Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

Bye, bye maszkaro :-)

Ufff. Dla większości ludzi ubiegły tydzień zakończył się normalnie w niedzielę, ale nie dla naszej czekoladowej rodzinki. Na szczęście i my doczekaliśmy się końca tego szalonego tygodnia. Jego zwieńczeniem była dzisiejsza ostatnia (mam taką nadzieję) w tym roku wizyta u lekarza. Teraz małe wytłumaczenie - wszystkie te wizyty lekarskie, które tak co jakiś czas opisuję związane są z kontrolą po szpitalu, w którym wylądowaliśmy 15kwietnia. Od tamtej pory odgórnie jesteśmy objęci opieką neurologa oraz neonatologa, w poradniach przyszpitalnych w celach kontrolnych. Szczerze? Nie narzekamy z tego tytułu, a nawet mogę napisać, że jesteśmy zadowoleni, gdyż mamy pod stałym nadzorem rozwój naszego Czekoladowego Szczęścia. Mało, które dziecko jest tak osłuchane i przebadane jak nasz Bąbelek. Ma to swoje plusy i minusy, chociaż widzę więcej tych pierwszych. No, ale do rzeczy. W dniu dzisiejszym miało miejsce trzecie (na szczęście już ostatnie) usg przezciemiączkowe. Było to badanie kontrolne, mające za zadanie ocenienie torbielki, którą wykryto u Czekoladki w wieku 6 tygodni. W tamtym czasie miała ona wielkość 4mm, potem zmniejszyła się do 3, a dzisiaj, ku naszej olbrzymiej radości, wchłonęła się całkowicie. Lekarze mówią, że wiele dzieci ma takie malutkie torbielki w mózgu, ale nie bada się ich tak często, więc rodzice nawet nie wiedzą o ich istnieniu, gdyż nie ma ona żadnego wpływu na rozwój i życie dziecka. My dowiedzieliśmy się o niej zupełnie przypadkowo na badaniu zleconym w szpitalu. Na szczęście ten temat jest dla nas już przeszłością. Zwalczyliśmy torbielko-maszkaradę i co oczywiste, nawet za nią nie tęsknimy :D. W poczekalni przed badaniem usg największą frajdą dla Bobusia było bieganie w tą i z powrotem. Nie ma się co dziwić, że zgromadzeni ludzie z niedowierzaniem patrzyli na mnie, jak mówiłam im, że on nie ma wmawianych mi 9 miesięcy, baaa, nawet 7 miesięcy jeszcze nie przeskoczyliśmy... No cóż. Taki już jest Bartek :] Po wykonanym badaniu z masą żelu na włoskach, udaliśmy się na wizytę do pani neonatolog, by przekazać jej radosną nowinę :) Grzecznie czekaliśmy na swoją kolej siedząc na krzesełkach w poczekalni  (of course asekurowani przez Babcię ;)) jak prawdziwi gentlemani, bawiąc się grzechotką :) Ooo... właśnie tak:


Po zbadaniu przez panią doktor, otrzymaliśmy kolejną dawkę dobrych wiadomości - Czekoladka rośnie jak na drożdżach, znajduje się pomiędzy 10 a 25 centylem, co w porównaniu z poprzednimi wynikami jest super informacją. Ważymy teraz 7860g (na wadze w naszej przychodni na 100% więcej, zauważyłam pewne odchylenia pomiędzy wagami), podczas pociągnięcia za rączki nie siadamy a stajemy, czym wprawiliśmy w osłupienie panią doktor oraz, co najważniejsze, rozwijamy się bajkowo. Wiem, że powtarzam to bardzo często, ale naprawdę są to ważne dla mnie informacje. Jest to swego rodzaju miód na moje serce. Wystarczy mi złych newsów i szpitali do końca życia ;))) Powiem Wam, że dopiero w takich szpitalach człowiek napatrzy się na różne ludzkie tragedie i jeszcze bardziej zaczyna się doceniać, że ma się zdrowe dziecko. Ja dodatkowo po takich wizytach rozpamiętuje zasłyszane historie i zastanawiam się jak potoczą się dalsze losy tych ludzi...

A teraz troszkę inna sprawa. Żeby nie być gołosłownym i nie być posądzonym o niedotrzymywanie słowa, to wrzucam obiecane fotki biegającego Bartulka w jego superhipertadidaskach (nie wiecie jak można zmniejszyć i wrzucić filmik na youtube? bo niestety na fotkach nie da się uchwycić samego pomykania i wygląda na to, że Czekoladka tylko stoi w miejscu).


