Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2012

Brrr...

Niech te mroziska się w końcu skończą. Mam dość siedzenia w domu, marzę o spacerkach i bieganiu. O tak, tego ostatniego wyjątkowo mi brakuje. Pomyśleć, że kiedyś, za czasów wczesnostudenckich, nie było wieczorku bez biegania. Codziennie przemierzałam osiedlowe alejki, odkrywając na nowo uroki krakowskich ulic. A teraz? Ech. Nawet nie pamiętam, jak to jest, czuć cudowne endorfinki po bieganiu. Ale jak to się mówi, co się odwlecze, to nie uciecze. Nawet dobrze się składa, że Bartunek z każdym dniem jest coraz bardziej samodzielny, dzięki czemu, bez obaw, będę mogła zostawić go na godzinkę lub dwie pod opieką najbliższych :) Hihi... Na wiosnę na nowo odkryję uroki fizycznego zmęczenia :) I to nie tylko biegowego. W maju planujemy wyskoczyć na weekend w góry :) Ciekawa jestem reakcji Synka na takie dziwne wytwory górzyste :) Mam nadzieję, że pokocha je równie mocno, jak cała moja rodzina. W sumie to, liczę, że pokochają je oboje z Dużą Czekoladką, bo wstyd się przyznać, ale jeszcze nigdy nie odwiedził moich ukochanych Tatr... No, ale - nowy rok, nowe możliwości :))) 

fot. by me - Tatry Słowackie - Krywań (2494m n.p.m.)

A jeśli już o mojej Dużej Czekoladce mowa... Biedactwo ewidentnie nie może przestawić się na polską pogodę. Rok w rok, jego tanzańskie zdrowie zostaje wystawione na zimową próbę i niestety zawsze przegrywa. Kicha, prycha i kaszle. Jak sam to określa: "jestem uczulony na zimę". Hmmm... W pierwszej chwili może to się wydać śmieszne, ale powiem Wam, że coraz bardziej zaczynam wierzyć, że nie wymyślił sobie tej "choroby". Ostatnio nawet słyszałam, że prowadzone są testy alergiczne na lód i zimno, właściwie to nawet samemu można przeprowadzić taki test i potrzeć kostką lodu przedramię i sprawdzić reakcję. Sama, do końca nie wiem jak się zabezpieczać przed taką alergią, ale chyba warto poczytać i poszukać odpowiedniego leku w encyklopedii leków, i zaaplikować go mojemu kochanemu gorąąąącemu Mężowi. Ech, najgorsze w tym wszystkim jest to, że i mnie pomalutku coś próbuje dorwać, a ja niestety nie mam takiego wyboru w lekarstwach. Na razie staram się przeciwdziałać okropnym zarazkom i piję zioła lecznicze oraz cieplutką herbatkę z cytrynką :))) A i najważniejsze - nie ruszam się z ciepłego mieszkanka :)))) No, ok... Wczoraj zrobiłam mały wyjątek i jak wariatka, w kurtce narzuconej na podkoszulek, fotografowałam księżyc w plenerze, ale akurat to powiązane jest z moją pracą. Cóż... nauka wymaga poświęceń :)))) 


Swoją drogą, taka mała ankietka - gdybyście tylko mieli okazję, to czy chcielibyście polecieć na Księżyc (na wakacje/w ramach rozrywki)? Albo w ogóle w kosmos? Ciekawi mnie Wasza opinia :)

***
Niah, niah, patrzcie jakie cudeńka sprezentowała nam kochana firma Pre Shoes. Wkrótce będziecie mieli okazję poczytać więcej na temat tych bucików. Na razie powiem tylko jedno - są urocze!!!!!!!!!!!!!! :))))))


 ***

sobota, 10 września 2011

STOP! Tu rządzi BARTEK :-)

Sytuacja nr 1.
Bartek gotowy do jedzenia siedzi w śliniaku z napisem "śniadanie" u Babci na kolanach. Podchodzę z miską pełną kaszki marchewkowo-jabłkowej. Od razu wita mnie głośny krzyko-płaczo-śmiech, którym Synek daje znak Mamie, że nie może się doczekać jedzonka. Z prędkością światła chwyta miskę, drugą ręką "pomaga" Mamie w manewrowaniu łyżeczką. Po kilku sekundach (!) grzecznego jedzenia znudzony Bartul zaczyna marudzić. To znak, że czas zmienić pozycję siedzącą na inną. Płaczo-krzykiem wymusza pozycję stojącą. Ok. To mogę zaakceptować. W końcu wciąż jesteśmy w jednym miejscu i łatwo trafić do buziaczka. Ale, ale! Stanie to znak dla Czekoladki, że przyszedł najwyższy czas by zacząć kicać. Nie no, tego to już za wiele. No bo jak tu trafić do ust kicającego Bartoliniego? No nie da się! Tak więc szybka (kolejna) zmiana miejsca. Kilkakrotnie wspominałam o tym, że nic nie działa tak kojąco na Czekoladkę jak wyglądanie przez okno i patrzenie na drzewa, dlatego postanowiłyśmy spróbować tego patentu z jedzeniem. Ufff... udało się. Kaszka została wszamana, nic to, że ja, Babcia i Bartek cali w kaszce, grunt to pełny brzuszek :-)

Sytuacja nr 2.
Wczorajszy powrót z Krakowa do domku. Bartek siedzi spokojnie w nosidełku, zapięty pasami. Nie mija 10 minut zaczyna się płacz, bo jakże to tak wszyscy mogą siedzieć twarzą do świata, a ja mam patrzeć do tyłu? Krzyk, mruk, płacz przeplatany guganiem, który oznacza nie mniej nie więcej, że JA TEŻ CHCĘ WIDZIEĆ WSZYSTKO Z POZYCJI SIEDZĄCEJ (i to nie tyłem tylko przodem)! Z racji bezpieczeństwa Bartek chcąc nie chcąc musiał zaakceptować, że w samochodzie panują inne zasady, ale chwilę na kolankach i tak jechał. Ale nie w pozycji siedzącej, oj co to, to nie! Oczywiście Czekoladka postała sobie i pooglądała wszystko dokładnie z Maminych kolan. A co :-)

Sytuacja nr 3.
Bartek ma smoczek w buzi. Tfuuuu! Bartek wypluł smoczek z buzi. Mama bierze smoczek do wypłukania, daje Bartkowi. Fruuu... Pan Żaba znowu uczy się latać ku zadowoleniu Czekoladki...

