Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczekiwanie na poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczekiwanie na poród. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 marca 2012

Rok temu o tej porze...


Pamiętacie? Bo ja nie do końca hehe. Pamiętam tylko, że około godziny 18stej zaczęły mi się sączyć wody płodowe. Szybciutko pobiegałam do Mamy, powiedzieć jej, że to chyba już, potem kazałam Dużej Czekoladce zrobić fotkę brzuszka z okrzykiem: "Szybko, szybko. Zaraz go nie będzie. Rodzę!". Po ekspresowej sesji zdjęciowej, wzięłam prysznic, ogarnęłam się. Następnie Mama pobiegła po sąsiadkę-położną, by ta sprawdziła, czy to na pewno poród. Po krótkim badaniu, wody chlusnęły jeszcze bardziej, a położna krzyknęła: "Szybko zbieramy się. Rozwarcie na dwa palce, czułam włosy! Mnóstwo włosów. Rodzimy". Po około 10 minutach, zwarci (a niektórzy rozwarci hehe) i gotowi ruszyliśmy w stronę szpitala. W międzyczasie wysyłałam smsy do znajomej, że rodzę i ma trzymać kciuki. Samego momentu wejścia do szpitala nie pamiętam. Chyba z emocji. Kolejny moment, który mi świta (z racji lekkiego bólu) to badanie na łóżku z ktg, po którym wody buchnęły ze mnie jak z rozbitego balona. Ktg nie wykazywało żadnych skurczów, te przyszły dopiero po kroplówce z oksytocyną. Prawdziwy poród zaczął się około godziny 22 i trwał 7 godzin i 45 minut, do godziny 5:45 (7 marca 2011r.), gdy Malutka Czekoladka wyskoczyła z brzuszka :) Samego porodu nie opisuję, bo bym się popłakała, zbyt dużo emocji, nawet po roku. I pomyśleć, że teraz patrzę na skaczącą Czekoladkę w rytm Move like Jagger. Czas pędzi jak szalony...

06.03.2011 - ok. 18.00

Teraz, z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować Wam za wsparcie w tamtym okresie, za miłe słowo i wszystkie komentarze. Byliście, jesteście i będziecie niezastąpieni.

A także chciałam złożyć wyrazy szacunku i miłości na ręce mojego Męża i Mamy, którzy byli ze mną i Czekoladką podczas tej ciężkiej walki - walki o nasze nowe życie. 

***

niedziela, 6 marca 2011

Tudum, tudum...

Czyli, że 6 ktg? Doookładnie. A na nim zero nowości. Chociaż tyle, że na dzisiejsze badanie wybrałam się z moją Dużą Czekoladką, więc nie było stresu ani nudy. Co prawda, byłam przekonana, że A. będzie musiał poczekać na korytarzu, ale sama położna zaproponowała, że "mąż" może mi towarzyszyć. Bez chwili namysłu zawołałam Dużą Czekoladkę do pokoju, sama położyłam się na łóżku i po podpięciu pasów leżałam sobie wsłuchując się w rytm serduszka. Dzisiaj sprawiało mi to wielką frajdę, pewnie dlatego, że mogliśmy napawać się tą chwilą razem. A. nie próżnował i z zaciekawieniem obserwował zapiski ktg (słychać było, że  Synek reaguje na Tatusia), nawet zrobił mi i Synkowi pamiątkową sesję na łóżku z podpiętym ktg. Nie wiem czy jest to dozwolone, ale nie bardzo się tym przejmowaliśmy ;p Pamiątka będzie jak ta lala. Jak już wspominałam na wstępie, wykresik idealny, tętno na dobrym poziomie, skurcze jakieś tam są, ale naprawdę minimalne i nieodczuwalne. Także wszystko bez zmian. Jak widać, Synek nie pcha się na ten świat. Chociaż dwie noce temu byłam przekonana, że coś zaczyna się dziać, jak mnie chwycił skurcz, tak prosiłam A., żeby mnie nie dotykał, bo zaraz umrę. Skurcz trzymał mnie tak ok. 5 minut (albo mi się tylko wydawało), a potem jak puścił tak nie wrócił. W myślach powtarzałam sobie: "No dalej, dawaj... jeszcze raz", ale bezskutecznie. Nie, żebym była jakąś masochistką, która lubi ból, ale po tylu spokojnych dniach chciałam, żeby coś się ruszyło. No, ale niestety jeszcze nie teraz. Dzisiejszej nocy też miałam szereg różnych boleści, ale takich typowo przedokresowych, więc nawet zbytnio się na nich nie skupiałam. A. całą noc czuwał i pytał czy mnie dalej boli, ale ja zaprzeczałam, bo w sumie co to za ból? Hmm... chociaż dla całusków w nosek mogłam skłamać, że boli hehe, ale i tak dostało nam się buziaczków (A. myślał, że śpię, a ja czułam jak całuje nosek i przytula :))).


Duża Czekoladka wzbudziła dzisiaj nie lada sensację w szpitalu. Najpierw wśród położnych (myślą, że nie zorientowaliśmy się, że nie bez powodu podpinała mnie inna położna, a odpinała już inna :D). Opiekę miałam jak nigdy. Jak z reguły sama muszę się dopytywać o różne kwestie, tak dzisiaj same informowały mnie o wszystkim, nawet o tym kiedy mam przyjechać do szpitala w razie początku porodu. Następnie już jak wyszliśmy z położnictwa, na schodach zaczepiła nas jakaś pielęgniarka z pytaniem: "A jak się Panu podoba u nas w szpitalu? Dobrze jest?". Ja patrzę na A., on na mnie... Bo w sumie co tutaj odpowiedzieć? Widać, że był to byle pretekst do rozmowy. Wykorzystując uwagę personelu, zapytałam o wc, pani co prawda nie wiedziała gdzie jest, ale sama poszła poszukać z nami toalety. O rany, rany. Ja poszłam za potrzebą, a A. dalej był przepytywany (wpadł jak śliwka w kompot, jak pokazał, że umie i rozumie polski haha) ;p Biedak. Hehe, po tych doświadczeniach jestem spokojna o opiekę swoją i mojego Synka. Wiem, że wzbudzając taką sensację, mogę liczyć na zainteresowanie większości pracowników szpitala. Hehe i to pytanie przy ktg: "To znaczy, że Synek będzie taki ciemnoskóry, tak?" A ja na to, że Mulatek. Nie powiem, uśmiech na twarzy wskazywał jedno - będzie trzeba go oblookać :D Widzicie jak fajnie mieć takie Czekoladki ze sobą :D:D?

Z analizy mojego kalendarzyka okresowego wychodzi mi, że powinnam urodzić 8 marca (nie wiem skąd ja wytrzasnęłam mój 29 dniowy cykl oO, chyba byłam w szoku po dwóch kreskach na teście), czyli tak samo jako wg usg. Zobaczymy czy Synek zechce zrobić prezent mamusi i babci na dzień kobiet. :)))))

Hihi, a my z Mamą szturmujemy allegro (żeby nie było mi smutno, że nie mogę pochodzić sobie po galerii ;p)
Teraz tylko zrobić przelewy i czekamy na paczuszki hihihiiiii.

W ogóle to nie mogę się doczekać aż będę mogła iść sobie pobiegać, poćwiczyć intensywnie, pomalować paznokcie na różne ciekawe kolory (nienawidzę moich niepomalowanych paznokci :((), ubrać moje ciuchy sprzed ciąży (nie mówię, że od razu, ale na bank zrobię wszystko, by znowu je założyć), skrócić włosy czy zwyczajnie napić się reddsa leżąc w pozycji, która mi odpowiada, a nie brzuszkowi ;p


***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 1h v
malutki spacerek v

***

piątek, 4 marca 2011

Piąty zapis ktg.

