Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bartłomiej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bartłomiej. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 stycznia 2012

Wyjątkowy dzień.

Czekoladowa Babcia. To ją wybrałem sobie w niebie. Pan Bóg pokazywał mi mnóstwo zdjęć, oglądałem, analizowałem, sortowałem i rozpatrywałem kandydatury pod każdym względem. W sekrecie powiem Wam, że najważniejsze postanowienia zapisane są w kontrakcie, ale one objęte są tajemnicą, więc ciii. O szczegółach wiem tylko ja i Babcia, ekhm chociaż Babcia mówi, że zapomniała okularów podpisując go, więc nie jestem pewien czy zna te szczegóły. Hyhy. Już wtedy wykazałem się sprytem. Wiedziałem co czynię, widząc, że nie ma ich na nosie. Postarałem się, żeby najważniejsze sprawy zapisane były drobnym maczkiem. Dzięki temu, teraz bez obaw mogę wykorzystywać jej dobroć. Mogę spędzać całe dnie w bezpiecznych Babcinych objęciach, kichać kaszką, pluć nią, a nawet wycierać o Babcine włosy. Rzucanie smoczkiem o podłogę? Czemu nie. Przecież i tak kochana Babcia mi go poda. Czasami boję się, że przesadzę i wywołam złość w Babci, ale dziwnym trafem nigdy się to nie zdarza. (Babciu, chciałbym, żebyś wiedziała, o ile to czytasz, że ja nie robię tego, dlatego, że Cię nie kocham, to tak nie jest. Kocham Cię całym moim czekoladowym serduszkiem). Wiecie co jest najfajniejsze? Kiedy jestem bardzo zmęczony i nie umiem usnąć, wszyscy tracą do mnie cierpliwość, to nie kto inny, jak moja Babcia przytula mnie do swojego serduszka, głaszcze, całuje i opowiada mi sekretne historie i  wtedy jakoś łatwiej mi usnąć. Ach. Co ja bym zrobił bez tej mojej Babci? Toż to Anioł, a nie człowiek. Babciu kochana, kocham Cię z całego serca, i dziękuję Ci za to, że codziennie uczysz mnie nowych rzeczy, za to, że pokazujesz mi jaki ten świat jest piękny, za to, że dzielisz się ze mną swoimi doświadczeniami, i w końcu najważniejsze -  za to, że JESTEŚ ze mną i dla mnie. 

Twój kochany Diabełko-Aniołek,
Bartłomiej Simiyu J. :)))))



PS. Hihihi... Pamiętasz Babciu? To wtedy, w trzeciej dobie życia zdobyłem Twoje serce moim uśmiechem nr 456 :) Dobry byłem, co nie? I niech mówią, żem nie Król ;) Kocham Cię :*

***

sobota, 17 września 2011

Mfalme na mfalmes.

Ok. Na wstępie prostuję - tak, opis jest w języku suahili, nie, w j.suahili nie występuje słowo mfalmes ;) Po prostu tak jest mi łatwiej nazywać siebie i Simbę :) On jest królem (j.suahili - mfalme), a jako, że nie znałam określenia na królową (Mąż nie chciał mi udzielić tej informacji, a mnie samej nie chciało się sprawdzać w translatorze) to wymyśliłam sobie swoje określenie :))) Tak więc, teraz istniejemy jako jedność - mfalme na mfalmes :) Od kilku dni Czekoladka ma problem z samotnym zasypianiem. Idealnym dla niego jest spanie blisko Mamy, dosłownie nos w nos. Ja sama oczywiście nie narzekam. Gdy tak leżymy zawsze powtarzam do Męża w suahili - "Tunapendana kila mmoja", co oznacza, że kochamy się nawzajem. I tak śpimy sobie jak ten król z królową :)))) Uwielbiam te nasze wspólne chwile (mój kręgosłup mniej, bo decydując się na spanie z królem, podejmuję wyzwanie spania w jednej pozycji :P). Leżymy sobie tak przytuleni, czuję jego oddech na swojej brodzie i ruch smoczka na ustach. Po prostu jest to tak niesamowite, że aż czasami nie mogę się opanować przed mocnym przytuleniem mojego Bobusia. Czuję jakbyśmy znowu byli tak blisko siebie, jak to miało miejsce w ciąży. Stykamy się brzuszkami i oddychamy równym tempem. Ach. Cudowna sprawa. Ta bliskość pozwala mi jeszcze bardziej cieszyć się z macierzyństwa. Jakiś czas temu czytałam artykuł o Orlandzie Bloom'ie, który wypowiadał się, że kocha zapach swojego synka. Boże. Jak ja go doskonale rozumiem. Nie ma chyba piękniejszego zapachu na ziemi, jak słodki oddech dziecka. Kocham każdą część jego ciała i nic co Bobusiowe nie jest mi obce hehe. Jest po prostu idealny. Co ciekawe, od kilku dni Bartuś całkowicie zmienił sposób zasypiania, jak na rękach może sobie poleżeć, popatrzeć na świat z pozycji półleżącej, tak w sen zapada dopiero po położeniu na poduszeczkę i przytulenie się Mamy. Rozkoszne i ekhm... wygodne ;) Dzięki Ci Synu, za odciążenie mojej łopatki. :))) W takim śnie na jawie sobie żyję... i proszę mnie nie budzić :))))



