Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mama na czasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mama na czasie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2011

Staś i Nel w baobabie mieszkali :) + wyniki konkursu :)

Cofnijmy się kilkanaście lat wstecz. Jesteśmy w 5 klasie szkoły podstawowej. W głowie wciąż mam pytanie z ostatniej kartkówki o drzewo, w którym zamieszkali Staś i Nel. Od tamtej pory zakodowane mam w głowie, że jest to ten przeklęty baobab. Wtedy jestem zła, że nie znam prawidłowej odpowiedzi. Dzień później nauczycielka języka polskiego zadaje nam naukę na pamięć wybranego fragmentu lektury "W pustyni i w puszczy". Wybieram tekst o malarii Nel, gdyż podczas czytania książki, ten fragment najbardziej utkwił mi w pamięci. Co ciekawe, do dnia dzisiejszego jestem w stanie wyrecytować wyuczone słowa (nie jest to cały wyuczony tekst ;)):  
"Nagle Nel siadła na posłaniu. 
- Stasiu!
- Jestem tu, Nel.
A ona, dygocząc jak liść na wietrze, poczęła szukać jego ręki i powtarzać śpiesznie raz po raz:
- Boję się, boję się! daj mi rękę!
- Nie bój się, jestem przy tobie:
I chwycił jej dłoń, która tym razem była rozpalona jak w ogniu; nie wiedząc zaś sam, co ma robić, jął okrywać tę biedną wychudzoną rączkę pocałunkami.
- Nie bój się, Nel, nie bój!
Po czym dał jej się napić wody z miodem, która przez ten czas wystygła. Nel tym razem piła chciwie i przytrzymywała mu rękę z naczyniem, gdy próbował odejmować je od ust. Chłodny napój zdawał się ją uspokajać."


Cała książka jest dla mnie czystą abstrakcją, osoby Kalego i Mei są postaciami odległymi i egzotycznymi, a język, w którym rozmawiają jest czymś totalnie niezrozumiałym i co tu dużo mówić, dziwacznym. W życiu nawet nie ośmielam się wyobrażać sobie siebie w Afryce, blisko słoni i lwów. Wszystko to, co opisuje Henryk Sienkiewicz jest dla mnie zwykłą fikcją literacką. Nic nie robię sobie z zapewnień, że opisywany świat jest realny, że gdzieś tam daleko w Afryce żyją ludzie, dla których ten świat jest czymś normalnym.


A teraz z powrotem przenosimy się do 2011 roku. Jest 21 sierpnia, całą rodziną zasiadamy do niedzielnego obiadu, w telewizji polskiej leci film "W pustyni i w puszczy" z 1973 roku (fotki tutaj umieszczone zostały zrobione przeze mnie hehe, nie ma to jak fotografować telewizor ;)). Jakież jest moje zaskoczenie, że rozumiem część wypowiedzianych przez Kalego słów. Nawet nie muszę patrzeć na ekran, by wiedzieć czym jest wypowiedziana "mamba". Z ciekawości jednak zerkam, czy aby na pewno  na ekranie telewizora pojawia się krokodyl. 


Mój Mąż jest zaskoczony, że w polskiej literaturze znany jest jego język. Zapewnia mnie, że w Tanzanii nikt nie wie o Sienkiewiczu i jego powieści. Duża Czekoladka głośno śmieje się słysząc kaleczony język polski Kalego. W ogóle cała jego postać jest zabawna, gdyż nijak ma się do teraźniejszej cywilizowanej części Afryki. 