I zero zmian. Wszystko w jak najlepszym porządku. Skurczy brak, Czekoladowe tętno na dobrym poziomie, brzuch nie opadł, także poród raczej nie nastąpi za szybko. Ech, zaczyna mnie to wszystko dołować. Boję się, że pewnego dnia usłyszę, że muszę zostać w szpitalu na wywoływanie porodu albo co gorsza na cc (pisząc co gorsza, mam na myśli mój lęk przed wszelkimi operacjami, ale wiadomo, że jak będzie taka konieczność to nie będę nic mówić, bo najważniejsze jest zdrowie Bobka). Mój lekarz nawet dzisiaj do mnie nie wyszedł (miał wizytę), na szczęście dzięki znajomej położnej dowiedziałam się chociaż, że na kolejne ktg mam się zgłosić w niedzielę, a jak nic się nie ruszy to we wtorek będą decydować do dalej...

http://www.blog.przedporodem.pl/

Dzisiaj zdecydowanie nie jest mój dzień. Noc mam w plecy, cały czas budziłam się przez ból żołądka, dwa razy byłam bliska zwrócenia wszystkich pączków, które zjadłam. Przypomniały mi się czasy z początków ciąży, chociaż wtedy poza mdłościami nie miałam innych niedogodności ciążowych. Potem we znaki dało mi się gardło, które boli mnie niemiłosiernie. Do tego chyba miałam gorączkę, było mi tak zimno, a jednocześnie byłam rozpalona. Jak praktycznie całą ciążę przechodziłam bez większych przeziębień tak chyba na koniec próbuje mnie coś złapać. Masakra jakaś! Na domiar złego jak już udało mi się usnąć to zaraz budziłam  się przez koszmary senne. Jeju. Nie wspomnę o zgadze! Komu i czym zawiniłam? Mam nadzieję, że dzisiaj przy boku mojego Ukochanego usnę spokojnie. W końcu będzie mój ulubiony buziaczek w nosek na dobranoc i dzień dobry :))))))

Zrobiłam zakupki na przyjazd A. W sklepie zostałam przepuszczona w kolejce przez miłego pana (hehe nic, że woń alkoholowa prawie zaczadziła mi Bobusia ;p). Pogoda zaczyna się poprawiać, zachęca na spacerek, a tu co? Gardło mi nie pozwala skorzystać z uroku przedwiośnia. Aaaa.

Miły akcent dnia - położna stwierdziła, że nie widać w ogóle po mnie dodatkowych kilogramów. Gdyby nie brzuszek to nie wiedziałaby, że jestem w ciąży. :)))) Dziwne. Ja się czuję jak mały czołg ;p

Najmilszy akcent - mamy Tatusia na caluuuutki weekend :))))))) Dlatego Synku mam pewną propozycję. Może zechciałbyś nas zaszczycić swoją obecnością w tym czasie :))? Byłoby nam niezmiernie miło :P

***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 45 minut v

***

czwartek, 3 marca 2011

"Towarzyskie dziecko".

Witamy w ten jakże smaczny dzień. Dla nas chyba za smaczny, bo czujemy się pełni i ciężcy. Zjadłam dzisiaj dużo za dużo pączków, dlatego teraz pedałuję sobie na rowerku stacjonarnym (dzisiaj jadę na czas - licznik dalej nie działa). 

http://www.paczekdlaciebie.pl/

Meldujemy się w niezmienionej formie - ja i Czekoladka w brzuszku. Synek chyba wziął sobie do serca bycie gentlemanem i nie wychyla się przed szereg (pozdrawiamy http://maleziarenko.blox.pl/html z Emilką w brzuszku i przy okazji składamy życzonka urodzinowe :* Sto lat.). Najpierw Emilka, a potem mój Synek, tak jak się umawiałyśmy :))))

Co u nas nowego? Dzisiaj wybraliśmy się na czwarty już zapis ktg. Szybciutko wykonaliśmy poranną toaletę i wymaszerowaliśmy do szpitala. Pogoda fajna, więc można sobie spacerować. Na badanie przyszliśmy ok. 10 rano, pani położna (inna niż zwykle - za niedługo chyba poznam cały personel położniczy) obwiązała nas pasami, włączyła maszynę i zostawiła na 20 minut. Co jakiś czas zaglądała inna położna, która kontrolowała czy zapis jest prawidłowy, gdyż słyszała jak Synek kopie w aparaturę. Co najdziwniejsze, jak tylko pojawiała się obok nas to Czekoladka udawała, że sobie smacznie śpi i to nie on jest sprawcą tych odgłosów. Sekundę po wyjściu położnej na nowo zaczynały się harce w brzuszku. Sama położna podsumowała to tak: "Jakie towarzyskie dziecko, jak ja tam jestem to się uspokaja, a jak tylko wychodzę to mnie nawołuje". Hehe, no to sobie znalazła wytłumaczenie, co nie Synku? 
Podczas badania musiałam przyciskać do brzucha mocniej ten czujnik, bo od tych kopniaków nie rejestrowało się tętno Synka. Po kilku minutach czułam jak zdrętwiała mi ręka, ale twardo przytrzymywałam czujnik. Zapis wyszedł dobry, zero skurczy, Synek aktywny... Tylko ja jakoś tak słabo poczułam się po tym badaniu. Po wyjściu musiałam chwilkę posiedzieć pod gabinetem, słabo mi się zrobiło, żołądek tak mnie rozbolał, że myślałam, że będę musiała szybko odwiedzić toaletę. Na szczęście po kilku minutach mi przeszło, podeszłam z zapisem do mojego lekarza i umówiłam się na jutro na poranne ktg. Także z samego rana (ok. 8) znowu przemierzymy dobrze nam znaną trasę w celu sprawdzenia czynności skurczowych mojej macicy i serduszka Czekoladki.
Po powrocie do domku od razu padłam na łóżko, osłabienie dalej się utrzymywało, zaczął mnie boleć żołądek i dolna część brzucha. Odwiedziłam toaletę w celu przeczyszczenia jelit (wybaczcie ten opis :P) i poczułam się troszkę lepiej. Szczerze to przestraszyłam się troszkę czy to aby nie zwiastun porodu, w końcu podobno organizm sam zaczyna się przeczyszczać przed porodem, ale na jednorazowym incydencie się zakończyło. Pewnie to przez moje łakomstwo (ach, ten tłusty czwartek). Teraz czuję się o wiele lepiej (poza moim bolącym migdałem :(((), mam lekkie boleści brzucha, ale raczej takie standardowe jak przed okresem. Jutro przyjeżdża do Nas Czekoladowy Tatuś, więc wtedy dopiero możemy rodzić.


Coraz więcej znajomych dopytuje się czy to już, czy Synek jest już na tym świecie, kiedy wyjdzie itp. Jeszcze mnie to nie wkurza, ale myślę, że jak minie termin z usg to zacznie mnie to irytować ;p W końcu mam nr kom. Jak urodzę to napiszę, co nie? Ech...A Wy nic się nie martwcie, jeżeli tylko zachowam trzeźwy umysł to napiszę Wam tutaj, że coś się ruszyło i, że jedziemy "walczyć" na porodówkę.