A tutaj przedstawiam Wam obiecane udogodnienia dla rodziców w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie i Przyszpitalnej Poradni (nie ma to jak bawić się w paparazzi na korytarzu :p)


Przewijak z informacją, której powiększenie znajduje się poniżej:


oraz "świat zabawek" dla najmłodszych pacjentów:


Dodatkowo ściany w poradni udekorowane są licznymi zdjęciami Mam i dzieci z różnych stron świata (ale nie chciałam już przesadzać z fotografowaniem tego miejsca). Fotki na ścianach są miłym urozmaiceniem nudnego oczekiwania na wejście do gabinetu lekarskiego, Bartulek uwielbia je oglądać. W poradni znajdują się również kanapy, na których śmiało można nakarmić dziecko (Bartulek podczas karmienia zadowolony zza ramienia Mamy wygląda przez znajdujące się tam wielkie okno), TV dla dzieciaczków oraz komputer z dostępem do Internetu :) Chyba o niczym nie zapomniałam hmmm... Tak oto wyglądał mój pierwszy dzień "na uczelni".

Zapomniałam dopisać, że pani neonatolog zaleciła nam wprowadzanie żółtka do Czekoladowego jadłospisu. Tak więc - Kury i jaja! Strzeżcie się, bo nadciągamy :D:D:D

***

poniedziałek, 19 września 2011

Wehikuł czasu.

Zastanawiałyście się kiedyś co słychać u "koleżanek z porodówki"? Bo ja nie raz. Wiele razy żałowałam, że nie wzięłam żadnych namiarów do dziewczyn, z którymi leżałam na sali poporodowej. Naprawdę się z nimi zżyłam. Być może dlatego, że nie spędziłam z nimi tylko dwóch dób, los zadecydował, że każda z nas miała inne powody by zostać tam dłużej. Chcąc nie chcąc musiałyśmy się zakolegować. Szczególnie w pamięci zapadły mi dziewczyny z pierwszej "zmiany" (niestety musiałam zostać w szpitalu cały tydzień, więc miałam okazję pożegnać dziewczyny, z którymi rodziłam i powitać nowe położnice). Z jedną z poporodowych koleżanek miałam okazję spotkać się kilka miesięcy temu, o zgrozo, znowu w szpitalu. Zarówno dla mnie, jak i dla niej nie było to wymarzone miejsce do spotkania, ale nie ukrywam, że miło było się dowiedzieć co słychać u niej i u jej córeczki. Z drugą udało mi się spotkać przypadkiem na spacerku z wózeczkiem. Ale po głowie wciąż chodziła mi Wiola, która urodziła godzinę po mnie i z niecierpliwością czekała na "moją" salę rodzinną (jak sama stwierdziła, moje krzyki nie zachęcały ją do porodu :P). Jak się okazało po czasie, nie była w stanie już do niej dojść... Obie przeżyłyśmy bardzo ciężkie chwile na porodówce, na sali wspólnie wspierałyśmy się w chwilowych załamaniach oraz radziłyśmy sobie jak postępować w nawałach pokarmu. Muszę przyznać, że nieświadomie zżyłam się z nią i było mi bardzo przykro, gdy wypisano ją do domu. Z jednej strony cieszyłam się, że doszła do siebie, a z drugiej poczułam się jeszcze bardziej samotna w tym nieprzyjaznym szpitalnym świecie. I pomyśleć, że teraz, 6 miesięcy później, rejestrując Czekoladkę do laryngologa na wizytę, z tyłu słyszę swoje imię i widzę dobrze znaną mi postać. Co prawda, nie miała na sobie koszuli nocnej hehe i twarz zdobił makijaż, ale i tak udało mi się rozpoznać któż to mnie woła. Powiem Wam, że poczułam jakbym wsiadła do wehikułu czasu i przeniosła się znowu do 7 marca 2011. Znowu rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, oczywiście nie ukrywam, że głównym tematem były nasze dzieciaczki, ale to chyba zrozumiałe. Niesamowite jak nasze Szkraby urosły, Bartul nawet przegonił Szymusia w kilogramach :] Co smutne, okazało się, że praktycznie w tym samym czasie przeżywałyśmy podobne tragedie i rozterki - szpital, niepewność, łzy, kłopoty ze zdrowiem dzieciaczków. Rany. Jakie to wszystko jest dziwne. Trzy spośród nas czterech leżących na jednej sali wylądowałyśmy z dziećmi w szpitalu (czwarta w sumie też, ale z drugą córeczką). Wiola sama nie mogła uwierzyć, że i nam przytrafiło się coś tak strasznego. Sama przyznała, że po powrocie do domu dużo o nas myślała, nawet w albumie swojego Szymusia napisała o czekoladowym koledze z porodówki. Długo szukała kontaktu na portalach społecznościowych, ale nie mogła nas znaleźć. A tu dziwnym trafem wpadamy na siebie w kolejce do laryngologa. Jaki ten świat jest mały :) Oczywiście nie omieszkałam wymienić się numerami kontaktowymi, żeby w każdej chwili móc wysłać smsa i dowiedzieć się do słychać u kolegi Czekoladki :) W ogóle ostatnio dużo rozmyślam również o dziewczynach ze szpitala w Krakowie i zastanawiam się jak potoczyły się ich losy. Być może i tym razem uda nam się porozmawiać gdzieś przypadkiem. Kto wie :)? Ciekawi mnie czy Wy też myślicie czasem o osobach, które spotkałyście przypadkowo? Czy tylko ja jestem taka sentymentalna?