Z perspektywy czasu, bawią mnie też moje reakcje na przeczytaną książkę. I pomyśleć, że kilkanaście lat później jestem żoną swojego Afrykańczyka, język używany nie jest mi obcy,  w szafie mam strój masajski, a "Czarny kontynent" jest moim "drugim domem". Jakie to wszystko jest niesamowite. :))))))))) 


***
UWAGA! UWAGA! UWAGA!
Wczoraj o godzinie 23:59:59 zakończył się konkurs organizowany na moim blogu wraz z portalem MamaNaCzasie. Pragnę podziękować wszystkim osobom, które wzięły w nim udział i jednocześnie zakomunikować, że spośród osób, które wypełniły wszystkie wymagane punkty zwyciężyły:

witaaminkaa
oraz
zzooffkkaa

Serdecznie gratuluję zwyciężczyniom i proszę o maila (mtotowangu@wp.pl) z danymi kontaktowymi do wysyłki :) Pozdrawiam :)

***

piątek, 19 sierpnia 2011

A Ty noś długie włosy jak myyyyy...

Dzisiaj będzie wpis o Bartusiowych włosach. Od samego urodzenia były one istotnym elementem w przypadku Czekoladki. Zaczynając od mojej ciążowej zgagi, która już wróżyła bujną czuprynkę na głowie Bartulka (wiem, że tak się tylko mówi, ale w moim przypadku teza "masz zgagę, pewnie ma dużo włosów" spełniła się w 1000%), następnie przechodząc do samego momentu porodu, podczas którego najpierw położna zakomunikowała "rozwarcie na 2 palce, czuję włoski", by w końcu na sali porodowej usłyszeć słowa mojej Mamy "widzę włoski, mnóstwo włosków", kończąc na widoku czarnego irokeza  (wtedy jeszcze prostego) zdobiącego malutką Czekoladową główkę na sali poporodowej. 


Włosy Bartulka od początku budziły zachwyt społeczeństwa. Pierwsza reakcja na widok Czekoladki jest zawsze taka sama "Boże ile on ma włosów". Nieraz ludzie powtarzają "Moje dziecko też ma dużo włosków, więc wiem o co chodzi", ale gdy tylko zobaczą włosy Czekoladki cofają słowa o dużej ilości kędziorków na głowach swoich pociech. Fakt. Natura hojnie obdarowała mojego Synka. Ochrona przed słońcem to jest sztuka. Niestety, czarny kolor przyciąga promienie słoneczne, więc główka narażona jest na nie szczególnie, więc w ruch idą przeróżne czapeczki i chusteczki. Nie raz z uśmiechem obserwuję inne niemowlaczki, które mają kilka włosków na główce i z zazdrością myślę "Ach. Mycie takich "włosków" to musi być pikuś. Pan pikuś". Nie powiem, z myciem kędziorków Bartka jest niezła "zabawa". Najpierw namaczanie, potem nakładanie szamponiku, spłukiwanie wodą z wanienki, następnie zmywanie resztek szamponu czystą wodą z miseczki. Trwa to troszkę, ku niezadowoleniu Czekoladki, ale inaczej się nie da. Potem przychodzi proces suszenia włosków ręcznikiem (akurat to Bartuś uwielbia) i czesanie loczków grzebykiem (tutaj jest walka :D), by w końcu uraczyć wzrok cudownym czarnymi, kręconymi kędziorkami. Nieliczni mają okazję poczuć ich jedwabistość i miękkość (naprawdę - jego włosy to marzenie niejednej z kobiet). Sama mam długie, kręcone (prostownico - moja miłości ;p), ciemne włosy, ale nijak mogą się one równać z loczkami mojego Synka. 

Fotka jest stosunkowo stara (teraz moje włosy są o wiele dłuższe ;p), ale nie mam aktualnego zdjęcia samych loków.
Jestem przekonana, że gdybym miała takie włoski jak on, to w życiu nie potraktowałabym ich prostownicą ;p Są cudowne. Zupełnie inne niż moje, czy mojego Męża. Według mnie idealne. Ok, ale koniec tego zachwytu nad loczkami... Tutaj chodzi o coś innego. Otóż muszę Wam zakomunikować, że od kilku dni obserwuję na poduszce, na pieluszce, na bluzkach wszelkich, coraz większe ilości krótkich (w porównaniu do moich ;p), delikatnych, jedwabistych, czarnych włosków. Podczas czesania kilka zostaje na grzebieniu (prawda jest taka, że jest to może z 5 włosków, czyli w porównaniu z całą główką to nic, ale  dla mnie to jednak coś). Chyba nie muszę pisać, że po takim widoku serce mi stanęło. No bo jak to tak? Czekoladka ma być bez włosków? Ma stracić swoje bujne kędziorki? No way... Z niepokojem obserwuję to zjawisko i w duszy liczę, że następuje tylko wymiana tych włosków na inne, lepsze :) W głowie mam cały czas wizję cudownych, kręconych loczków mokrych od wody z basenika, w którym będzie się pluskać mój Synek już za rok. :))))

