Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrzest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrzest. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2011

"Eja, eja, eja" - czyli, że chrzest Bartusia :D

Ojej. To było przeżycie. Do tej pory mam banana na twarzy jak sobie przypomnę wczorajsze wydarzenia. Hehe, ale do rzeczy. Od rana w domu wyczuwało się napiętą atmosferę. Wszyscy byli poddenerwowani, ze mną na czele. Nikt nie wiedział co nas czeka, zaczynając od pogody, a kończąc na samej ceremonii chrztu. Jak z pogodą nam się udało, tak z samą ceremonią ekhm... też :)))) Wszystko było zaplanowane od A do Z (no może z tym Z troszkę przesadziłam ;p). Pory karmienia zostały tak ustalone, żeby podczas samej ceremonii w brzuszku Bartulka kiszki nie konkurowały z kościelnymi organami. A było co planować: podanie zagęszczacza, później Delicol, karmienie, odbeknięcie, odczekanie chwili, żeby zmienić pieluszkę i ubrać Czekoladkę, aby w końcu posadzić Króla w jego nosidełkowym tronie. Muszę przyznać, że Synek wyglądał pięknie w swoim nowym ubranku, które okazało się nad wyraz praktyczne (Czekoladowa Babcia to ma jednak zmysł kupowania ubrań ;p). Drogę do kościoła Bobuś przespał praktycznie całą, obudził się dopiero pod kościołem na dźwięk bicia dzwonów. Wydawało się, że po nieprzespanej nocy będzie spał dłużej i głębiej, ale niestety tak nie było ;p (znowu wyskoczył mi banan na twarzy hahaha). Pierwszą czynnością jaką musieliśmy uczynić, było złożenie podpisów w księgach (pisałam już, że wszystko robione było na wariackich papierach, dlatego podpisy składaliśmy 5 min przed chrztem ;p). Delikatnie próbowaliśmy wybadać, jak odbywa się ten cały chrzest, ale ksiądz udzielił nam tylko zdawkowych informacji (które nota bene błędnie zinterpretowaliśmy ;)). Pisząc o błędach mam na myśli m.in.: zajęcie nie tego miejsca co trzeba haha, założenie szatki na Czekoladkę nie w tym momencie co trzeba, wyjście z kościoła nie w tym momencie co trzeba itp. No, ale nieważne. Najpiękniejsza była sama msza, a właściwie jej początek. Mianowicie w momencie rozpoczęcia mszy, w chwili wielkiej ciszy i skupienia, Synek postanowił pokazać całej parafii, że on tam jest. Zaczął na cały kościół krzyczeć z panem pingwinem w ustach, co układało się w piękną pieśń złożoną ze słów dobrze znanych domownikom: "Eja, eja, eja". Owa pieśń znajdowała odpowiedź w postaci kościelnego echa. Ja z burakiem na twarzy, nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, zresztą nie tylko ja, bo i księża oraz ministranci. Nie wiem jaka reakcja była ludzi obecnych na mszy, bo nawet nie miałam odwagi się odwrócić. Generalnie wyglądało to tak, że jak grały organy i ludzie śpiewali, to Synek z zaciekawieniem obserwował lampy kościelne. Natomiast w momencie ciszy, on sam dawał swój koncert. Co najśmieszniejsze, gubił przy tym buty (nie nasza wina, że ma małą stópkę, a buty robią na nieco większe szkraby ;p). Sam moment chrztu był piękny - ksiądz naznaczył czoło Synka znakiem krzyża (mówiąc przy tym: "Mam nadzieję, że się nie obudzi ;p"), następnie my - rodzice oraz rodzice chrzestni uczyniliśmy to samo. Później przyszedł moment polewania główki wodą (nic, że mieliśmy malutki problem z odwiązaniem czapeczki - ah ta podwójna broda). Jak samo polewanie główki nie wzbudziło w Czekoladce żadnych głośniej okazanych odczuć, tak namaszczanie olejkami bardzo mu się nie spodobało ;). Ksiądz zażartował do nas, że musimy zabrać Bobeczka do fryzjera, bo ma tyyyle włosów (szczerze? nie pierwszy raz to słyszę). Ojciec chrzestny na znak księdza odpalił świecę, bardzo uważając, by nie zgasła przy powrocie (nie wiem czy znacie ten przesąd, ale ja tam w niego wierzę, więc jestem bardzo wdzięczna, że o to zadbał). Może pominę moment naszej "ucieczki" sprzed ołtarza haha (błędna interpretacja słów księdza), a potem szybki powrót przed czujne oko księdza. Rany, rany... jak to podsumował mój brat (chrzestny Synka): "jakby tak nagrać ten chrzest i wrzucić na youtube to biłby on rekordy oglądalności". Hmmm... niestety muszę się z nim zgodzić hehe. No co? Było, minęło. Grunt, że w dniu 2 maja 2011 Synek wstąpił w grono Dzieci Bożych i za wstawiennictwem św. Bartłomieja idzie drogą Chrystusa (ksiądz spytał nas, czy może używać tylko jednego imienia, z obawy przed pomyłką w imieniu Simiyu). Po samej mszy, wszyscy udaliśmy się do Babci-Pra na malutkie przyjęcie (Bartulek podziękował ładnie cudownym, długim, bezzębnym uśmiechem :)). Czekoladka bacznie obserwowała całe to zajście, raz po raz krzykiem dając znać na czyją cześć świętujemy (ja, jak zwykle skromnie, inni troszkę mniej ;p). Amen. 