***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 45 minut v

***

środa, 2 marca 2011

termin z OM.

Dokładnie dzisiaj wypada termin z ostatniej miesiączki. Chociaż czy ja wiem? Teraz, tak z perspektywy czasu, widzę, że troszkę się zagalopowałam z podawaniem długości mojego cyklu, bo on wcale, a wcale nie trwał 29 dni... raczej ponad 32. No, ale czy to jest teraz istotne? W karcie ciąży mam wpisaną datę: 2.03.2011r. i nic tego nie zmieni. Tak więc od dnia jutrzejszego będę się "przeterminowała". Jak na razie zero jakichkolwiek objawów, jedno wielkie zero, nawet brzuch mi nie opadł. Czuję się dobrze, no może poza bolącym żołądkiem od obżarstwa (ciiiiii), nadwrażliwymi piersiami i lekkimi zakwasami po wczorajszym spacerze (przesadziłam chyba oO). Synek ruchliwy cały czas, kopie mnie intensywnie zarówno w nocy jak i w dzień. Pewnie denerwują go moje pytania o to kiedy ma zamiar pojawić się po tej stronie. Hihi. Jutro kolejne ktg, już mam dość tego badania, no ale cóż zrobić. Trzeba zacisnąć zęby i iść. Ych.


A co u mnie? Tragedia! Rowerek mi się zepsuł. Tzn. jeździć mogę, ale nie mam licznika i nie wiem ile km przejeżdżam. Aaaaa... dzisiaj miałam niezłe zaskoczenie, gdy chciałam skontrolować ile przepedałowałam, a tam na liczniku: 0.00. Po zdrętwiałych pośladkach sądzę, że było 20 km, ale ręki sobie nie dam odciąć, dlatego dzisiaj jeszcze wskoczę na rowerek, żeby mieć pewność, że dzienna dawka ruchu została przeze mnie wyrobiona :))))

http://uniejow.pl/index.php?id=45

Co do ślubu to próbujemy dalej, ale w innym Urzędzie (może dlatego Synek się nie spieszy, żebyśmy załatwili wszystkie formalności?). Nie poddam się. Nikt nie będzie mi rzucał kłód pod nogi. Nie tym razem. Będziemy walczyć :)))))))) Prawda jest taka, że ten papierek nie jest nam jakoś szczególnie potrzebny do szczęścia. Kochamy się, szanujemy, planujemy być razem, można powiedzieć, że mamy dziecko, nawet obrączkami możemy się wymienić, a ślub wziąć w Tanzanii, bez problemów i zbędnych ceregieli. Tylko pojawia się problem karty pobytu A. w Polsce, gdyż aktualna kończy się wraz z obronieniem się na uczelni. Nie pozwolę, żeby bądź kto decydował o moim życiu... a już na pewno nie po drodze, którą już pokonaliśmy w Sądzie. Swoją drogą, nie rozumiem jak USC może podważać zdanie Sądu Wojewódzkiego... Bez komentarza. Wiem jedno - DAMY RADĘ! Bo miłość wszystko zwycięży!

PS. Marzy mi się ryż z fasolą... ale taki z afrykańskimi przyprawami. Ajajaja.


***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - mam nadzieję, że ponad 20km v
spacerek v  - miałam wrażenie, że mam nóż w szyjce macicy, który co krok mnie kaleczył, ała! :(

***

wtorek, 1 marca 2011

Cicho sza!

"Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza, nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza". 
Hehe tak mi się skojarzyło. Bobuś nie spieszy się na ten świat, w sumie to i dobrze, bo jeszcze pogoda nie zachęca do spacerków z Synkiem. ;p Ale nie ukrywam, że chciałabym go już przytulić i wycałować za tych całych 9 miesięcy.


Dzisiaj byliśmy z Synusiem na 3 zapisie ktg. Jak się można domyślić po tytule wpisu, na zapisie jedno wielkie CICHO SZA. Zero skurczy, zero niepokojących sygnałów (poza tym cholernym śluzem ;p). W przeciwieństwie do ostatniego badania, Czekoladka dzisiaj szalała jak mała antylopka :))) Przez to, zapis jest niekompletny, urywa się z każdym kopniakiem w aparaturę ktg. Położna powiedziała, że dawno nie widziała tak aktywnego dziecka (hmmm... to chyba moja wina, przed samym badaniem zjadłam Liona, bałam się, że znowu Bobuś prześpi badanie i mnie nastraszy). Ni z tego, ni z owego zaczęła się rozmowa o korzeniach Czekoladki, co ciekawe, położna była dosyć zorientowana w temacie Afryki (zazwyczaj jak wspominam coś o Tanzanii to ludzie mylą ją z Tasmanią albo co najśmieszniejsze z Tunezją hehehe). Nie ukrywała swojej ciekawości co do wyglądu A., jego pochodzenia, pobytu w Polsce, spraw urzędowych itp. Zapowiedziała, że sama przyjdzie popatrzyć na moją Malutką Czekoladkę hehe. No i tym sposobem Bobuś ma zapewnioną 100% opiekę "ciekawskich" pań. Ale może to i dobrze, w końcu będzie pod stałą kontrolą personelu medycznego. :)))) Od mojego lekarza dzisiaj za dużo nie wyciągnęłam, poza tym, że mam przyjść na ktg w czwartek, w razie porodu wcześniej (of course). Niestety był zalatany bo robił zabieg... nie chciałam przeszkadzać, więc wszystkie pytania postaram się zadać przy kolejnym badaniu. Od położnej dowiedziałam się, że do szpitala mam przyjechać jak skurcze będą bardzo silne, co 4-5 minut, z innymi mam sobie radzić w domku (kąpiel, relaks, sen, jedzenie) bo jak już będę w szpitalu to nie dostanę nic do jedzenia... Ajjj. Ta wizja mnie przeraża i skutecznie odstrasza od za wczesnego przyjazdu na oddział. W sumie to chciałabym, żeby ta położna była przy moim porodzie, wydała mi się kompetentna i godna zaufania, ale jak będzie to już wyjdzie przy porodzie. Po raz drugi usłyszałam, że rodzić trzeba z głową... Postaram się o tym pamiętać podczas porodu. Co więcej? Dowiedziałam się, że A. może być ze mną przy porodzie nawet na sali ogólnej (jest tylko jedna sala rodzinna, która zazwyczaj jest już zajęta). Poza tym położna była zaskoczona, że Duża Czekoladka chce być przy porodzie, była przekonana, że Afrykańczycy nie chcą uczestniczyć przy takim "czymś". Heh... dziwne, nie wiem skąd takie przekonanie? Czyżbym trafiła na Afrykański Diament? :P:P
To tyle z frontu przedporodowego, jakby się miało coś zmienić to od razu dam znać. Don't worry :))))

Teoretycznie jutro mam termin porodu (z ostatniej miesiączki). Nie sugeruję się tym, ponieważ mój cykl był bardzo rozregulowany... Zresztą, co by nie było to Synek wie kiedy ma wyjść. W końcu musi być mądry... Po takim Tatusiu - Tanzańczyku :D (ludzi fascynuje to, że on sam "wyrwał się" z biednego kraju, na stypendium naukowe do Europy)  Love You Baby!


***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 20 km v
odkurzanie (hehehehe) v
spacer v

***

poniedziałek, 28 lutego 2011

Życiowy Syzyf.