Tymczasem idę się poprzytulać do mojej loczkowej główeczki i pozachwycać się jej zapachem :) Enjoy :*


***
Przypominam o konkursie, który trwa jeszcze tylko dziś i jutro. :)



***

wtorek, 16 sierpnia 2011

Karoti - podejście drugie.

Wczoraj miało miejsce podejście numer dwa do pana/i Marchewki. Tym razem zdecydowałam się na podanie gotowej papki ze słoiczka firmy Gerber. Na pierwszy rzut poszło kilka łyżeczek nałożonych do miseczki, którą podgrzałyśmy z Czekoladową Babcią w niezawodnym podgrzewaczu.


Po zasmakowaniu owej papki, pierwsze co rzuciło mi się w oczy (a właściwie w kubki smakowe), to dosyć słodki smak. Niby w składnikach wypisana jest tylko marchewka, ale po dokładniejszym przeanalizowaniu słoiczka moim oczom ukazała się tabelka z wartościami odżywczymi, w których oczywiście znajdował się cukier. 


Z racji tego, że nie jem słodyczy od 5 miesięcy (a herbaty nie słodzę grubo ponad 10 lat) to jednak nawet ta niewielka ilość była dla mnie bardzo wyczuwalna. No, ale można się było z tym liczyć, że w słoiczku, który po otwarciu można przechowywać 48h, sama marchewka nie będzie :P Niestety naturalna papka marchewkowa nie przypasowała Bartusiowi, to postanowiłam chwycić się innych produktów. Jak było tym razem? Odrobinę lepiej, ale też nie rewelacyjnie. Bartulek zjadł może jedną porządną łyżeczkę, a i to było nie lada wyczynem. Usta miał cały czas zaciśnięte, otwierał je tylko z ciekawości, co to takiego czerwonego (łyżeczka) i pomarańczowego (marchewka) go atakuje. W pewnym momencie nawet sam chwycił za miseczkę i zaczął ją "ciumciać", ale wątpię, że to z powodu "ukochanej" marchewki. :P Sądzę, że myślał, że to kolejna grzechotka, którą należy poznać ;) Ach, ta Czekoladowa ciekawość :] Generalnie skończyło się na brudnej Czekoladowe twarzyczce, brudnym śliniaku i pocieszycielu w postaci pana Cyca (chociaż tyle, że obyło się bez płaczu :P), ale nie zniechęcamy się.


Zgodnie z poradami z książeczki "Zdrowy start - Czas na nowe smaki", która niedawno przyszła do nas od firmy Nestle, będziemy próbować przekonać Czekoladkę do poznania innych smaków niż mleczko. 


A oto kilka rad odnośnie wprowadzania nowych pokarmów do menu dziecka, pochodzących ze wspomnianego wyżej poradnika:
  • wybieramy porę, gdy maluch nie jest zmęczony, najlepiej przed południem,
  • nie eksperymentujemy, gdy dziecko jest chore lub ząbkuje (kiepski humor sprawi, że dziecko odrzuci nowy smak),
  • nowe pokarmy podajemy w małych ilościach,
  • odczekaj 2-4 dni, aby sprawdzić czy malec toleruje nieznane do tej pory potrawy,
  • nie wolno zmuszać dziecka do jedzenia (lepiej zaczekać i po kilku dniach zaproponować mu nowy posiłek)
  • jeżeli nie uda się zachęcić dziecka do zjedzenia konkretnego produktu, należy zaproponować mu inne delikatne warzywo np. dynię, a dopiero później powrócić do odrzuconych smaków,
  • należy pamiętać, że niektóre dzieci potrzebują więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do innej konsystencji pokarmu, niż płynna,
  • nie zniechęcajmy się - czasami potrzeba od 10 do 15 prób :)
Jak przygotowywać warzywa?
Na początek można wybrać marchewkę, ziemniaki i dynię i podać je w postaci zupki, a dokładniej papki jarzynowej. Łatwo ją przyrządzić, gotując warzywa do miękkości, a następnie miksując na jednolitą masę. Pamiętamy o wybieraniu warzyw z pewnego źródła, najlepiej z ekologicznego ogórka lub działeczki (niestety u nas jest już na to za późno :/)