  /Rączka Babci i Małej, kilkudniowej Czekoladki/

A jeśli już piszę o laryngologu, to powiem Wam, że Czekoladka chyba opanowała do perfekcji zaskakiwanie mnie i Babci. Bo wyobraźcie sobie, że mój Krzykacz kochany usnął na chwilę przed wejściem do lekarza, dał się zbadać na śpiącego, nie zwracał uwagi na wkładane przedmioty do ucha, nosa i gardła. A pomyśleć, że w domu wszyscy muszą chodzić na paluszkach, żeby nie zbudzić Króla, a tutaj takie rzeczy się wyprawiały, a Simba nawet nie drgnął. To jest dopiero krętacz ;p I tak oto minęła nam wizyta u lekarza. Wyniki badań - zero niepokojących zmian. Jak to pani laryngolog stwierdziła - piękny nosek, uszka i gardełko :) Niah, niah. Kolejny specjalista zaliczony i kolejne dobre newsy. Dzięki Ci Panie ;)))) Jestem spokojniejsza :)))

***

sobota, 23 kwietnia 2011

Hospitali part 2.

Jak wspomniałam w ostatnim wpisie, w piątek ok. godziny 11 zapadła decyzja o przewiezieniu mnie i Małej Czekoladki do szpitala w Krakowie w celu zrobienia bardziej specjalistycznych badań wykluczających lub potwierdzających podejrzenie ataków padaczki. Dosłownie w 20ścia minut zebrałam wszystkie rzeczy ze słonikowego pokoiku i gotowa do podróży udałam się na dół do czekającej na nas karetki. Podróż dłużyła mi się niesamowicie, a we znaki dawała się drętwiejąca ręka od trzymania Bartusia. Grubo ponad godzinę później znaleźliśmy się w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, gdzie już czekali na nas ludzie. Po ciągnących się formalnościach przyszedł czas na krótkie badanie Synka, a następnie przydzielenie łóżka Bobusiowi. Czekoladka po tych wszystkich ekscesach zapadła w głęboki sen, a ja tradycyjnie przypatrywałam się unoszącej się koszuli (jeszcze wtedy nie uspokajał mnie podłączony aparat od saturacji). Chwilkę później, wraz z A. zostaliśmy wystawieni na nie lada próbę - wybudzenie Czekoladki i niepozwolenie jej ponownie usnąć. Pierwsze 30 min poszło nam gładko... ale już kolejna godzina wymagała od nas nadprzyrodzonych umiejętności. Jak na początku wystarczyło wkładać i wyciągać smoczka z buziaczka Syneczka, tak potem trzeba było się uciec do dotykania Czekoladowej twarzy chłodną wodą, podskakiwanie, strojenie min i uwaga, uwaga - ciągnięcie za nos (nie przez nas, a przez panią pielęgniarkę hehehe). A wszystko to przez badania EEG mózgu, na którym dopiero Bartuś mógł zapaść w głęboki sen. Samo badanie przebiegałoby dosyć sprawnie gdyby nie etap podpinania elektrod do czuprynki Bartulka. Lekarka podobno nieźle narzekała do pani neurolog na bujną czuprynkę Czekoladki hehehehe, swoją drogą, moja łopatka też (przez trudności z umieszczeniem elektrod na głowie Synka spędziliśmy tam godzinę dłużej, a co za tym idzie, godzinę dłużej trzymałam Czekoladkę na rękach). Po ok. 2h powróciliśmy z mega nażelowanym Czekoladowym Przystojniakiem do Dużej Czekoladki i w końcu spokojnie mogliśmy odpocząć (z małym przerywnikiem zamiany sali, wynikającej z tego, iż położono nas na początku na sali noworodków, a przecież Bobuś to już "duźy chop" i niemowlakiem się tytułuje, co nie? :)) Szczerze, ta zmiana okazała się strzałem w 10 (o ile można tak