Tak, tak to ja. Napiszę Wam tylko tyle, że na razie ze ślubu nici. Obrączki nie zamówione, salę trzeba odwołać. Dlaczego ja się łudziłam, że pech mnie opuścił i, że dostanie zgody sądowej to koniec moich życiowych schodów? Po raz kolejny życie pokazuje mi, że przedwczesna radość jest nie na miejscu.

Ale nie poddam się. We gotta fight for this love!

http://ryjbuk.pl/syzyf-256989

***
Ze spraw ciążowych - chyba coś się zaczyna pomalutku dziać. Tzn. regularnych skurczy brak (przynajmniej ja nic nie czuję), ale dzisiaj z nerwów chwycił mnie nagły skurcz, a potem w toalecie zaobserwowałam dziwną galaretę. Nie mówię, że to oznacza, że czop mi odszedł, ale to coś mnie troszkę zaniepokoiło. Zobaczymy na dniach. Poza tym szyjka strasznie mnie kłuje, mam wrażenie, że Synek jeździ mi głową po ekhm. :P Jutro ktg, więc może będę wiedzieć coś więcej. Wolałabym poczekać do weekendu, żeby A. mógł być z nami, ale tak naprawdę to nie ja o tym decyduję. 

PS. dziwnie mi w domku, kiedy wszyscy chodzą na uczelnię ://////

***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 20 km v

***

niedziela, 27 lutego 2011

Meldujemy się :)))

...w dwupaku, ku rozpaczy niektórych (Moja Mama i ja chyba najbardziej czekamy na Synka). Hehe, coraz więcej osób nie może się doczekać przyjścia na świat Czekoladki, najwytrwalszy, o dziwo, jest A. Nawet czasami mam wrażenie, że jest na mnie zły, że ja tak wyczekuję tego porodu. Jego zdaniem Synek wie kiedy ma wyjść i nie ma sensu tego przyspieszać. Teraz powinnam się cieszyć z brzuszka i kopniaczków. W sumie ma rację, ale wiadomo, że takie wyczekiwanie staje się męczące. Jakby na to nie patrzeć, to żaden z terminów mi jeszcze nie minął, więc nie powinno być powodów do stresu. Z ostatniej miesiączki termin mam na środę, z pierwszego usg na 12/13 marca, a z drugiego na 8 marca, także nie wiem skąd to moje wielkie wypatrywanie oznak porodu. Synek ma się dobrze, wyciąga swoje nóżki codziennie, wczoraj nawet skopał Tatusia po plecach ;p Nasz malutki rozrabiaka. Jestem pewna, że nie spieszy mu się tak bardzo na ten świat, po pierwsze pogoda nie zachęca do wychodzenia, a po drugie w brzuszku ma wszystko czego mu potrzeba. Ok, może nie wszystko bo miejsca mu brak, ale i tak wytrwale stara się powiększyć swoje lokum. Po trzecie, Synek jest pół Tanzańczykiem, a co za tym idzie - pole, pole, to jego dewiza życiowa. On ma czas, to my mamy terminy, zegarki :) Jak widzicie, wizja mojego A. się nie spełniła, nie urodziłam 26stego, ale to nie znaczy, że nie urodzę w sobotę, bo przed nami jeszcze kilka sobót. Teraz sprawdzimy czy moja wizja (13sty marzec) się spełni. Swoją drogą miło by było, 13.03 to rocznica naszego pierwszego pocałunku z Dużą Czekoladką hehehe.

Czy mam jakieś objawy? Poza bólami brzucha takimi typowo jak przed okresem nic więcej nie zaobserwowałam. Czasami dziwnie mnie ciągnie brzuszek, ale w sumie w czasie całej ciąży mogłam takie coś zaobserwować. Myślę, że w dwupaku jeszcze troszkę sobie pobędziemy... Ale może to i dobrze? Przykro mi, że za niedługo nie będę go miała na wyłączność, ale przecież taka jest kolej rzeczy. We wtorek mam kolejne ktg, zobaczymy czy coś wyjdzie, mam nadzieję, że nie będę miała powtórki z ostatniego zapisu... Nerwów nie potrzebuję. Na szczęście na dyżurze będzie mój lekarz, więc nie boję się o ocenę zapisu badania...

http://www.canpolbabies.com/

Ze spraw codziennych - A. jest u mnie od soboty, w końcu możemy spędzić sobie czas we trójkę :))) Nareszcie mógł ocenić wszystkie kroki przygotowawcze dla Synka: łóżeczko, wózek, "banana", przewijak itp. (sam dowiózł wielką torbę ubranek od naszych wspólnych znajomych :)) Oczywiście jak się można domyślić ocena była jak najbardziej pozytywna. Co więcej? W poniedziałek idziemy do urzędu stanu cywilnego złożyć dokumenty i ustalić datę ślubu, a później do jubilera zamówić obrączki :)))) Brat ma się dowiedzieć o salę na przyjęcie poweselne, może uda się też wybrać zaproszenia. Także jak widać korzystam z czasu przedporodowego, nie marnuję ani chwili... bo domyślam się, że później ciężko będzie wygospodarować odrobinkę czasu. 

PS. nie mogę obiecać, ale mogę zapewnić, że POSTARAM się dać znać jakby coś się zaczęło dziać. Pewnie będzie to tylko kilka zdań typu: mam skurcze, jadę do szpitala, ale wiem, że to będzie i tak wystarczające hehe. Pozdrawiam razem z Czekoladkami :*:*:*

***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 20 km (48 minut) v

***
mały czekoladowy słowniczek:
pole pole - powoli, powoli

***

piątek, 25 lutego 2011

Synku... Nie straszymy Mamy! :*

Dzisiaj byłam na 2 zapisie ktg. Standardowo wybrałam się pieszo, bo jak wspominałam ostatnio do szpitala mam stosunkowo blisko. Dzisiaj wybrałam sobie drogę trochę bardziej skomplikowaną, bo ze schodami, ale nie sprawiało mi to większego problemu. Na samo badanie weszłam zaraz po przyjściu na 3 piętro (na szczęście nie było kolejki), pani położna podłączyła całą aparaturę do mojego brzuszka, następnie zapytała o nazwisko, wiek i o to czemu się tak stresuję (szczerze, myślałam, że nie widać tego po mnie). Na moją odpowiedź, że szpital tak na mnie działa, ona tylko odburknęła: "To ciekawe jak pani urodzi?". Ech. Nie chciało mi się nawet dalej rozmawiać, położyłam się na boku i słuchałam sobie bicia serca Synka. Po kilkunastu minutach takiego leżenia maszyna zaczęła głośno pikać. Przyszła inna położna, popatrzyła, poprosiła mnie o zmianę pozycji na drugi bok, zapytała, kto jest moim lekarzem prowadzącym i poszła sobie. Po jakiś 5 minutach przyszła z lekarzem, kazali mi się położyć na plecach (masakra!), poszturchali mi Bobka i czekali. Lekarz popatrzył, popatrzył i mówi: "No za mała rozbieżność. Na kiedy ma Pani termin?". No to ja mówię, że na 2 marca... A on do położnej: "Trzeba popatrzeć, za blisko terminu, proszę patrzeć". No i tak leżałam cała w nerwach, pytam się położnej czy coś jest nie tak, a ona, że po prostu linia jest zbyt równa, a oni chcą zobaczyć wykresiki i wyszła na chwilkę. Mi się aż niedobrze zrobiło, pot mnie oblał, łzy stanęły w  oczach a w gardle zrobiła mi się gula. W głowie tylko jedna myśl: "Boże, no wykrakał, wykrakał ten termin. Nawet nie ma mi kto torby przywieźć, rodzice i brat w pracy. Przecież miałam poodkurzać mieszkanie, pojeździć na rowerku". Po chwili złapał mnie skurcz w dole brzucha i tak trzymał do końca ktg. Przyszła położna, powiedziała, że jeszcze 5 minut muszą mnie poobserwować i czy wytrzymam. Oczywiście powiedziałam, że dam radę, ale nie na plecach. Położyłam się na boku i leżałam sobie modląc się, żeby to się już skończyło. Wróciła położna, odłączyła aparaturę i powiedziała: "No w końcu się obudził. Od momentu jak leżała pani na plecach wszystko wróciło do normy". Nie powiem. Ulżyło mi jak nie wiem, chociaż byłam zaskoczona, że on spał, bo przecież czułam wyraźnie jego ruchy i kopniaki... Widocznie podczas snu tak sobie szarżował.  Od momentu odłączenia aparatury cały czas czułam jak ręce mi się trzęsą. Poszłam do lekarza (nie tego, który był przy ktg) pokazać zapis, a on tylko rzucił okiem i powiedział: "Wszystko jest ok". Nie czułam się usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, ale cóż. Bardziej wierzyłam położnej, która powiedziała, że końcówka była ok, więc nie ma powodów do niepokoju. Wróciłam do domku, szybko odkurzyłam i teraz odpoczywam jadąc na rowerku. Chyba nie muszę pisać, że ktg nie będzie moim najmilszym wspomnieniem.