My jeszcze dzisiaj spróbujemy dać Czekoladce karoti, ale coś czuję, że skończy się na tym, że sama ją wszamam (odrobina słodkiego nikomu źle nie zrobiła, a może poprawi mi humor?). Pomalutku też, za radą pani neonatolog, zaczniemy wprowadzać gluten, ale to jeszcze nie dzisiaj. Życzcie nam powodzenia i jak najmniej brudnych śliniaków hehe :)

PS. Dziewczyny, jakiej firmy posiłki słoiczkowe polecacie?  Bo tak jak pisałam, na razie wypróbowałam Marchewkę Gerbera, ale to wybór był czysto przypadkowy.

***
mały czekoladowy słowniczek:
karoti - marchewka

PS2. w dalszym ciągu zapraszam do konkursu - KLIK

***

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Grillujemy mbuzi.

Ostatnie dni były zakręcone, stąd też chwilowy zastój na blogu. Każdy żył grillem pożegnalnym wujka Filipa, który kolejny raz zmienia swoje miejsce zamieszkania. Sam siebie nazywa obywatelem świata i chyba coś w tym jest, jeżeli spojrzymy bliżej na jego życie. Już sama historia rodzinna daje nam prawo go tak nazywać. Mama Polka, tata Tanzańczyk, siostra mieszkająca w Wielkiej Brytanii, a on sam w Polsce. Było mu dane mieszkać w każdym z tych państw, teraz przyszedł czas na Wlk. Brytanię. Ale dość o wujku Filipie, w końcu to nie o nim blog (nie mniej jednak jest nam przykro, że wylatuje, ale wierzymy, że jeszcze nas odwiedzi, bo my go nawiedzimy na 100% :)). Grill nie byłby niczym nadzwyczajnym i niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie fakt, że podczas niego odbyło się grillowanie i konsumowanie kozy :)) Tak, tak. Dobrze przeczytałyście. Tytułowa mbuzi to nie mniej, nie więcej jak koza. Być może to dziwi, ale dla gości, którzy pochodzą z Tanzanii jest to jak najbardziej normalne. W Tanzanii jednym z podstawowych mięs wrzucanych na ruszt jest właśnie koza. Musicie jednak wiedzieć, że kozy w Polsce, a kozy w Tanzanii to dwie różne bajki. Tamtejsze to kozy mięsne, a nasze mlecze, więc różnica w smaku jest (hihi, na coś przydają się czterogodzinne wykłady z drugich studiów). Co prawda, ja nie odważyłam się jej spróbować (po pierwsze karmię i nie eksperymentuję ;p, a po drugie nie lubię i nie jem ani wieprzowiny, ani wołowiny, więc czemu mam jeść kozinę ;p?). Z relacji ludzi dowiedziałam się, że mięsko było smaczne i "zjadliwe" . Ok, wierzę na słowo (na fotce poniżej można dostrzec część kozy, nie pytajcie którą, bo sama nie wiem, trzymałam się z daleka od tych widoków ;p).