PS. od dziś zaczynam intensywny kurs suahili. Fajnie będzie móc wpisać w cv znajomość innego języka niż te europejskie :-) Wish me luuuck :) Co więcej? Powracam do ćwiczeń, bo wstyd się przyznać, ale od ślubu ćwiczyłam może z 2 razy!

***

czwartek, 25 sierpnia 2011

Imieninowo-konkursowo.

Część z Was, która śledzi nas na facebooku wie, że wczoraj były pierwsze imieninki w życiu Małej Czekoladki. Spędziliśmy je jak najbardziej rodzinnie, ale troszkę nietypowo. Otóż wybraliśmy się z Bartulkiem na grób jego imiennika prapradziadzia Bartłomieja. Bez pośpiechu i zbędnego zamętu w cieniu drzew spędziliśmy poranek, by następnie uciec przed upałem do Babci-Pra, zahaczając o obiadek i (jak się okazało w trakcie) malutką drzemkę. Mała Czekoladka, ku radości wspomnianej Prababci, po mlecznym posiłku zapadła w dłuuugi sen. Po pobudce udaliśmy się z powrotem do domku, w celu ochłodzenia Bartulka w wanience. Tak oto minął nam wczorajszy bardzo upalny, wręcz tropikalny, dzień.


A dzisiaj z okazji Bartulkowych imienin zapraszam Was serdecznie do minikonkursu. Nagrodą jest 15% rabat do sklepu internetowego www.vingue.com - galeria internetowa hand-made i vintage. Można tam nabyć cudowne akcesoria, bransoletki, naszyjniki, ubrania itp. (po szczegóły zapraszam na stronkę sklepu).

Zasady konkursu są proste. 
Należy polubić Naszego Czekoladowego Bloga na fb K L I K
To samo należy uczynić z fanpage'm sklepu www.vingue.com K L I K
oraz należy kreatywnie w komentarzu dokończyć konkursowe zdanie: Stylowa Mama to...

Osoba, która uczyni to najciekawiej zdobędzie konkursowy rabat.
Oczywiście w konkursie mogą brać udział także osoby, które nie są mamami, grunt to ciekawie rozwinąć zdanie.
Minikonkurs trwa od dnia dzisiejszego do 3. września :)
PS. osoby anonimowe poproszę o pozostawienie maila. 


UDOWODNIJMY WSZYSTKIM, ŻE MAMY TEŻ MOGĄ BYĆ STYLOWE :))) Bo styl to nie tylko ubranie, czy makijaż, ale o tym poczytam już w Waszych komentarzach :) Serdecznie zapraszam :)

Wyniki konkursu:
Zwyciężyła użytkowniczka: Rouquin Monde
Serdecznie gratuluję :-)

***

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Prof. nadzw. dr hab. Bartłomiej Simiyu.