mówić w kwestii szpitalnej), ale trafiłam do naprawdę super dziewczyn (trzymam za Was mocno kciuki, jesteście najdzielniejsze i pokazujecie to każdego dnia :)). Na noc Bartusiowi podłączono aparat kontrolujący saturację, więc byłam odrobinę spokojniejsza i nie spędziłam całej nocy nad łóżkiem dziecka obserwując jego koszulkę. W kolejnych dniach robione były między innymi: usg przedciemiączkowe, usg brzuszka, rtg klatki piersiowej, morfologia, jonogram, biochemia, badanie moczu oraz konsultacja neurologiczna. Wszystkie badania nie wykazały niepokojących zmian, EEG wyszło bez zarzutu, także padaczka została wykluczona, a więc dalej nie było przyczyny występujących bezdechów. Na badaniu przeciemiączkowym ukazała się torbielka wielkości 4mm, którą należy obserwować. Najprawdopodobniej jest ona skutkiem niedotlenienia po bezdechu, ale pewności nie ma. Może ona być równie dobrze po niedotlenieniu poporodowym (co prawda na usg po porodzie nic nie wyszło, ale badanie robione było u mnie w szpitalu, więc pewności nie mam). Wypisano nas w poniedziałek z taką diagnozą - "najprawdopodobniej przyczyną bezdechów była cofająca się treść pokarmowa, która drażniła przełyk tym samym utrudniała prawidłowy oddech". Jako zalecenie do domu dostaliśmy używanie zagęszczacza pokarmu przed każdym karmieniem oraz pozycja antyrefluksowa (układanie na bokach pod kątem 45stopni). Dostaliśmy skierowanie do poradni neurologicznej oraz poradni wad rozwoju, by kontrolować stan torbielki (uspokojono mnie, że nie jest to nic groźnego, torbiel zazwyczaj sama się wchłania i nie ma wpływu na rozwój Synka). O dziwo, pobyt w szpitalu wspominam dosyć dobrze, tzn. w szpitalu w Krakowie. Miejsce to zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, nie mogłam wyjść z podziwu nad profesjonalizmem personelu i sterylnością wnętrza. W dużej mierze miało na to wpływ higiena oraz towarzystwo. Dziewczyny, z którymi spędziłam te 4 dni, pomimo takich doświadczeń życiowych były naprawdę pełne wiary i wewnętrznej nadziei. Nie ma chwili, żebym nie pomyślała o Sebastianku czy o Dawidku. Jestem przekonana, że dadzą sobie radę i wyjdą szybciutko do domku pełni zdrowia i wigoru (Sebastian od początku życia nie opuścił szpitala :(). My z przygodami samochodowymi wróciliśmy do domku w poniedziałkowy wieczór. Nie napiszę, że wyszłam spokojniejsza, bo diagnoza nie została postawiona jednoznacznie, ale jestem bogatsza o nowe doświadczenia i informacje odnośnie stanu zdrowia Bartusia. Nie zapeszając odkąd wróciliśmy ze szpitala Synek mniej ulewa, mniej się krztusi i co najważniejsze nie miał bezdechów, jednakże dla świętego spokoju we wtorek zakupuję monitor oddechu (dzięki pomocy Magdy :*), żeby w końcu móc bez wyrzutów sumienia oddać się w 3godzinne objęcia Morfeusza.

PS. W najbliższych notkach napiszę o tym jak sobie radzić z bezdechem i zakrztuszeniem (informacje ze szpitali).

A oto przyjaciel mojego Synka, który robił furorę w szpitalu ("Wnuczku oddaj pana Pingwina", "Chciałam mu w nocy podać smoczka, ale nie mogłam znaleźć tego pana Bociana czy tam Pingwina")


***

piątek, 22 kwietnia 2011

Hospitali part 1.