***
Niedawno zostaliśmy z Synkiem nominowani przez http://www.olguska.blog.pl/ do Sunshine Award, dziękujemy bardzo za nominację :))) 

Zasady przyznawania wyróżnienia: 
  1. Podziękowanie za wyróżnienie
  2. Umieść u siebie link do osoby która Cię wyróżniła
  3. Umieść u siebie logo wyróżnienia
  4. Przekaż nagrodę kolejnym 10 blogom
  5. Umieść link do tych blogów
  6. Powiadom o tym nominowane osoby
  7. Wymień 10 rzeczy, które Cie uszczęśliwiają

A teraz 10 rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwa:
  1. Całusek w nosek od mojego A. na dzień dobry i dobranoc.
  2. Kopniaczki Synka oraz możliwość podziwiania jego pięknych kończyn ciała ;p
  3. Jedzenie afrykańskie (Ugali, pilau itp) oraz rosołek Taty, marchewka z groszkiem i buraczki Mamy.
  4. Ćwiczenia i szeroko rozumiana aktywność fizyczna - góry, pływanie, jogging, rolki, hula hop itd.
  5. Uszczęśliwia mnie widok szczęśliwych członków mojej rodziny.
  6. Wizja ślubu tanzańskiego nad brzegiem Oceanu Indyjskiego.
  7. Ładna liczba na wadze hehe. Ale tym się zajmiemy po porodzie. :))))
  8. Jak wszystko co sobie zaplanowałam się realizuje.
  9. Wiosna, słoneczko, ciepełko, morze mleczyków, spacerki z moim A. :)))
  10. Co tu dużo pisać - moja rodzina, ta najbliższa w tym oczywiście mój A. :*:*:*:*

Nominacje dopiszę wkrótce. :))))

***

Aktywność fizyczna: (dzisiaj chyba tylko rowerek)
rowerek stacjonarny - 21 km + 20 km v
spacerek v

*** 

środa, 23 lutego 2011

A może by tak w sobotę? :)

Hehe, mój A. twierdzi, że Synek urodzi się w sobotę, tak jak on. W sumie nie sprzeciwiam się temu pomysłowi, bo po pierwsze A. będzie wtedy ze mną, do szpitala mamy blisko, a po drugie miałabym wizję opuszczenia tylko marca na uczelni, a tak to jestem zawieszona w próżni. Dzisiaj byłam teoretycznie (nigdy nie wiadomo co mi do głowy wpadnie) ostatni raz na uczelni. Pozałatwiałam do końca sprawy z prowadzącymi, wszyscy, ale to wszyscy poszli mi niesamowicie na rękę. Dzisiaj słyszałam tylko teksty typu: "Dzidziuś jest najważniejszy". "Super sprawa, nic tylko się cieszyć i przygotowywać się do powitania Dziecka". Także jak najbardziej pozytywnie. Jedna pani doktor nawet zapisała sobie przy moim nazwisku "baby", żeby przypadkiem nie zapomnieć, że się usprawiedliwiałam. Damy radę, co nie? Jestem im niesamowicie wdzięczna za taką wyrozumiałość, bo naprawdę się obawiałam jak to będzie. Już wszystko sobie zaplanowałam, jak to będzie jak się Synek urodzi, kto kiedy się nim opiekuje, ja sobie pozmieniam zajęcia na uczelni, w środę chcę zostawić sobie tylko zajęcia z judo, żeby mój A. na spokojnie skończył magisterkę i inne sprawy uczelniane. Mam nadzieję, że tym razem los ze mnie nie zakpi i wszystko co zaplanowałam teraz się ziści.

http://babyonline.pl/

A teraz kilka słów o moim Synku. A właściwie o oczekiwaniach na jego przyjście. Jestem gotowa, może nie do końca psychicznie (po ostatnim ktg), ale organizacyjnie tak. Dzisiaj obcięłam paznokcie  (smutno mi troszkę, bo zawsze chciałam mieć swoje długie paznokcie na ślubie, ale dla Synka wszystko :))), żeby bez obaw brać go na ręce i sprawować nad nim opiekę jak się już urodzi. Zmyłam lakier do paznokci (podobno sine paznokcie to pierwsza oznaka niedotlenienia organizmu, dlatego lekarz na nie patrzy w pierwszej kolejności). Wczoraj też spakowałyśmy z Mamą torbę do szpitala, jeszcze tylko muszę dorzucić ładowarkę, krem do ciała, dezodorant i inne środki czystości, ale to już w momencie skurczy. Wtedy (mam nadzieję) będę miała czas, żeby to wszystko dopakować i zabrać. Na razie spisałam sobie na kartce co mam tam wrzucić, żeby w czasie paniki o czymś nie zapomnieć. Hehe, jak widzicie przygotowania idą pełną parą.


Moje małe wspomnienie hehe ;p. Pociesza mnie fakt, że jak mam krótkie paznokcie to mogę robić różne wariacje z kolorami na nich. A to żółty z czarnym paskiem, a to flaga Tanzanii, a to ukochana czerwień mojego A, czy elektryczny róż. ;p Więc nie ma co rozpaczać, tylko trzeba znaleźć pozytywy całej sytuacji ;) A największym z największych pozytywów to jest wizja malutkiej Czekoladkiiiiiiiiiiiiiii! :)))))))))))

W sumie zostaje mi jeszcze dostarczenie papierów do USC, zamówienie obrączek, wybrania zaproszeń i zamówienie sali, ale nawet jak to się nie uda przed porodem, to potem po porodzie jakoś się to zorganizuje. Grunt, że ogarnęłam sprawy organizacyjne związane z uczelnią, bo nie chciałabym wrócić po porodzie i zobaczyć, że zostałam skreślona z listy studentów z powodu nieobecności. Tak więc: sesja zdana, angielski zdany, wszystko ustalone z prowadzącymi. Teraz tylko wyczekiwać porodu. A jeżeli już o nim mowa to od wczoraj boli mnie brzuch jak na okres, ciężko mi się poruszać, bo Bobuś naciska mi na szyjkę macicy, ale nie zniechęca mnie to w ogóle. Dzisiaj nawet wracałam sobie spacerkiem z uczelni, wszyscy się dziwą, że sama maszeruję sobie po mieście bez obaw nagłego odejścia wód, ale ja wiem, że Synek zna swój czas i raczej on nie jest w tym tygodniu. Chociaż nie ukrywam, że chciałabym, żeby wizja mojego A. się spełniła. Jakby na to nie patrzeć, to do terminu z OM zostało dokładnie 7 dni ;p



A teraz na potęgę muszę się najeść moimi ukochanymi smakołykami afrykańskimi, bo nie wiem jak to będzie podczas karmienia... ;p;p I właśnie odkryłam, że mam ochotę na pizzę funghi z Da Grasso z sosem czosnkowym. Mmmm.