Hihihi. Mój Synek jest moim wybawcą. Dzięki niemu zaliczyłam dzisiaj egzamin, na który najprawdopodobniej normalnie w ogóle bym się nie dostała. Był to egzamin ustny, a widok tłumów pod gabinetem profesora nie napawał optymizmem. Niestety nikt z obecnych nie chciał odstąpić swojego wywalczonego miejsca (w sumie to rozumiem i nawet nie wymagałam tego od nikogo) w kolejce do odpowiedzi. Po 2h teoretycznie przyszła nasza kolej, ale akurat wtedy dyżur się skończył. Profesor wyszedł na zebranie, a przechodząc obok nas stwierdził tylko: "No chyba nie przyszła Pani do mnie?". Moja twierdząca odpowiedź nie wzbudziła jego zachwytu, ale chyba sumienie go ruszyło, bo po ok 20 minutach wyszedł i pozwolił mi odpowiadać (z Bartkiem na rękach, który w momencie samego egzaminu obudził się i obserwował świat swoimi wieeeelkimi czarnymi oczkami). Zapytał mnie czy liczę na litość czy coś umiem. Odpowiedziałam, że oczywiście przyszłam z wiedzą w głowie. No bo jak to tak? W sumie była to szybka piłka: pytanie-odpowiedź. Obecność Bartulka pozwoliła mi się zrelaksować i nawet taka forma egzaminu nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Odpowiedziałam na wszystkie zadane pytanie, a i tak w indeksie widnieje 3.0. Ale to jest nieważne. Najważniejsze jest to, że udało nam się to załatwić dzisiaj, za jednym zamachem. Nie muszę ślęczeć pod gabinetem ani jutro, ani za tydzień. Wiem, że to dzięki Bartulkowi i jemu należą się największe podziękowania :))) Moje kochane Dziecko. Tyle ze mną przechodzi, że szok. Już nawet nie wiem, który raz zaliczamy razem uczelnię. A co najfajniejsze, mojemu Synkowi chyba się to podoba. Z zainteresowaniem obserwuje nowe miejsca, gabloty i ludzi. No właśnie... ludzi. Jejuuu. Dzisiaj nie mogliśmy się od nich opędzić ;p Każdy chciał popatrzeć, "pogadać" i zwyczajnie pobyć w naszym i Tatusiowym towarzystwie (na mojej uczelni widok Ciemnoskórego wzbudza zainteresowanie ;p). Na szczęście Bobkowi nawet to nie przeszkadzało. Ze stoickim spokojem odpowiadał uśmiechem na uśmiech, ani razu nie zapłakał. A w końcówce czekania zwyczajnie olał system i poszedł spać. Mój mały Bohater! :)))) 
A dzisiaj sprawdziłam tolerancję studentów i nakarmiłam Synka na korytarzu. Nikt się nie zbulwersował, w sumie nawet nikt nie patrzył, a ja sama nie obnosiłam się z tą czynnością. Bartulek grzecznie jadł, odbekiwał, a potem znowu z zainteresowaniem podziwiał maminą uczelnię.

Tak, więc dzień uważam za pozytywny. Uzyskałam zaliczenie z egzaminu, wzięłam zaległe wpisy, dowiedziałam się, że mam możliwość zaliczenia judo do końca września i zmiana nazwiska nie będzie tak skomplikowana. A tymczasem uciekam kąpciać mojego Profesora :))))))))

PS. a o kąpcianiu w jednym z kolejnych wpisów :)

***

sobota, 7 maja 2011

Świneczkowy zawrót głowy.