Ten wpis się Wam należy. Tak dużo ciepłych słów wsparcia napłynęło do mnie pod ostatnimi wpisami, że egoistycznym by było nie napisać, co się działo ze mną i Czekoladką przez ostatni tydzień. A więc zaczynam wszystko od początku. Jak można było przeczytać w tym wpisie, pełna nadziei i radości powróciłam do domku ze szpitala w środowe popołudnie. Jednak moje szczęście nie trwało za długo. Wpis zrobiłam dokładnie w czwartkowy poranek, a kilka godzin później jechałam w karetce z Czekoladką na rękach. Dobra, ale do rzeczy.
Razem z Mamą przebrałyśmy Synka w piękną seledynkową bluzeczkę w paski, która idealnie współgrała z ciemną karnacją Czekoladki. Nie mogłam wyjść z zachwytu jak cudownie prezentowała się ona na ciele Bartusia. Stwierdziłyśmy z Mamą, że będzie się godnie prezentował na przyjazd Dużej Czekoladki. Jako, że zbliżała się pora karmienia to Pan Cyc wyskoczył z ciepłego staniczka i uraczył ciepłym mleczkiem usteczka Bartulka. Ja, jak to ja nie mogąc wyjść z zachwytu nad pięknością swojego dziecka, czym prędzej wzięłam aparat w swoje dłonie i bawiąc się w paparazzi zrobiłam super intymną sesję mojemu seledynowemu Maluszkowi (btw - teraz nie lubię tych fotek, tak samo jak i seledynowej bluzeczki). Chwilkę później poprosiłam Czekoladową Babcię o pomoc w wyrzuceniu niedobrych beków z brzuszka Bartusia (oczywiście dalej bawiłam się w paparazzi). Ułamki sekund później zaczęło się najgorsze. Krzyk, wrzask, klepanie po pleckach, chwilowy płacz Bobusia, który za chwilkę gdzieś się ulatniał, wołanie o pomoc, szukanie komórki, trudność z wybraniem numeru, niekończące się słowa automatycznej sekretarki "Rozmowa jest kontrolowana, wszystko co powiesz jest nagrywane", by w końcu usłyszeć "Karetka już jedzie". Chyba nie muszę pisać, że czekanie na nią było wiecznością. Wycie syreny rozbijało się wśród bloków skutecznie mnie myląc. Moje serce nie dawało rady, ręce trzęsły mi się jak nigdy w życiu, nogi kazały biec w bliżej nieznanym kierunku, by za chwilkę pobiec do ekipy ratunkowej. Wszyscy wbiegliśmy do mieszkania, w którym już słyszeliśmy przestraszony płacz Czekoladki (Mamo, po raz kolejny dziękuję Ci, że uratowałaś życie mojemu Synowi). Ratownicy medyczni z uśmiechem (!) na twarzy zaczęli sobie żartować z całej sytuacji. Potraktowali nas jak totalne panikary. Jak kogoś kto robi sobie jaja ze służby zdrowia. Co prawda osłuchali Synka, ale stwierdzili, że nie wiedzą co mają z nami zrobić, bo dziecko normalnie oddycha, po czym wyszli. Wtedy wszystko we mnie pękło, rozkleiłam się jak mało kiedy. Przytuliłam się do mojej Mamy, wzięłam Synka do drugiego pokoju i uspokojonego położyłam na boku na wyższej poduszce. Kilkanaście minut później sytuacja zatoczyła koło. Znowu krzyk, telefon na pogotowie, totalna zlewka dyspozytorki "Przecież Pani już dzwoniła. Panie doktorze, ta pani znowu dzwoni", po czym nastąpiła konwersacja z lekarzem (Boże, czy w tym momencie najważniejsze było to czy dzwonię po raz drugi, czy to, że mój Syn nie oddycha?). "No dobra, przyjedziemy" - tym razem zero syreny, zero pośpiechu, totalny luzik - oczywiście ze strony ratowników. Nie będę ukrywać, że nie zostawimy tego bez echa. Nie pozwolę, żeby ktoś zachowywał się tak w stosunku do osób, które walczą o życie najukochańszej osoby. Zapadła decyzja - dwa razy wezwanie, a więc jedziemy do szpitala na obserwację. Kamień z serca. W końcu jakieś kroki. Chwilę później siedziałam już dokładnie w tym samym słonikowym pokoju, z którego wyszłam dzień wcześniej, z tą różnicą, że teraz miałam "współlokatorów". Noc spędziłam wpatrując się w śpiącą Czekoladkę, obserwując róg podnoszącej się od oddechu koszuli. Była to najdłuższa i najbardziej stresująca noc w moim życiu. Każde karmienie wiązało się z bólem żołądka od nerwów. Z utęsknieniem wyczekiwałam godziny 6, gdy Czekoladowa Babcia przyjdzie i wesprze mnie w tych ciężkich chwilach... Pięć godzin później jechaliśmy karetką (ja z Synkiem w karetce, moja Mama z A. samochodem za karetką) do Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego im. św. Ludwika w Krakowie. 

cdn (nie mam na razie sił na dalszą część, ale obiecuję, że wkrótce dokończę jak potoczyły się nasze szpitalne losy).


***

czwartek, 21 kwietnia 2011

Pierwszy Czekoladowy Uśmiech.