***
Aktywność fizyczna - jestem dzisiaj bardzo zmęczona, wstałam o 4:45, żeby dojechać na zajęcia na 8 rano, ale jakoś rowerek mnie woła, więc dzisiaj na bank się z nim przywitam, ale nie wiem jak z resztą ćwiczeń.

rowerek stacjonarny - 20 km v
pilates v
wymachy nóg v

***

wtorek, 22 lutego 2011

Moje pierwsze ktg.

Wiązało się z nim wiele niewiadomych. Zaczynając od kierunku podążania w szpitalu, a kończąc na zwykłych ochraniaczach na buty. ;p Na badanie wybrałam się ok. godziny 9:30 (szpital oddalony jest o jakieś 5-10min pieszo), po drodze zahaczyłam o Lidla, kupiłam sobie czekoladowe batoniki, co by rozbudzić troszkę Bobcia przed badaniem. Następnie weszłam sobie do szpitala i po schodach pomaszerowałam na 3 piętro ;p. Tam, nie bardzo wiedziałam gdzie się kierować, ale zapukałam do sekretariatu i odnalazłam mojego doktora. On pokierował mnie do pokoju, gdzie robi się ktg, zawołał panią położną, która "zamontowała" cały sprzęt na mój brzuś. Czułam, że Bobkowi się to bardzo nie podoba, no ale co zrobić? Jak mus to mus. Położyłam się na lewym boku i tak sobie leżałam oglądając paznokcie (lepsze to niż zielona ściana ;p). Czekoladka była niezwykle aktywna (po zjedzonej czekoladce?), przesuwała się a to z jednej, a to drugiej strony. Pas utrzymujący cały sprzęt delikatnie się zsuwał powodując dziwne odgłosy. Po chwili przyszedł mój lekarz z pytaniem: "Jak się ma nasz mały Tanzańczyk?", po analizie zapisu stwierdził, że bardzo dobrze. Następnie kazał mi się położyć na plecach, a potem z powrotem na boku, po prostu chciał sprawdzić czy Bąbelek zareaguje na taką zmianę pozycji. Samo badanie nie było dla mnie jakimś dużym komfortem, nasłuchałam się od innych dziewczyn, że jest to najpiękniejsze badanie z racji możliwości posłuchania serduszka Dziecka, a ja Wam napiszę, że dla mnie to było jedno z najbardziej stresujących badań (nie powiem, miło było posłuchać odgłosu bijącego serduszka, ale jakoś nie umiałam się na tym skupić w 100%). Nie wiem czy to przez atmosferę samego szpitala, czy po prostu zwykłego braku kontaktu z ludźmi (podczas usg lekarz jest cały czas przy mnie, a tutaj większą część badania leżałam sama z tysiącem myśli w głowie). Odgłosy z korytarza też nie nastrajały mnie pozytywnie. Akurat w tym czasie, w którym miałam ktg, przyjmowano dwie kobiety z bólami porodowymi. Matko Boska! W myślach wyobrażałam sobie ten ból i tą panikę, która musi towarzyszyć podczas tego całego przyjmowania na oddział. Ała! Bobek nie został obojętny na to wszystko, jego ruchy były coraz żwawsze i mocniejsze. Biedak wyczuł, że mama się boi. Tak jak jeszcze wczoraj zapewniałam wszystkich na uczelni, że porodu się nie boję, że miałam etap wielkiego strachu jakoś w 7 mc, a teraz śmiało mogę rodzić. Ogłaszam wszem i wobec - ODWOŁUJĘ MOJE ZAPEWNIENIA O BRAKU STRACHU PRZED PORODEM I SZPITALEM. Jestem spanikowana. To badanie utwierdziło mnie tylko w tym, że lada moment to ja będę tą kobietą na korytarzu, krzyczącą z bólu i spanikowaną do granic możliwości. Aaaa... boję się :((((

http://www.piro.art.pl/

Co do samego zapisu ktg, nic się nie dzieje, Bobuś ma się dobrze, skurczy brak. Na następne badanie mam przyjść albo w czw, albo w pt, tylko wtedy nie będzie mojego lekarza, wynik mam pokazać innemu lekarzowi. Natomiast z moim lekarzem widzę się we wtorek (czyli jeden dzień przed terminem z OM) na kontrolnym ktg. Boże, Boże... Tak strasznie chciałabym mieć to wszystko już z głowy. Bobuś... ja chcę Cię tutaj, przy mnie, w łóżeczku. Aaaaa... nienawidzę szpitali.

PS. Dzisiaj pakuję torbę i nie ma, że boli. Dokupiłam enemę, więc mam wszystko do szpitala. Wczoraj, również dostałam konkursowa paczkę z http://www.apteczny24.pl/, także bogatsza jestem o nowe rzeczy dla Synka, jak i dla siebie.

***
Ze spraw uczelnianych - jak na razie wszystko idzie po mojej myśli. Angielski zaliczyłam na 5 :))) Nowi prowadzący zapowiadają, że pójdą mi na rękę w kwestii nieobecności po porodzie. Na karcie Indywidualnego Toku Nauczania wpisują 50% nieobecności, ale zapewniają, że przymkną oko na moje braki spowodowane nieobecnością poporodową. Także mam tutaj dowód... jakby chcieli się z tego wycofać w kwietniu ;p Doktor od wychowania fiz. powiedziała, że moją formą aktywności przez okres opieki nad dzieckiem będzie spacerek z wózeczkiem w parku. Ach. Nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo chciałabym, żeby to już nastąpiło. ;p Natomiast mój promotor najpierw nastraszył mnie, że będzie mi ciężko to wszystko pogodzić, po czym dodał, że dobrze, że się zdecydowałam na dziecko teraz, bo potem to jest ciężej się zdecydować i wszystko schodzi na drugi plan. Ale ogólnie też jest pozytywnie nastawiony. Ufff.
Jutro jadę na uczelnię pozałatwiać resztę przedmiotów i mogę się szykować do porodu. Ajajajaja. Z terminu OM za tydzień w środę powinnam rodzić. LOL. Ale razem z lekarzem doszliśmy do wniosku, że nie ma co się zbytnio tym sugerować, z racji dużej nieregularności mojego okresu... Ja sama czuję, że Synek chce jeszcze troszkę pobawić się w brzuszku :)))))



INFO z ostatniej chwili:
MAMY DOKUMENTYYYYY :)))))))))))))))))))))))))))))))) Teraz tylko USC i obrączkiiiii (takie jak te poniżej, tyle, że na mojej będzie malutka cyrkonia, a wewnątrz będą wygrawerowane nasze imiona) :)))

http://www.taxor.pl/obraczki_slubne_yes.php?ido=2&co=0&cd=99999
***
Aktywność fizyczna:
rowerek stacjonarny - 22 km v
pilates v
wymachy nóg v

***

niedziela, 20 lutego 2011

Kłamczuszek!