Sama uraczyłam brzuszek połową kiełbaski i nóżką kurczaka. Grill był bardzo udany, zresztą taki musiał być, bo z ludźmi z Tanzanii nie da się nudzić :) Wśród gości byli również Polacy - zaczynając od moich rodziców, przechodząc przez Czekoladową chrzestną z rodzinką, a kończąc na cudownej Mulateczce Klarze, którą ostatni raz widziałam jak miała 3 miesiące ;p z Mamą :) Mała Klara, wcale nie jest już taka mała. Porównując ją z Bartkiem można śmiało napisać, że jest bardzo duuuuża :) Co prawda, różnica pomiędzy nimi wynosi ok.6 miesięcy, ale w niemowlęcym rozwoju jest to naprawdę dużo. Klarunia myka już na dwóch nóżkach, próbuje mówić, jest dwa razy cięższa, a w buziuni błyszczą już prawie 4 ząbki. Także macie mały pogląd na sprawę. Wielkim zainteresowaniem ze strony Klary cieszył się Czekoladowy pan Pingwin, który co rusz wyrywany był z jego ust, ku jego rozpaczy. Podsumowując - grill udany, mbuzi ugrillowana, ludzie zadowoleni, dzieciaczki wybawione (ulubiona wczorajsza zabawa Bartka? Siedzenie i śmianie się wniebogłosy), czyli jednym słowem udana niedziela. Największa niespodzianka grilla? Okazało się, że mój blog wcale nie jest taki anonimowy jak myślałam. Wujek Abdul nie mógł wyjść z podziwu nad moim literackim talentem hahaha. No co ;)

Dzień dzisiejszy jest również dniem wyjątkowym z racji okrągłych urodzinek (nie piszemy których hehehe) Czekoladowego Dziadzia :) Tak więc, śpiewamy głośne sto lat, a nawet 200 :) w cudownym Czekoladowym świecie :) Najlepszego Dziadziusiuuuu :)


A na koniec zapraszam wszystkich na bajeczkę:


Muszę nadmienić, że książeczka jest prezentem od Wujka Johna, cioci Basi oraz małej Klary, którym serdecznie dziękujemy. Jeżeli tylko ktoś nie ma pomysłu na prezent dla dzidziusia, to zapewniam Was, że ten jest strzałem w 10. Książeczkę tą można nabyć m.in. w drogeriach Rossmann. Jak napisano na opakowaniu:
Moja pierwsza książeczka:
  • pobudza rozwój zmysłu wzroku i dotyku, stymuluje rozwój koordynacji wzrokowo-ruchowej oraz zdolność twórczego myślenia,
  • wykonana z bezpiecznego i przyjaznego dla środowiska mięciutkiego materiału o trwałych kolorach.
Poszczególne strony książeczki pobudzają inne bodźce np. na stronie z kurczaczkiem, można rozłożyć dodatkową podstronkę, która szeleści, tym samym interesując dzieciaczka, a końcowa krówka ma wbudowaną piłeczkę, która po naciśnięciu piszczy. Książeczka pochodzi z firmy Babydream.


***
Przypominam o trwającym konkursie organizowanym wraz z portalem Mama na czasie. Po więcej szczegółów zapraszam - K L I K.

***
mały czekoladowy słowniczek:
mbuzi - koza

***

piątek, 12 sierpnia 2011

Marchewkowe o ogrodzie miewam sny :)

Na wstępie przypominam o konkursie, który wciąż trwa (macie czas do 20 sierpnia ;p). Nagrodą są dwa zestawy kosmetyków BodyShop. Zainteresowanych odsyłam tutaj.