PS. Dziękuję wszystkim, którzy uczynili ten dzień wyjątkowym dniem Czekoladki (mojej Babci, moim rodzicom, bratu, Dużej Czekoladce, cioci ;) Magdzie z rodziną oraz przesympatycznym księżom).


Prześliczne kwiaty od Matki Chrzestnej Czekoladki :)))


***

piątek, 29 kwietnia 2011

Czasie wolniej, proszę wolniej!

Dzieje się, oj dzieje. Wszystkie sprawy zaczynają nabierać tempa - ślub, chrzest, szczepienia. Po prostu istny armagedon :P Ale może po kolei.

Ślub - obrączki zamówione, w rezultacie nie takie jak pokazywałam we wcześniejszych wpisach, ale bardzo podobne - odwrotne kolory: żółte złoto w środku, a białe na zewnątrz (zmiana nastąpiła po sugestii jubilera, że białe złoto się kruszy i łatwo powstają na nim rysy, co później jest trudno naprawić). Również na tą chwilę zrezygnowałam z cyrkonii - o niej mam zadecydować jak już dostanę zrobione obrączki. Jak słusznie zauważyła pani jubiler, trzeba dbać o to, żeby obrączka była zawsze w stronę z cyrkonią, co może być troszkę kłopotliwe. Nie ważne, zobaczymy za ok. 20 dni jak będą się prezentować nasze cacuszka :), wtedy zadecyduję o wspomnianych szczegółach. Grawer będzie taki jaki ustaliliśmy - moje imię na obrączce A., jego imię na mojej. Co więcej? Wczoraj zakupiłam zaproszenia na ślub, teraz tylko je uzupełnić i porozdawać :) Do pełni szczęścia pozostało mi kupienie jakiejś ładnej sukienki oraz butów, ale o tym pomyślę wkrótce :) 

Chrzest - nie wierzę, że w przeciągu kilku dni udało nam się wszystko zorganizować. Chrzest Bartusia odbędzie się w poniedziałek w godzinach wieczornych. Będzie to kameralna impreza dla najbliższych osób. Rodzicami chrzestnymi będą: mój brat oraz siostra mojej Mamy. Nie powiem, moje serce jest spokojniejsze, że lada moment Synek będzie Dzieckiem Bożym :) Mój kochany Aniołek z różkami :D

Szczepienie - w dniu dzisiejszym mieliśmy zaplanowane szczepienia dla Synka, ale z racji naszego pobytu w szpitalu oraz katarku Bartusia termin ten został odroczony o 2 tygodnie. Jedyną szczepionką, którą dostał Bartul była szczepionka na żółtaczkę. Bobuś zachował się bardzo dzielnie, nie dość, że wytrzymał ponad 4h bez jedzenia, ładnie spał, to na dodatek tylko delikatnie zapłakał przy podawaniu szczepionki. Mój Malutki Bohater. Nie wiem, czy miała na to wpływ obecność Czekoladowego Tatusia, czy nie, ale jestem dumna z mojego Małego Ssaczka. W przychodni spotkałam moją położną środowiskową, która udzieliła mi wielu cennych wskazówek oraz zaoferowała swoją pomoc w razie jakiś problemów z Bobkiem. Takiej położnej to ze świecą szukać... naprawdę. Złota kobieta - uczynna i pomocna.
Ze spraw ogólnych - waga 4100 (czyli sukcesywnie rośniemy), nad wyraz aktywny ruchowo, kolejne miejsce osikane :D Także dzień można uznać za udany ;p A tak na poważnie, wkurza mnie, że takie małe szkraby muszą tyle czekać w kolejce do lekarza. Jakby nie dało się ustalić konkretnej godziny (rozumiem poślizg 10 minutowy), na którą się przychodzi z Dzieckiem, bo kto to widział czekać ponad 4h z niemowlakiem. Jedyny plus, że mieszkamy stosunkowo blisko, więc przyjechaliśmy wózeczkiem i w czasie, w którym ja pilnowałam kolejki mój A. spędzał na spacerku z Synkiem.


Pesel - we wtorek w końcu odebrałam numer pesel Synka. Dziwne są teraz te numery... zero powiązania z datą urodzenia. Szczerze? Beznadzieja, ale co zrobić ;p

Aktywność fizyczna - od 4 dni codziennie maltretuję mój brzuszek ;p Pierwsze ćwiczenia na tą partię były dla mnie wysiłkiem nie z tej ziemi, ale z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wierzę, że pewnego dnia znowu bez skrępowania wskoczę w dopasowaną bluzeczkę bez obawy, że wypływa mi tu czy tam ;p

Monitor oddechu -  w końcu jest mój. I to dzięki ukochanej Madzi, która po raz kolejny udowodniła, że obcy ludzie potrafią być bardziej bliscy niż niejeden członek rodziny. Dziękuję jeszcze raz za pomoc, dzięki Tobie moje noce nareszcie powrócą do nocy sprzed wydarzeń szpitalnych. :))))

Aktywność fizyczna na dziś:
rowerek stacjo - 40 min  v
ćw na brzuszek v

PS. A o moich ukochanych dziewczynach, które zrobiły mi i Bartusiowi cudowną niespodziankę zrobię osobny wpis :)))))

***