I w dodatku robi niby-kłamczuszka z Matki. ;p Mój Synek to niezły kombinator, potrafi kopać bez przerwy przez długi okres czasu, a gdy tylko powiem do jego Tatusia, że brzuch mnie zaczyna boleć od tych kopniaków to się uspokaja. Duża Czekoladka nie wierząc mi na słowo, że Synek to taki siłacz, kładzie rękę na brzuszku, a tam co? Błoga cisza, oaza spokoju, brzuszek idealnie gładki bez żadnych fałdek stópkowych. No i ja się pytam, jak to możliwe? Czemu Bobek robi ze mnie kłamczuszka? Ładnie to tak? Ojjj Synku, Synku... Widzę, że ładne przeboje będę mieć z Tobą :))))) Mój Mały Rozrabiako :)

Nie odzywałam się kilka dni, gdyż spędzam sobie ten ostatni wolny czas z moim Ukochanym A. Jem sobie na potęgę wszystkie moje afrykańskie przysmaki i delektuję się ostatnimi chwilami w dwupaku. :))) Swoją drogą dzisiaj całą noc rozmyślałam nad nazwą bloga, no bo przecież po porodzie będę musiała zmienić nagłówek "Czekając na Naszą Czekoladkę" na jakiś inny, adekwatny do sytuacji. Na razie nic sensownego nie wymyśliłam, więc temat do nocnych dumań mam jak znalazł :)

Ostatnio coraz częściej myślę sobie o porodzie, o tym jak to będzie, jak będę czuć skurcze, czy będzie bardzo bolało, czy A. zdąży przyjechać, czy chwyci mnie w nocy czy rano, czy będę w domku czy na zewnątrz. Ciekawa jestem, ale to chyba normalne. W sumie to sama nie wiem czy jestem na to wszystko gotowa, ale wiem, że jak Czekoladka zadecyduje tak będzie idealnie. A. twierdzi, że brzuch mam niżej, że od góry jest więcej miejsca i żebro nie jest już takie napuchnięte (fakt, żebro mnie boli ostatnio stanowczo mniej). Poza tym, miał sen, że urodzę 26 lutego hahaha (mi się kiedyś śniło, że urodzę 13stego marca, zobaczymy kto jest lepszym wizjonerem :D). Może jednak lepiej niech to nie będzie ten 26... ;> Chociaż... i tak planuję ostatni raz iść na uczelnię w środę, ale to zależy od mojego stanu zdrowia i od załatwienia ważnych spraw. Jednakże postanowiłam od pon. nosić ze sobą wszystkie potrzebne dokumenty typu: karta ciąży, ubezpieczenie, książeczka zdrowia itp... bo tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo. Na razie nie mam możliwości posiadania tego przy sobie, bo jestem u A., ale jak tylko wrócę do domku to wszystko ładnie zapakuję i włożę do torby. Lepiej dmuchać na zimne :))) 


Kochamy Cię Słoneczko i czekamy na Ciebie wszyscy :))))

***
Na koniec zabawa, do której zaprosiła mnie http://dziecko-w-drodze.blog.onet.pl :)))
Oto 10 rzeczy, które mnie wkurza:
  1. Notoryczne spóźnianie się. Sama wychodzę z domku proporcjonalnie wcześniej, żeby być na miejscu przed umówionym czasem. Uważam, że szacunek do drugiej osoby wymaga przychodzenia na umówioną godzinę. Rozumiem różne sytuacje losowe, ale nigdy nie uwierzę, że komuś co spotkanie spóźnia się tramwaj albo nagle wali się cały świat. Uczę się większej wyrozumiałości w tej kwestii z racji bycia w związku z Afrykańczykiem. Nie wiem czy wiecie, ale w Afryce popularne jest powiedzenie: "My w Afryce mamy czas, gdzie indziej mają zegarki". Tak więc, umówione godziny spotkań traktują baaaaaaaaaaardzo umownie i spóźnienie się 2h to jest raczej normalne zjawisko. Tłumaczę mojemu A., że tak nie wypada, ale chyba nie mam takiej siły przebicia i staram się to akceptować (w stosunku do mojej osoby spóźnienia nie przekraczają 10 minut hihihi, pewnie dlatego to akceptuję :))) Do tego punktu mogę podpiąć polskie urzędy! Ileż można czekać na "głupie" dokumenty!?!?!?!? Chyba prawo powinno obowiązywać wszystkich bez wyjątku :(
  2. Robienie rzeczy "po łebkach". Ojjj, naprawdę potrafi mnie to wkurzyć, jak robię z kimś jakąś prezentację, a dostaję ją w wieeeelkiej rozsypce i potem muszę spędzić dużo więcej czasu, najpierw na ogarnięcie kogoś części, a dopiero dopisanie swojej. Grrrr.
  3. Wkurza mnie negatywne podejście ludzi do osób o innym kolorze skóry - czyli tzw. rasizm. Po prostu nie potrafię pojąć jak melatonina w skórze może decydować o tym czy ktoś (wg kogoś) jest lepszy lub gorszy. Ludzie ogarnijcie się! Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy uczucia i rozum. Nikt nie może decydować czy kolor czarny, żółty czy też biały jest czymś godnym zaszczytu czy powodem do wstydu. Aaaaaaaaaa.
  4. Sąsiadka z naprzeciwka, która nie potrafi żyć bez plotek. Uwierzycie, że jest lepsza niż Teleexpress? Masakra. Szkoda mi na nią miejsca, więc przechodzę do następnego punktu.
  5. Ojjjj! Moje włosy! To jest jakiś koszmar. Koszmar, który pokochał mój A. Czyli lokiiii. Na szczęście istnieje takie coś jak prostownica :D:D:D Ku rozpaczy mojego A. (of kors)
  6. Wiem, to będzie okrutne, bo sama spodziewam się dziecka, ale wkurzają mnie niesamowicie dzieci biegające latem pod moim oknem i krzyczące wniebogłosy. Dostaję białej gorączki przy nich. Co najgorsze, ich rodzice nie widzą w tym nic złego, a ja już widzę oczami wyobraźni jak sobie uśpię Małą Czekoladę, a za chwilkę te małe żyjątka zaczną urządzać sobie konkurs "Kto głośniej zapiszczy"!
  7. Nie ma nic gorszego niż złamany paznokieć ;p I to w taki miejscu, w którym nie da się już nic zrobić. Nie wiem czy pisałam, ale uwielbiam swoje długie, naturalne paznokcie (nie miałam i nie zamierzam mieć tipsów, never!). Pech chce, że lubią się łamać z boku tuż przy skórze. Ałć. Serce pęka... (teraz napawam się ostatnimi chwilami z moimi długimi paznokciami, wiadomo, że przy Bąbelku będę musiała z nich zrezygnować :P)
  8. Wkurza mnie moje niezdecydowanie, czy to w warzywniaku, czy w sklepie w ubraniami. Potrafię spędzić godziny na przymierzaniu, przebieraniu, wybieraniu, porównywaniu cen. Rezultat jest jeden - albo wychodzę z pustymi rękami, albo z poczuciem winy, że wydałam pieniądze na coś co nie było mi w danej chwili potrzebne, albo mogłam to kupić dużo taniej (np. moja torebka Chanelka hehe, Brzo, pamiętasz?)
  9. Mój AWF. Tak, tak. Ta uczelnia mnie do grobu wpędzi, ale co zrobić... Trzeba pchać wszystko do przodu i nie przejmować się niczym :)
  10. Poranne koszenie trawy w letni dzień. Chyba same rozumiecie, człowiek chce się wyspać a tu od 6 rano wruuum wruuum :)
     
    Wow! Dziękujemy za ponad 10 000 odwiedzin!!!!! :))))))))))

    ***

    czwartek, 17 lutego 2011

    Czy to nie jest chore?