***
A teraz najważniejsza część wpisu. Żeby móc napisać o tak ważnym wydarzeniu w życiu mojego Czekoladowego Króliczka trzeba się cofnąć do dnia wczorajszego. Otóż wczoraj byliśmy z Bartulkiem na wizycie kontrolnej u lekarza w Krakowie. Kolejny raz utwierdziliśmy się, że Bobuś rozwija się prawidłowo, jest silny i nad wyraz sprawny. Pani doktor nie szczędziła komplementów pod adresem Czekoladki, "ślicznoto" wypowiedziane zostało chyba z milion razy. Bartulek nie omieszkał pochwalić się swoim szybkim siadaniem, wystarczył podany jeden palec, a Bobek już rozglądał się z zaciekawieniem w pozycji siedzącej, ku zaskoczeniu pani doktor. Ogólnie wszystko poszło bardzo sprawnie, no może poza jedną sprawą. Niestety wciąż nie przybieramy na wadze tyle ile powinniśmy (wiedziałam, że moja waga 48kg nic dobrego nie wróży :/), dlatego zapadła decyzja o rozszerzeniu diety Synka. Za radą pani neonatolog na pierwszy rzut poszła marcheweczka. Ale o tym za kilka linijek, gdyż ważnym elementem całej układanki jest wcześniejszy zakup blendera :) W dniu dzisiejszym wybrałyśmy się z Czekoladową Babcią do centrum w celu znalezienia tego przyrządu. Obeszłyśmy kilka sklepów, aż w końcu zdecydowałyśmy się na zakup jednego z blenderów. Wyjście nie byłoby ważne bez innych mniej lub bardziej ważnych zakupków (o czym mowa? foto poniżej :P)


No coooo :) Te butki chodziły już za mną kilka dni ;p Więc w końcu się na nie skusiłam, a nawet namówiłam Czekoladową Babcię na podobne hihihihi (Love You Mummy :*). Dobraaaa... ale odbiegam od tematu.
Jak już wspominałam w końcu zdecydowałyśmy się na zakup blendera, który będzie tylko dla Czekoladki.


W międzyczasie odbyło się karmienie (muszę o tym wspomnieć z racji kolejnego fajnego miejsca, obok którego było dane mi karmić) tuż obok SEXSHOPU haha. Tym samym dowiedziałam się, że u mnie w mieście jest taki sklepik no no no. Ale znowu odbiegałam od tematu :P Po powrocie do domku, w ruch poszedł Internet i poszukiwania informacji jak przygotować marcheweczkę (o rozszerzaniu diety zrobię osobny wpis, być może jutro). Po małych problemach z przypalonym garnuszkiem, udało nam się ugotować marcheweczki, a następnie je "z(s)papkować". Po krótkiej drzemce Czekoladowy Bartuś otworzył swoje piękne czarne oczy, przekonany, że zaraz dostanie pana Cyca, a tu niespodzianka :D Hi hi hi. Mama wcale nie odstawia bluzki i nie odpina biustonosza, tylko bierze na ręce, zakłada śliniaczek i zmierza w kierunku kuchni. A tam już czeka Czekoladowa Babcia z niebieską miseczką pełną pomarańczowe papki :P W Czekoladowym oku zakręciła się łza, ale ciekawość była jednak większa. Spokojnie siedząc na kolanach Babci z wielkimi oczami przyglądał się Mamie, która manewrowała wieeelką plastikową łyżką z marchewkowym przecierkiem. Potem czynność tą przejęła Czekoladowa Babcia (Mama robiła fotki ;p).


Nagle łyżka trafia do Bobusiowych ust, po chwili na twarzy Czekoladki pojawia się grymas niezadowolenia, który stopniowo przeradza się w płacz. Bez wątpienia marchewka nie została przyjacielem Synka. Mama z prędkością światła uwolniła Pana Cyca ze stanikowej zbroi i uraczyła Syneczka cieplutkim, smacznym mleczkiem. Uśmiech na twarzy Czekoladki był sygnałem, że ssaczkiem pozostać jeszcze chce, a eksperymentować będziemy później. Juto podejście nr 2 - tym razem z jabłuszkiem.
Muszę się Wam przyznać, że zrobiło mi się bardzo smutno jak podawałam marchewkę Synkowi. Poczułam, że zdradzam Bobeczka i odmawiam mu cycorka. Wiem, że to głupie myślenie, bo kiedyś trzeba wprowadzić inne pokarmy, ale jednak muszę się mocniej psychicznie do tego nastawić. I pomyśleć, że kiedyś śmiałam się z Mam, które przeżywały odstawianie od piersi. Teraz sama cuduję i nie potrafię sobie tego wyobrazić... Brrr... Ale dość o tym, na razie nie mam zamiaru kończyć mlecznej przygody z Malutką Czekoladką, więc nie będę nawet o tym myśleć. Miłym zakończeniem wpisu niech będzie ta oto piękna tęcza, która ukazała się tuż przed spaniem Bartulka (czyżby zapowiedź "mlecznego" bogactwa? :)))