Dzisiaj będzie prywatnie (Czekoladowa Babcia, dzień w dzień powtarza: "Obiecałaś dziewczynom wpis, obiecałaś dziewczynom wpis"). Tak jest! Już jakiś czas temu obiecałam moim kochanym dziewczynom, że podziękuję  im ładnie za przemiłą niespodziankę, jaką zrobiły mi dokładnie w dniu urodzin. Nie podejrzewałam, że mam aż tak sprytne koleżanki (to, że są sprytne to wiedziałam, ale że aż tak? :P). Opiszę całą sytuację. W dniu urodzin, tj. 26 kwietnia, szykowałam się razem z Mamą, Dużą Czekoladką oraz Synkiem do wyjścia na spacerek, w celu odebrania nr pesel Bartulka. W trakcie ubierania Bąbelka rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzyła Czekoladowa Babcia, a tam Pan kurier prosi panią J. (czyli mnie hehe) do potwierdzenia odebrania paczki. Jakież było moje zdziwienie (nic nie zamawiałam na allegro, nic nie wygrałam w konkursach, więc o co chodzi?). Czym prędzej otworzyłam paczuszkę (mała to ona nie była, ale ok ;p), a tam co? Prezent od moich przyjaciółek: Beatki, Dorotki, Sylwii i Zosi. Cudowny, najpiękniejszy, przesłodki świnkowy kocyk dla Synka oraz maskotka-plecaczek, kto zgadnie w jakim kształcie? Ano też świnki :D:D:D (pisałam kiedyś, że kocham te zwierzątka). Patrzyłam, patrzyłam i oczom nie wierzyłam. Ale to nie koniec. W środku znajdowała się urocza kartka z życzeniami dla Dużej Czekoladki i dla mnie z okazji narodzin Bartusia. A żeby było jeszcze ciekawiej, dziewczyny dołączyły swoje zdjęcia :) Żałuję tylko, że nikt nie zrobił mi zdjęcia podczas czytania tych życzeń. Jesteście niesamowite. Tyle miłych słów, tyle pozytywnych zdań dawno nie przeczytałam, co najważniejsze, czułam, że są one w 100% szczere. Kochane moje, zrobiłyście mi taką niespodziankę, że trudno będzie ją pobić komukolwiek kiedykolwiek. Oczywiście Synek dokładnie w tym samym dniu, wypróbował kocyk w drodze do urzędu. Wyglądał przesłodko, wiadomo, że róż nie do końca jest męski, ale jak same napisałyście - ładnemu we wszystkim ładnie. Teraz nie ma spacerku bez eskorty pana Świnki oraz kocyka. Powiem Wam, że ten prezent utwierdził mnie tylko w tym, że nasza przyjaźń jest wyjątkowa. Pomimo tylu kilometrów, które nas od siebie dzielą (każdą z osobna) potrafimy trzymać się razem i wzajemnie wspierać. Jesteście niesamowite :) Zdjęcia (special 4 u :*) w świnkowym kocyku i z maskotką prześlę Wam, jak tylko zgram je na kompa. Zrobiłam już kilka ujęć, ale jeszcze szukam tego jedynego, idealnego :) Jeszcze raz wielka buźka dla Was i jak już wspominałam - czekam na nasze wspólne spotkanie, już wkrótce! :* Moc uścisków ode mnie, A. i od Czekoladowego Bartulka :))))
http://www.crazyshop.pl/prod_6180_kocyk_-_swinki.html

***
A teraz big news: dokładnie 2 miesiące temu o godzinie 5:45 straciłam serce dla mojego małego, dużego Czekoladowego Króla :)))) Syneczku, syneczku... dużo zdrowia dla Ciebie (to jest najważniejsze), smacznego cycusiowego mleczka, jak najwięcej spokojnie przespanych nocy (hehe to chyba życzenie dla mnie ;p) i samych radosnych, bezzębnych uśmiechów :) Kocham Cię Bąbelku :* 


 ***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjo - 40 min + 30 min (sama nie wiem ile w sumie, bo jeżdżę dziś na raty oO) v
spacerek 2h v
ćw. na brzuszek v
hantelki v

