Dzisiaj mieliśmy drugą, już ostatnią wizytę u lekarza na usg bioderek. Pierwsza była pozytywna, dzisiejsza również potwierdziła, że stawy biodrowe Bartulka są bez zarzutu. Samo badanie trwało dosłownie 2 minuty. O dziwo, Czekoladka zachowywała się nad wyraz spokojnie. W trakcie rozbierania wysyłała bezzębne dziąsłowe uśmiechy, a podczas samego badania gugała w najlepsze, ku mojej i Dużej Czekoladki radości. Bałam się, że Synek się zestresuje i włoski znowu będą w morzu łez. Na szczęście dzisiaj było inaczej :))) Włoski były suchutkie, a łzy dalej bezpiecznie mieszkały sobie w gruczołach łzowych :)))
Po badaniu udaliśmy się z Mężem na malutki spacerek, który jednak nie trwał długo z racji coraz wyżej zlokalizowanego słoneczka. Zdecydowaliśmy, że lepiej będzie otworzyć szeroko balkon i w zaciszu domowym pozwolić spać Bartusiowi. W międzyczasie zdążyłam zrobić pranie i zjeść II śniadanko (badanie było o 9 rano ;p). Jest to o tyle ważna informacja, gdyż postanowiłam jeść więcej, nawet na siłę. Moja waga zaczęła niepokojąco spadać, ostatnio osiągnęła nawet poziom 49kilogramów. Zaczęło to skutkować spadkiem pokarmu i kłopotami z wagą Bartusia. O ile moja waga nie jest znowu takim problemem pod względem wizualnym, o tyle waga Czekoladki mnie niepokoi. Na pierwszy rzut oka wygląda na dużego, zdrowego i silnego faceta, ale jak przychodzi moment ważenia to okazuje się, że wciąż przybiera za mało (ku zaskoczeniu wszystkich, bo naprawdę wygląda zdrowo). Pamiętacie jak jeszcze kilka dni temu pisałam, że zażegnałam kryzys laktacyjny i wszystko wróciło do normy? Bartuś przybrał wtedy 220g w tydzień. Tymczasem w tym tygodniu na wizycie kontrolnej (mamy zalecenie co tygodniowego ważenia Synka) okazało się, że Czekoladka przybrała tylko 80g. Serce mi zamarło, z trudem ukrywałam łzy przed wszystkimi obecnymi (Synek też nie lubi ważenia, jest wtedy taki przerażony, że serce mi pęka). Po naradzie z Mężem zdecydowałam, że pójdę po radę do pediatry Bartka. Decyzja była przewidywalna, a jednocześnie miażdżąca - DOKARMIANIE. Chyba nie muszę pisać, że wywołało to u mnie jeszcze większy zastój mleka. Zdrowy rozsądek nakazał zadzwonić do Mamy i poprosić o zakupienie polecanego Enfamilu A.R. w aptece w centrum. Wieczorkiem podałam (a właściwie Czekoladowa Babcia) butlę Malutkiej Czekoladce. Bardzo to przeżyłam, jak każde kolejne dokarmianie (było ich 3). Nie mogłam w spokoju wysiedzieć w tym samym pokoju, w którym karmiony był Bartek (widzicie jak to brzmi? karmiony? nie przeze mnie? :((((), musiałam wyjść do toalety, bo łzy same leciały mi z oczu. Nikt nie rozumiał i nie rozumie mojego zachowania, nikt. Co prawda, wszyscy starali mi się to jakoś wytłumaczyć, że tak trzeba itp., ale ja sama nie umiałam i nie umiem sobie z tym poradzić. Czy ja jestem jakaś dziwna? Czy to złe, że chcę karmić swoje dziecko piersią, a nie mlekiem modyfikowanym? Wszystko to we mnie się skumulowało i postanowiłam podjąć samodzielną decyzję o zaprzestaniu dokarmiania. Próbuję rozkręcić laktację. Podaję Synkowi dwie piersi do ssania, piję więcej wody i mleka... i czekam na cud. W piątek znowu ważenie i mam nadzieję, że tym razem wyjdę z tarczą, a nie na tarczy. Jeszcze do Was prośba - polecacie jakieś skuteczne metody na rozkręcenie laktacji? Tak bardzo chcę karmić Synka piersią... chociaż do 6 miesiąca :((((((( Nie wiem jak dam sobie psychicznie radę, jeśli okaże się, że Synek dalej mało przybiera na wadze :( Prawdą jest, że mamy problemy podczas karmienia, przez pierwszych 5 minut wszystko idzie idealnie, a po chwili zaczyna się walka, która doprowadza mnie do stanów depresyjnych. Łudzę się, że ten niski przyrost w ostatnim tygodniu spowodowany jest stresem ze ślubem, uczelnią i ogólną sytuacją... W końcu jakby tak dodać ilość gramów przybranych przez te dwa tygodnie to wychodzi 300g... czyli nie tak znowu mało, czyż nie? A może jestem w błędzie? Ratunku!
PS. wybaczcie, że dzisiaj nie będzie nic z obiecanych tematów. na razie nie mam do tego głowy :(
***