Sytuacja nr 4.
Bartunia śpi. W pokoju jest chłodno, więc przykrywam go kołderką (podobna sytuacja, gdy przykrywam go zwykłą pieluszką tetrową). Kop, kop... Noga na zewnątrz. Kop, kop. Druga na zewnątrz. Uch, ach. I ręce się uwolniły. Ok. Mogę spać. I proszę mnie nie przykrywać.

Sytuacja nr 5.
Wizyta u lekarza.
Pani doktor prosi o położenie Bartuni w celu zbadania. Próba położenia kończy się fiaskiem.
Ja: "Pani doktor bo on nam nie chce leżeć, ani siedzieć. On woli stać."
Pani doktor: "To niech stoi. Zbadam go na stojąco."
Bartul dumnie wypina brzuch i pierś do przodu, a lekarka go bada. 

Takich sytuacji mogłabym mnożyć i mnożyć, a nie byłoby widać końca. Takiego mam Syna. Z charakterem i temperamentem. Ale to dobrze. Cieszę się, że ma charakter po mnie. Da sobie radę w życiu i nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać :-) A przy jego Czekoladowym wyglądzie i naszym społeczeństwie to jest duża zaleta. Zresztą... Bartek nosi dres i niczego się nie boi :)

A taka oto tabliczka zawisła nad łóżeczkiem Czekoladki :-)  Muszę przyznać, że kolor skutecznie zainteresował Bartka :) (a może napis? haha) :)))


A jeśli już jestem przy temacie wizyty u lekarza. Kilka dni temu wspominałam, że Bartulek nam zagorączkował. Przy okazji mojej wizyty po skierowanie do laryngologa wspomniałam również i o tej gorączce Czekoladki. Pani doktor zleciła nam badanie moczu, które wykonałam tego samego dnia. Wyniki były zadowalające, nie było żadnych powodów do niepokoju. Jednak postanowiłam za radą lekarki pokazać Czekoladkę do kontroli. Najpierw ważenie - siedem kilo! Czyli to jednak nie moje mięśnie zesłabły, a dupka Czekoladki urosła hehehe. Potem zaglądamy do gardełka. Okazało się, że Bartuś ma zaczerwienione gardełko i stąd ten skok temperatury. Dostaliśmy zalecenie podawania witaminki C (w postaci Cebionu) oraz syropek Ibum. Na czwartkowej wizycie lekarskiej okazało się, że gardełko jest już czyste. Niestety dzisiaj w nocy Synek dostał katarku, a więc w ruch poszedł znienawidzony aspiratorek, a do tego zaczyna go kaszleć :( Ech... Idę zmierzyć gorączkę. 


PS. gorączki nie ma :)
PS2. gorączka jest :(
***

sobota, 2 lipca 2011

Zaatakował nas kamasi.

No i dopadło nas. Mnie i Czekoladkę. Pal licho tam mnie, ale Bartusia? Serce mi pęka od wyrzutów sumienia. Ewidentnie zaraziłam Synka katarem. Masakra jakaś. Sama nie wiem gdzie się zaraziłam, przecież ostatnio praktycznie nie wychodziłam z domku z powodu pogody, a jak już, to naprawdę ubierałam się stosowanie do pogody. Musiałam coś złapać ostatnio w szpitalu w Krakowie albo w poradni. Od kilku dni niemiłosiernie boli mnie gardło, a od czwartku mam okropny katar. Więcej niż pewne było, że zarażę Bartka. Od wczoraj męczymy się z katarkiem. Synek ma problemy ze spaniem i jedzeniem (pomimo odciągania kataru przed karmieniem) :( W ruch poszedł roztwór wody morskiej "Marimer":


oraz aspiratorek "Sopelek":


oraz maść majerankowa pod nosek:


Raz po raz kontroluję temperaturę elektronicznym termometrem firmy Abakus (nie do końca jestem do niego przekonana, dlatego chyba w ruch pójdzie także normalny termometr).


Ogólnie nie potrafię sobie wybaczyć, że przeze mnie mój Bąbelek męczy się z tym okropnym katarem :(
Modlę się, żeby ten kamasi poszedł sobie od nas hen hen daleko :( Dziewczyny, znacie jakieś sposoby na jak najszybsze pożegnanie się z tym dziadostwem :(? Buuuu.... Serce mi płacze, jak widzę jak moja Czekoladka się męczy :( Jest zupełnie innym dzieckiem :( Jakiś taki nieswój :( Chociaż tyle, że kicu kicu (ale o tym wkrótce) poprawia mu humorek :)

A ja już wiem, że na poniedziałkowy egzamin nie pojadę. Po pierwsze nie mam głowy do nauki, po drugie nie będę ciągać Synka po uczelni, jak on ma katarek.

***
mały czekoladowy słowniczek:
kamasi - katar

***