Wiem, że ten wpis powinien być postem wyjaśniającym ostatnie zdarzenia, ale na razie nie mam siły do tego wracać, tym samym opisywać tego. Ostatnimi czasy spotkało mnie coś pięknego, co troszkę przyćmiło złe wspomnienia minionego tygodnia. Mianowicie 19 kwietnia 2011, mój Synek po raz pierwszy świadomie uśmiechnął się do mnie. Co prawda, nie byłam pewna czy to naprawdę był uśmiech czy tylko moja wyobraźnia spłatała mi figla, ale po wczorajszym dniu jestem pewna, że moja Czekoladka uraczyła mnie swoim pięknym bezzębnym uśmiechem właśnie we wtorkowe popołudnie. To cudowne wydarzenie miało miejsce podczas tzw. aktywnych chwil mojego Dziecka. Bobuś leżał sobie na łóżku w pozycji bezpiecznej (zaleconej w szpitalu) i rozglądał się po pokoju, raz po raz gulgając sobie w najlepsze (aguuuu.... :D). W pewnym momencie Czekoladka skupiła swoje oczka na mojej osobie i wykrzywiła usteczka w coś na kształt uśmiechu. Moim oczom ukazały się piękne różowiutkie dziąsełka oraz piękne "uśmiechnięte" czarne oczka :) Po prostu widok nie z tej ziemi. Nie będę ukrywać, że zacieszałam jak ktoś głupi ;p Nie omieszkałam zawiadomić o tym całej rodziny hehe, chociaż do końca nie byłam pewna, czy to była jawa czy sen (szpitalne noce dały mi się bardzo we znaki). Potwierdzenie otrzymałam dzień później, gdy Synek uśmiechnął się do mnie po raz drugi przy mojej Mamie (teraz robi to coraz częściej :)). Wtedy miałam kolejny dowód na to, że mój Synuś rozwija się prawidłowo (przeczytałam, że pierwszy świadomy uśmiech dziecka pojawia się pomiędzy 6, a 8 tyg. życia). Nie będę ściemniać - pękam z dumy, że byłam pierwszą osobą, którą Bartuś obdarzył uśmiechem :) Chwilę później ten zaszczyt spotkał Czekoladową Babcię. Ach. Nie ma nic piękniejszego niż możliwość obserwowania jak rozwija się taka mała Istotka... Moje serce się raduje na widok tej uśmiechniętej twarzyczki, wszystkie złe wspomnienia uciekają wtedy gdzieś hen daleko. Dziękuję Ci Synku za to, że jesteś i wypełniasz moje życie nieopisaną radością. Kocham Cię.

***
Obiecuję, że wkrótce umieszczę notkę o szpitalu oraz informacje tam zdobyte nt. jak postępować w przypadku bezdechu lub zakrztuszenia. Dajcie mi tylko chwilę (ostatnio walczymy z dziennymi kolkami Synka, więc ciężko mi tu coś naskrobać). Delicol poszedł w odstawkę ze strachu przed zachłyśnięciem... ale rozważam powrót do niego. Muszę to przemyśleć.

***
Dziewczyny, jeszcze prośba do Was. Czy któraś z Was kupowała dla swojego dziecka monitor oddechu tzw. aniołka (np. angelcare)? Rozważam zakup tego urządzenia z racji występowania bezdechów u Bartusia, ale za bardzo nie wiem czym się kierować przy wyborze tego cudeńka. Proszę o porady w komentarzach, z góry dziękuję :)

***

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Once again.

Nie było mnie tutaj z tego samego powodu co we wcześniejszej notce. Nie mam siły dziś na obszerniejszy wpis. Wróciliśmy dziś do domu ze szpitala specjalistycznego w Krakowie. Mam dość. :(


***

czwartek, 14 kwietnia 2011

Szpital.

