia. Mniaaaami! :)))))


Czy ja już wspominałam, że od jakiegoś czasu jem wszystko razy 2? Niestety mój brzuch zaczyna to zdradzać, ku mojej rozpaczy. Czas się wziąć za siebie? Mąż twierdzi, że świruję jak zawsze, a nawet strzelił mi dziś komplement ni z tego, ni z owego, że jestem najpiękniejszą kobietą na świecie i że ma gust haha :D

***
Przypominam o konkursie KLIK

PS. Tytuł (a właściwie piosenka) od kilku dni chodził/a mi po głowie. Kto był zuchem/harcerzem, może kojarzyć ją ze spotkań harcerskich ;p Ach, Przypomniały mi się te czasy hehehe.

***

środa, 19 stycznia 2011

...bo nic nie działa jak czerwona sukienka :P

A dokładniej tunika. Dzisiaj postanowiłam urozmaicić swój strój ciążowy i założyłam sobie czerwoną tuniczkę ;p Nie wiem dlaczego, ale do tej pory (odkąd jestem w ciąży) główne kolory mojego ubioru to: czarny i szary. Hola hola. Przecież to stan błogosławiony a nie żałoba! Trzeba się cieszyć, że nosi się w sobie najpiękniejszy dar i pokazywać to światu :))) Dlatego dzisiaj postanowiłam zaszaleć i "przywdziałam" czerwony, dłuższy golfik, który słodko eksponował mieszkanko Mojej Czekoladki :) I o dziwo, od razu humorek mi się poprawił. Do tego dobra nuta w słuchawkach i nastrój o niebo lepszy niż wczoraj. :))) 
Na uczelni pozbierałam resztę wpisów, pani od angielskiego zaproponowała mi fajną opcję zaliczenia 2 semestru. Mianowicie rzuciła pomysł, że mogę sobie w czasie ferii zaliczyć dwa unity, napiszę dwa kolokwia i będę miała semestr z głowy. Wtedy nie będę musiała o tym myśleć po porodzie, tylko będę mogła się skupić na Synku. :)) Jeszcze wczoraj pisałam, że wykładowcy nie idą mi na rękę, a tu taka niespodzianka. Oczywiście zamierzam skorzystać. Jak tylko uporam się z sesją, zabieram się za angielski :) W końcu mój A. może mi pomóc jakbym czegoś nie rozumiała (chociaż wątpię, że będzie coś takiego bo książka jest dosyć łatwa). Zaliczę sobie te testy i będę miała jeden przedmiot z głowy, a tym samym wolne wtorki dla mojego SYNUSIA :)))) To był pierwszy pozytywny element dnia. Następny to niespodziewane spotkanie z moim Ukochanym :))) Postanowiliśmy dzisiaj przejść się do Sądu w sprawie naszych dokumentów ślubnych :P Hehehehe może nie będę się błaźnić i pisać, że był to mój pierwszy raz w sądzie ;p Normalnie to miejsce robi wrażenie. Ta policja, ochrona, prawnicy :D Czuje się klimat ;p Do tego bramka do wykrywania metali :D Pani z ochrony sama powiedziała, że nie muszę przez nią przechodzić (rany, ja nawet nie wpadłam na to, że przecież jestem w ciąży i to jest szkodliwe dla Dziecka!). W przyszłym tygodniu idziemy do Sędziny na rozmowę i czekamy na decyzję, oczywiście pozytywną ;p Trzymajcie kciuki. Musi się udać. Hihihi. Ja już szukam wzorów obrączek. (nigdy nie myślałam, że ślub z obcokrajowcem to taka skomplikowana sprawa oO). Następnie zameldowaliśmy mojego A. i poszliśmy na spacerek :))) Ach. Brakowało mi tego :) Zrobiliśmy spory kawałek, zahaczyliśmy o galerię, a potem spokojna przechadzka nad Wisłą :))) Piękna sprawa. Wstąpiliśmy też do "naszej" knajpki (jak dobrze, że ktoś wprowadził zakaz palenia w lokalach! dzięki Ci człowieku!), A. wypił piwko, ja wypiłam herbatkę i zjadłam gratisową szarlotkę. :))) Tego mi było trzeba. Właśnie takiego pozytywnego dnia. Ja, On i Nasz Synek :) i nikt więcej nie był potrzebny. :)))) Moi Kochani Mężczyźni. Synek kopał sobie w najlepsze, A. napawał się kuksańcami, a mi banan nie schodził z twarzy :))) Dla takich chwil warto żyć.

Mam nowy plan na 2 semestr. Zajęcia fizyczne na nowy semestr - gry i zabawy oraz sporty walki. Jak mi ktoś tylko podskoczy to go "obsikam" mlekiem z cyca :D A więc, strzeżcie się :D

http://kulturystyka.pl/
***
Aktywność fizyczna:
~rowerek stacjo - 21 km v
~dłuuuuugi spacerek v
~pilates v
~wymachy nóg v













hahaha na koniec najlepsze <3
(każde Kenya zamieniamy na Tanzania ;)))
***
ajajaja. ależ mi po głowie chodzą krówki. takie słodziutkie i ciągnące się. mniamiii.

http://swiatslodyczy.blox.pl/
***
Nadrabiam zabawy. :P Dzisiaj bawię się dzięki http://dziecko-w-drodze.blog.onet.pl/
4 seriale/programy, które oglądam: Na Wspólnej, DDTVN, hehe Fakty, wcześniej Majkę (tylko z powodu mojego pięknego Krakowa)
4 rzeczy, które mnie pasjonują: góry, Afryka, mój A. i Synek (ok, może to nie rzeczy, ale pasjonują ;p), jedzenie (mniami - ugaliii)
4 sformułowania/słowa, które często mówię: generalnie, w ogóle, masakra, "Nie od razu Rzym zbudowano"
4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości: jak masz coś zrobić, to lepiej zrób to sam, "Boże, chroń mnie od przyjaciół moich, z wrogami sama dam sobie radę", pozory mylą, fryzura, która mi się podoba, nigdy nie będzie fajnie wyglądać na moich włosach (więc nie idź do cholery do fryzjera!)
4 miejsca, do których chciałabym pojechać: Tanzania (bez dwóch zdań), Tanzania (oops, to już było?), USA, Wielka Brytania.
4 rzeczy na mojej liście pragnień: bezproblemowo urodzić Synka, poślubić moją Ukochaną Dużą Czekoladkę, poznać moją tanzańską rodzinę, zaliczyć tą przeklętą sesję.

***