 ***

wtorek, 3 maja 2011

"Eja, eja, eja" - czyli, że chrzest Bartusia :D

Ojej. To było przeżycie. Do tej pory mam banana na twarzy jak sobie przypomnę wczorajsze wydarzenia. Hehe, ale do rzeczy. Od rana w domu wyczuwało się napiętą atmosferę. Wszyscy byli poddenerwowani, ze mną na czele. Nikt nie wiedział co nas czeka, zaczynając od pogody, a kończąc na samej ceremonii chrztu. Jak z pogodą nam się udało, tak z samą ceremonią ekhm... też :)))) Wszystko było zaplanowane od A do Z (no może z tym Z troszkę przesadziłam ;p). Pory karmienia zostały tak ustalone, żeby podczas samej ceremonii w brzuszku Bartulka kiszki nie konkurowały z kościelnymi organami. A było co planować: podanie zagęszczacza, później Delicol, karmienie, odbeknięcie, odczekanie chwili, żeby zmienić pieluszkę i ubrać Czekoladkę, aby w końcu posadzić Króla w jego nosidełkowym tronie. Muszę przyznać, że Synek wyglądał pięknie w swoim nowym ubranku, które okazało się nad wyraz praktyczne (Czekoladowa Babcia to ma jednak zmysł kupowania ubrań ;p). Drogę do kościoła Bobuś przespał praktycznie całą, obudził się dopiero pod kościołem na dźwięk bicia dzwonów. Wydawało się, że po nieprzespanej nocy będzie spał dłużej i głębiej, ale niestety tak nie było ;p (znowu wyskoczył mi banan na twarzy hahaha). Pierwszą czynnością jaką musieliśmy uczynić, było złożenie podpisów w księgach (pisałam już, że wszystko robione było na wariackich papierach, dlatego podpisy składaliśmy 5 min przed chrztem ;p). Delikatnie próbowaliśmy wybadać, jak odbywa się ten cały chrzest, ale ksiądz udzielił nam tylko zdawkowych informacji (które nota bene błędnie zinterpretowaliśmy ;)). Pisząc o błędach mam na myśli m.in.: zajęcie nie tego miejsca co trzeba haha, założenie szatki na Czekoladkę nie w tym momencie co trzeba, wyjście z kościoła nie w tym momencie co trzeba itp. No, ale nieważne. Najpiękniejsza była sama msza, a właściwie jej początek. Mianowicie w momencie rozpoczęcia mszy, w chwili wielkiej ciszy i skupienia, Synek postanowił pokazać całej parafii, że on tam jest. Zaczął na cały kościół krzyczeć z panem pingwinem w ustach, co układało się w piękną pieśń złożoną ze słów dobrze znanych domownikom: "Eja, eja, eja". Owa pieśń znajdowała odpowiedź w postaci kościelnego echa. Ja z burakiem na twarzy, nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, zresztą nie tylko ja, bo i księża oraz ministranci. Nie wiem jaka reakcja była ludzi obecnych na mszy, bo nawet nie miałam odwagi się odwrócić. Generalnie wyglądało to tak, że jak grały organy i ludzie śpiewali, to Synek z zaciekawieniem obserwował lampy kościelne. Natomiast w momencie ciszy, on sam dawał swój koncert. Co najśmieszniejsze, gubił przy tym buty (nie nasza wina, że ma małą stópkę, a buty robią na nieco większe szkraby ;p). Sam moment chrztu był piękny - ksiądz naznaczył czoło Synka znakiem krzyża (mówiąc przy tym: "Mam nadzieję, że się nie obudzi ;p"), następnie my - rodzice oraz rodzice chrzestni uczyniliśmy to samo. Później przyszedł moment polewania główki wodą (nic, że mieliśmy malutki problem z odwiązaniem czapeczki - ah ta podwójna broda). Jak samo polewanie główki nie wzbudziło w Czekoladce żadnych głośniej okazanych odczuć, tak namaszczanie olejkami bardzo mu się nie spodobało ;). Ksiądz zażartował do nas, że musimy zabrać Bobeczka do fryzjera, bo ma tyyyle włosów (szczerze? nie pierwszy raz to słyszę). Ojciec chrzestny na znak księdza odpalił świecę, bardzo uważając, by nie zgasła przy powrocie (nie wiem czy znacie ten przesąd, ale ja tam w niego wierzę, więc jestem bardzo wdzięczna, że o to zadbał). Może pominę moment naszej "ucieczki" sprzed ołtarza haha (błędna interpretacja słów księdza), a potem szybki powrót przed czujne oko księdza. Rany, rany... jak to podsumował mój brat (chrzestny Synka): "jakby tak nagrać ten chrzest i wrzucić na youtube to biłby on rekordy oglądalności". Hmmm... niestety muszę się z nim zgodzić hehe. No co? Było, minęło. Grunt, że w dniu 2 maja 2011 Synek wstąpił w grono Dzieci Bożych i za wstawiennictwem św. Bartłomieja idzie drogą Chrystusa (ksiądz spytał nas, czy może używać tylko jednego imienia, z obawy przed pomyłką w imieniu Simiyu). Po samej mszy, wszyscy udaliśmy się do Babci-Pra na malutkie przyjęcie (Bartulek podziękował ładnie cudownym, długim, bezzębnym uśmiechem :)). Czekoladka bacznie obserwowała całe to zajście, raz po raz krzykiem dając znać na czyją cześć świętujemy (ja, jak zwykle skromnie, inni troszkę mniej ;p). Amen. 

PS. Dziękuję wszystkim, którzy uczynili ten dzień wyjątkowym dniem Czekoladki (mojej Babci, moim rodzicom, bratu, Dużej Czekoladce, cioci ;) Magdzie z rodziną oraz przesympatycznym księżom).


Prześliczne kwiaty od Matki Chrzestnej Czekoladki :)))


***