Czas się w końcu odezwać. Wyjątkowo brak wpisów nie był spowodowany brakiem sił czy chęci, a zwyczajnym brakiem dostępu do komputera/internetu. Od poniedziałku do wczoraj byliśmy z Bartulkiem na oddziale dziecięcym w szpitalu w moim mieście (tak wiem... miałam już tam nie wrócić, widzicie jaki ten los jest przewrotny?). Synek napędził wszystkim niezłego stracha, największego mojej ukochanej Mamie, która nota bene jest moim bohaterem (dzięki jej reakcji Bartulek szybko odzyskał oddech i nie doszło do komplikacji, ale jak to sam lekarz powiedział, każdy taki przypadek powinien mieć swój finał w szpitalu - na obserwacji). Po godzinie 15stej w poniedziałek Czekoladka została przewieziona karetką do szpitala po zachłyśnięciu się mleczkiem z butelki (po obserwacji zachłyśnięcie okazało się przykrztuszeniem z bezdechem). Wybaczcie, ale na razie nie mam siły wracać do tego z powrotem, dlatego wpis będzie zdawkowy. Chciałam tylko, żebyście wiedziały co jest przyczyną zastoju na blogu. Na szczęście po tych dwóch dobach mogę napisać, że Synulek jest zdrowy, radosny i znowu kochanie złośliwy. Wyniki wyszły dobre, Synek ładnie przybiera na wadze (waży już 4140 g :)), sama obserwacja przebiegła bez zastrzeżeń (poza incydentem z ponownym zakrztuszeniem, tym razem z mojej piersi). Z bagażem nowych informacji, które mają nam pomóc uniknąć w przyszłości takich sytuacji powróciliśmy do domku. Oczywiście wymagana jest nasza dalsza już domowa obserwacja, gdyż bardzo często zachłyśnięcie może prowadzić do zapalenia płuc (kilku lekarzy osłuchało Synka i każdy podkreślał, że nic tam niepokojącego nie słychać, ale lepiej wszystko mieć pod kontrolą).  Najbardziej martwi mnie to, że ja, rodzona matka Bartusia, nic nie przeczuwałam jadąc do domku z uczelni. Nic. A podobno matki wyczuwają, gdy coś złego się dzieje z ich dzieckiem. A ja co? Nico. Synek jechał mi na sygnale do szpitala, a ja w najlepsze śmiałam się do słuchawki rozmawiając z Dużą Czekoladką. Ech. Jakie to szczęście, że w domku był mój tata i mama. Nie mogę znaleźć słów, które by wyraziły moją wdzięczność tym dwóm kochanym osobom. Panie... czuwaj nad moim Synkiem i nie doświadczaj nas już w ten sposób. Proszę Cię.

Swoją drogą po tym incydencie wiem na kim mogę polegać. Jakież prawdziwe staje się przysłowie: "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie". 

Tymczasem idę obsypać całusami moją śpiącą Czekoladką :*

***
Aktywność fizyczna: (wczoraj i dziś, pon i wt. - brak ćwiczeń)
rowerek stacjonarny - 40 min v

***

wtorek, 21 grudnia 2010

Torbowy niezbędnik Mamy :)

Jakiś czas temu zamieściłam tutaj listę niezbędnych rzeczy dla Dziecka. Dostałam mnóstwo przydatnych rad, komentarzy i wskazówek, co jeszcze dopisać do swojej listy, a co mogę sobie podarować. Za wszystkie bardzo dziękuję, znowu okazałyście się wielkie :) i to nie przez brzuszki ciążowe :) Asante sana! :*
Jako, że myślami jestem coraz bliżej porodu to dzisiaj postanowiłam posegregować sobie informacje związane z rzeczami potrzebnymi dla przyszłej Mamy. Postaram się tutaj umieścić prowizoryczną listę, którą stworzyłam na podstawie stron internetowych i forów nt. szpitala, w którym zamierzam rodzić. Jak zawsze liczę na Wasze rady, co jeszcze dodać, a co odjąć. Na kolor niebieski zaznaczam rzeczy, które polecają dziewczyny, które urodziły w moim szpitalu (nie mój wymysł hehe)

http://static2.medforum.pl/

TORBA DO SZPITALA:

Niezbędne dokumenty:
  • dowód tożsamości (np. dowód osobisty, paszport),
  • karta przebiegu ciąży,
  • ważne ubezpieczenie (np. ważna legitymacja ubezpieczeniowa lub rodzinna, zaświadczenie o opłacaniu składek zdrowotnych wydawane pracownikowi w zakładzie pracy, osobie bezrobotnej w Urzędzie Pracy, a osobom korzystającym ze świadczeń pomocy społecznej w Ośrodku Pomocy Społecznej lub umowa z Funduszem oraz potwierdzenie przekazania składki w przypadku osób pracujących na własny rachunek),
  • NIP pracodawcy lub NIP własny w przypadku prowadzenia własnej działalności gospodarczej.
Niezbędne oryginały wyników badań z okresu ciąży:
  • grupa krwi i RH z przeciwciałami odpornościowymi,
  • morfologia i badanie moczu z miesiąca poprzedzającego hospitalizację,
  • HBS Ag - ważne 3 miesiące lub szczepienie WZW,
  • WR - ważne 2 tygodnie,
  • wynik posiewu z przedsionka pochwy i/lub odbytu w kierunku Streptoccocus agalactiae,
  • wszystkie wyniki badań usg z obecnej ciąży,
  • inne istotne wyniki badań i/lub konsultacji, np. konsultacja kardiologiczna, okulistyczna czy ortopedyczna mogące mieć wpływ na postępowanie w trakcie porodu (podejmowanie decyzji o rodzaju znieczulenia czy wykonaniu cesarskiego cięcia).
 Niezbędnik Mamy:
  • szlafrok,
  • skarpetki,
  • klapki,
  • kapcie "Świnki" hehehe.
  • koszula do porodu
  • wygodna nocna bielizna umożliwiająca karmienie piersią - 3 sztuki,
  • stanik do karmienia piersią,
  • wkładki laktacyjne,
  • dwie - trzy paczki zwykłych, jednorazowych pieluch lub największych podpasek (np. Bella - 2opakowania)
  • podkłady poporodowe
  • kilka sztuk majtek jednorazowych (do kupienia w aptece) lub zwykłych (odpowiednio wysokich, które nie będą podrażniały ewentualnej rany po cesarskim cięciu),
  • przybory toaletowe, w tym dotychczas stosowany preparat do higieny intymnej ( zestaw Biały Jeleń, żel pod prysznic, płyn do sfer intymnych, Tantum Rosa - 5 saszetek, szczoteczka i pasta do zębów, szampon) jak również maszynka do golenia, która przyda się Mamom przyjętym do cesarskiego cięcia,
  • również kosmetyki do demakijażu i zmywacz do paznokci - podczas znieczulenia kolor skóry to dla anestezjologa źródło cennych informacji o naszym stanie,
  • dwa ręczniki (jeden kąpielowy i jeden zwykły) - ciemne kolory
  • ręczniki papierowe,
  • niegazowana woda mineralna,
  • telefon komórkowy lub karta do telefonu + ładowarka do telefonu
  • rzeczy bez których przyszła Mama nie wyobraża sobie pobytu w szpitalu (np. ulubiony kubek, książka, etc.).
  • pomadka do ust,
  • sztućce (łyżka, widelec, nóż, talerzyk) 
  • termometr
  • enema (lewatywa)
  • dmuchane koło do siedzenia 
  • gumka do włosów, drobne pieniądze
  • mała plastikowa buteleczka z dozownikiem do Tantum Rosy 
  • landrynki, cukierki, czekolada (żeby dodać sobie energii podczas porodu)

Dla Dziecka:
  • trzy cienkie bawełniane kaftaniki lub body,
  • trzy pary śpioszków lub 3 pajacyki,
  • dziesięć pieluszek tetrowych i paczka jednorazowych,
  • dwie bawełniane czapeczki bez wiązania + grubsza, 
  • rękawiczki dla Dziecka 
  • szaliczek (gdyby spadł śnieg)
  • dwie pary skarpetek,
  • kocyk lub śpiworek (rożek),
  • ręcznik,
  • mały jasiek przydatny przy karmieniu,
  • kosmetyki i preparaty (delikatny płyn do kąpieli dla dziecka, sól fizjologiczna w postaci sprayu lub ampułek do przemywania oczu i noska, specjalny roztwór spirytusu i waciki lub gotowe jednorazowe gaziki nasączone spirytusem do przemywania pępka, linomag, sudocrem, lantan, bepanthen lub inne tego typu - UWAGA! zasypki pudrowe nie są wskazane, ponieważ badania wykazały ich wpływ na powstawanie astmy i innych zaburzeń oddechowych u dzieci).
Nie należy zabierać ze sobą niczego do obcinania paznokci Dziecka, które przez kilka dni muszą odwarstwić się od naskórka opuszków. Poza tym wszelkie ranki powstałe wskutek obcinania Maleństwu mikroskopijnych paznokietków w szpitalnym otoczeniu mogą być niebezpieczne ze względu na zwiększone zagrożenie zakażenia.
Wszystkie rzeczy, nawet nowe, powinny zostać uprzednio wyprane w proszku lub płynie do prania dla dzieci.

Dla Taty (przy porodach rodzinnych)
  • wygodne ubranie na zmianę,
  • buty na zmianę (klapki lub kapcie),
  • coś do jedzenia,
  • aparat fotograficzny.


Polecam także ten artykuł Co-Cie-czeka-tuz-przed-porodem-KLIK :)

***
Hihihihi. Dobra passa Nas nie opuszcza :) Dzisiaj znowu udało nam się wygrać nagrodę w konkursie DDTVN :) Czyżbym nosiła Małego Szczęściarza pod sercem? Teraz czekamy na paczuszkę z ozdobą świąteczną z Osikowej Doliny. Naprawdę te ozdoby są przepiękne (przykładowa fotka poniżej), napaliłam się na nie, a tu proszę...
Jakby tego było mało to moja Mamusia też dzisiaj wygrała nagrodę w innym konkursie :) Gratuluję sobie i jej hehehe.  

www.osikowadolina.pl/
***
Pozdrawiam serdecznie Magbi77. Dużo zdrowia dla Was. Wiesz, że jesteś moim Świętym Mikołajem? Ale o tym wkrótce :* Teraz tylko chciałam napomknąć, że jesteś kochana :)))))))) Dziękuję.


***