 ***
Na koniec ogromna prośba do Was. Potrzebuję rady/pomocy/opinii.
Kochane moje, wiem, że duża część z Was jest ze mną od dawna i zna większość moich wcześniejszych wpisów. Stąd też moje pytanie: Czy mogłybyście w komentarzu napisać, który z wszystkich obecnych tutaj wpisów uważacie za najciekawszy? Z góry dziękuję za pomoc.

***

czwartek, 11 sierpnia 2011

Mama na czasie - konkursowo! :)))))

Dziewczyny! Mam dzisiaj dla Was nie lada niespodziankę. Razem z portalem Mama na czasie organizuję dziś konkurs. Ale o tym w dalszej części wpisu.


Kilka dni temu zostałam zaproszona do ciekawej współpracy z portalem http://www.mamanaczasie.pl/, który został stworzony z myślą o aktywnych i nowoczesnych Mamach. Jest to miejsce, gdzie śmiało można zadać każde, nawet najbardziej krępujące i nurtujące pytanie. Odpowiedzi udzielane są przez najbardziej doświadczone osoby na świecie - kobiety, które same są matkami i mogą podzielić się swoimi przeżyciami oraz radami. Z całego serca polecam ten serwis każdej mamie, która chce nawiązać nowe znajomości, pogadać o problemach, a także służyć radą innym. Sama uzyskałam tam odpowiedzi na kilka ważnych dla mnie pytań, także wiem co piszę ;) Stronka jest dużym ułatwieniem dla Mam, dla których, jak wiadomo, liczy się każda minuta. Wszystko znajduje się w jednym miejscu, nie trzeba przeszukiwać Internetu w poszukiwaniu rozwiązania swoich problemów. Warto mieć takie miejsce, do którego możesz "wejść", "wygadać się" i uzyskać odpowiedź, dlatego poszerzajmy tą skarbnicę wiedzy i bądźmy MAMAMI NA CZASIE :) My, Mamy, powinnyśmy się wspierać, a ten portal jest super okazją do tego.

Zaproszeniem niech będzie dla Was temat tak bliski każdej kobiecie po porodzie: 

Zapraszam do dyskusji, gdyż temat ten jest jednocześnie tematem konkursowym. Już piszę o co chodzi. Otóż dwie najaktywniejsze osoby, które najciekawiej rozwiną wyżej wspomniany wątek zostaną obdarowane zestawem kosmetyków BodyShop. Forma konkursu jest banalnie prosta:


Regulamin konkursu znajduje się tutaj. Służę radą, jeśli coś jest niezrozumiałe :)
Konkurs trwa od dziś do 20 sierpnia 2011 do godziny 23:59:59 :))))))

