No i dopadło nas. Mnie i Czekoladkę. Pal licho tam mnie, ale Bartusia? Serce mi pęka od wyrzutów sumienia. Ewidentnie zaraziłam Synka katarem. Masakra jakaś. Sama nie wiem gdzie się zaraziłam, przecież ostatnio praktycznie nie wychodziłam z domku z powodu pogody, a jak już, to naprawdę ubierałam się stosowanie do pogody. Musiałam coś złapać ostatnio w szpitalu w Krakowie albo w poradni. Od kilku dni niemiłosiernie boli mnie gardło, a od czwartku mam okropny katar. Więcej niż pewne było, że zarażę Bartka. Od wczoraj męczymy się z katarkiem. Synek ma problemy ze spaniem i jedzeniem (pomimo odciągania kataru przed karmieniem) :( W ruch poszedł roztwór wody morskiej "Marimer":
oraz aspiratorek "Sopelek":
oraz maść majerankowa pod nosek:
Raz po raz kontroluję temperaturę elektronicznym termometrem firmy Abakus (nie do końca jestem do niego przekonana, dlatego chyba w ruch pójdzie także normalny termometr).
Ogólnie nie potrafię sobie wybaczyć, że przeze mnie mój Bąbelek męczy się z tym okropnym katarem :(
Modlę się, żeby ten kamasi poszedł sobie od nas hen hen daleko :( Dziewczyny, znacie jakieś sposoby na jak najszybsze pożegnanie się z tym dziadostwem :(? Buuuu.... Serce mi płacze, jak widzę jak moja Czekoladka się męczy :( Jest zupełnie innym dzieckiem :( Jakiś taki nieswój :( Chociaż tyle, że kicu kicu (ale o tym wkrótce) poprawia mu humorek :)
A ja już wiem, że na poniedziałkowy egzamin nie pojadę. Po pierwsze nie mam głowy do nauki, po drugie nie będę ciągać Synka po uczelni, jak on ma katarek.
A ja już wiem, że na poniedziałkowy egzamin nie pojadę. Po pierwsze nie mam głowy do nauki, po drugie nie będę ciągać Synka po uczelni, jak on ma katarek.
***
mały czekoladowy słowniczek:
kamasi - katar
***