Żeby nie było, że sama tylko wymagam, a nic daję od siebie to również chcę się z Wami podzielić moimi sposobami powrotu do formy po ciąży. Jak część z Was wie, przez cały okres ciąży starałam się być aktywna - jeździłam na rowerku stacjonarnym, ćwiczyłam elementy pilatesu oraz rozciągałam się. Nikogo nie muszę przekonywać, że po ciąży ciało się zmienia, ale to jest oczywiste. Przez 9 miesięcy w brzuszku rozwijało się nowe życie, które zależne było od nas i od naszego organizmu. Po porodzie w dość szybkim czasie udało mi się zgubić 10 kilogramów, jednak daleko mi było do wizerunku sprzed ciąży. Dlatego postanowiłam wprowadzić kilka zasad do swojego życia:
  • przede wszystkim zmiana sposobu żywienia (bardziej zostało to na mnie "wymuszone" przez kolki Synka) - całkowicie zrezygnowałam ze smażonych potraw (parowar moim sprzymierzeńcem), porzuciłam ukochane słodkie i słone przekąski, zaprzyjaźniłam się z wodą mineralną niegazowaną oraz wykluczyłam wszystkie gazopędne i wzdymające produkty. Nie raz myślałam, że nie wytrzymam na takiej diecie, ale czas pozwolił mi się oswoić z nowymi nawykami.
  • karmienie piersią - już kiedyś przytoczyłam Wam fragment o tym, że koszt laktacji wynosi od 400 do 800 kcal dziennie. Chyba nie muszę tego bardziej rozwijać :P
  • ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia - nie czarujmy się, bez nich ciało nigdy nie powróciłoby do takiego stanu jaki był przed ciążą. Na początku twardo zabrałam się za rowerek stacjonarny, "przeprosiłam się" z hula hop oraz zaczęłam robić brzuszki. Jednak brak snu i ciągłe zmęczenie dały mi tak w kość, że postanowiłam z tego zrezygnować. Wystarczyły mi inne "sporty" - bawienie się w Pudziana (no cóż... Czekoladka rośnie, a do śpiochów on nie należy), pchanie wózka na spacerkach czy też pranie/sprzątanie/odkurzanie.
  • mazidła i mazidełka, czyli kosmetyki. W ruch poszły specyfiki antycellulitowe, nawilżające i wyszczuplające. Dzięki nim moja skóra wygląda o niebo lepiej niż przed porodem.
W ten oto sposób udało mi się zrzucić łącznie 16 kilogramów. Osiągnęłam wagę, którą ostatni raz miałam w gimnazjum. Czuję się lekka, świeża i przede wszystkim szczęśliwa. Mogę nosić ciuchy, które nie tylko mi się podobają, ale też dobrze leżą. Nie wstydzę się wyjść w bikini na basenie czy na plaży. Jeśli Wam się jeszcze nie udało, to nie zniechęcajcie się. Jako motywator przedstawię Wam fragment mojej historii o pierwszym podejściu do ćwiczeń na brzuch: "Dzisiaj w końcu zmobilizowałam się do poruszania pociążowego sadełka, śmiało wzięłam matę i włączyłam z laptopa 8 minute ABS. Bez żadnych wątpliwości położyłam się na macie i w najlepsze słuchałam sobie gostka w niebieskich legginsach. Po chwili rozpoczęły się ćwiczonka, ja chcę się podnieść do góry, a tu co? Blokada! Nie da się. Jakież było moje zdziwienie, że tak proste ćwiczenia stanowią dla mnie taki wysiłek. Oczywiście nie poddałam się i skończyłam całą serię, ale wymęczyłam się jak nigdy wcześniej. Chyba nie muszę pisać jak źle psychicznie to na mnie wpłynęło. Ja, do tej pory naprawdę sprawna osoba, nie mogę dać sobie rady z takimi ćwiczeniami? No jak to tak? No way... nie ma bata. Od dziś 8minute ABS będzie moim codziennym wyzwaniem, a w dniu, w którym zrobię je z taką lekkością jak jeszcze niecały rok temu powiem z dumą na twarzy - jestem WIELKA :D A, że tak będzie to wiem na pewno. Co jak co, ale mój brzuch znowu będzie wysportowany i bez wstydu będę go pokazywać w dopasowanych ciuszkach. Tak jest! Będę fit mamusią z cudownym mężczyzną pod ręką, a drugim w wózeczku." Także widzicie, że kolorowo nie było, ale nie poddałam się.
Pamiętajcie - powrót do dawnej sylwetki jest możliwy. Samozaparcie i dyscyplina potrafią dużo. Forma to nie 20 kilo mniej, to zdrowe ciało i zdrowy duch :) Wizualizacja własnej wymarzonej sylwetki dużo pomaga, tak więc do dzieła :)

Jeszcze raz zachęcam Was do odwiedzenia portalu http://www.mamanaczasie.pl/ oraz wzięcia udziału w konkursowej dyskusji. Ciekawa jestem Waszych sposobów powrotu do formy.

Wraz z Małą Czekoladką życzymy powodzenia w konkursie :)

***