    Że chce mi się płakać jak pomyślę sobie o porodzie i o tym, że już dłużej nie będę mieć Bąbla 24h przy sobie? Że po porodzie muszę wrócić na uczelnię i spędzać czas z dala od tej malutkiej Kruszynki? Że już dołują mnie poniedziałki, bo wiem, że mam zajęcia od 8 rano (Panie spraw, by mój promotor wymyślił inną DOGODNĄ godzinę) do 17:30... czyli z dojazdami ponad 10h bez Synka? Oszaleję. Oszalejęęęę.
    Tak strasznie się boję cokolwiek planować, bo zazwyczaj z moich planów nic nie wychodzi. A teraz muszę wszystko mieć opracowane na tip top. Najchętniej zabierałabym Czekoladkę na uczelnię i chowała ją dalej w brzuszku, żeby być pewną, że niczego jej nie brakuje. Wiem, że będzie bezpieczna pod okiem A., mojej mamy czy też brata, ale to i tak mnie nie uspokaja. Tak strasznie się boję tego wszystkiego. Jak to będzie? Czy dam radę? 

    http://farm4.static.flickr.com/

    Skąd wzięły się moje przemyślenia? Ano pojawił się plan zajęć mojego A. Na szczęście jest dosyć pozytywny, w sensie, że po pokombinowaniu wszystko się układa po mojej myśli. Szkoda tylko, że zabraknie czasu na nasze wspólne widzenie się, ale trudno. Coś za coś. Teraz najważniejszy jest Synek. Weekendy będziemy spędzać wszyscy razem, no i piątki.

    W ogóle na mojej głowie jest teraz tyle, że sama nie wiem od czego zacząć. Przede wszystkim muszę sobie to wszystko uszeregować i poukładać w głowie. Najbliższe sprawy: odebrać dokumenty z sądu, zakończyć sprawę z angielskim, zapytać dziekana o urlop miesięczny, uzupełnić kartę indywidualnego toku nauczania, pouzgadniać z prowadzącymi warunki zaliczenia nieobecności, ktg, zanieść dokumenty do USC, zamówić obrączki, spakować torbę do szpitala (kupić enemę), zamówić salę na wesele, wybrać i kupić zaproszenia na ślub, kupić buty dla A. (o moje rzeczy pomartwię się po porodzie)... To chyba na razie tyle, jeżeli chodzi o najbliższa przyszłość. Aaaa... zapomniałam o najważniejszym URODZIĆ BOBUSIA!

    Jezu, daj mi siłę, by to wszystko ogarnąć.

    I jeszcze TEN sms. Po co?

    I pomyśleć, że ja teraz się głowie nad przyszłością, a mój A. spokojnie ogląda mecz. Faceci...

    ***
    Aktywność fizyczna:
    rowerek stacjonarny - 20km v
    pilates v
    wymachy nóg v

    ***

    środa, 16 lutego 2011

    14 czy 20? a może mniej lub więcej?

    No właśnie. Dzisiaj zorientowałam się, że mój termin z ostatniej miesiączki jest za dwa tygodnie. Wow. Ciekawa sprawa. Jakoś to do mnie nie dociera, że za miesiąc będę mamą z prawdziwego zdarzenia. Taką z Malutką Istotką u piersi, wokół której będzie się kręcił cały świat. Ranysiu. Nie mogę się doczekać.

    A czy są jakieś oznaki nadchodzącego porodu? Hmmm. Chyba nie. W sumie ciężko mi napisać jednoznacznie czy są czy nie, bo sama nie wiem co jest normalne w ciąży, a co powinno niepokoić. Jak na razie mam coraz silniejsze kłucia w szyjce macicy. Na przykład dzisiaj myślałam, że zaczyna się coś dziać. Jak mnie zakłuło to aż musiałam się oprzeć o barierkę w galerii. Taki dziwny ból. I to ból z prawdziwego zdarzenia. Ała. Najgorsze było to, że byłam sama, bo A. akurat poszedł na chwilkę na uczelnię. Już miałam wizję kałuży wód płodowych wśród zakupowiczów, którzy patrzą się na mnie co najmniej dziwnie ;p Ale na szczęście był to fałszywy alarm. A. przyszedł i w spokoju mogliśmy kontynuować poszukiwania aparatu cyfrowego ;p Co prawda, w nocy miałam ból podobny do menstruacyjnego, ale dosyć szybko przeszedł, więc nawet nie zdążył mnie przestraszyć. A jeśli już wspominam o nocach to muszę się pożalić. Jak kiedyś nocne spanko było dla mnie wybawieniem, tak teraz jest niczym innym jak wielkim utrapieniem. Całą noc nie mogłam znaleźć sobie pozycji, wierciłam się gorzej niż mój śp. pies. Bobek też nie został obojętny na to moje przekładanie się z boku na bok i jak zaczął kopać wieczorem tak skończył w południe. Na dodatek mój katar widmo przemienił się w krwawienia nosowe, co nie jest przyjemnym doświadczeniem. Jednym słowem MASAKRA. Najbardziej to mi żal mojego A., który nie dość, że chory, to jeszcze nie mógł się wyspać przez moje przerzucania brzuszka a to z prawej a to z lewej strony. Ale on jest aniołem i nawet nie miał mi tego za złe. Wie jak jest i pociesza mnie, że już niedługo to minie. Łatwo powiedzieć... Dziwnie jego słowa mnie nie uspokajają, bo przed oczami mam wizję możliwości spania zakłóconą nocnym płaczem Czekoladki hehe. Ale myślę, że to będzie i tak przyjemniejsze niż to co teraz odczuwam. 

    Z rzeczy przyjemnych - w końcu kupiliśmy aparat fotograficzny. Dużo droższy niż planowaliśmy, ale jak to powiedziała Duża Czekoladka - "Na Synku nie będę oszczędzał, należą mu się piękne fotki :)" I jak go tu nie kochać? Tak więc Synku... przybywaj. Teraz naprawdę mamy wszystko na Twoje powitanie. Coś czuję, że będziesz jednym z najbardziej obfotografowanych Bobasków na świecie.

    Co więcej? Dzisiaj zaliczałam angielski (o 8 rano, meeeeen). Dwa unity. Napisałam wszystko, wyników jeszcze nie mam, ale raczej jestem dobrej myśli. Jeszcze tylko dostałam zadanie domowe w postaci kilku ćwiczeń do zrobienia i mogę odhaczyć sobie ten przedmiot z listy. Ufff. Jak dobrze, że dano mi taką możliwość, zawsze to mniej do nauki, a więcej czasu dla Czekoladki.

    Hihihi... muszę się pochwalić, że moje walentynki były piękne. Najzwyklejsze na świecie, a piękne. Oczywiście świętowaliśmy je dopiero 15stego lutego, ale jakoś nigdy nie mieliśmy w zwyczaju świętować z całą resztą społeczeństwa. Moje kochanie zrobiło dla Nas przepyszne ugali, które smakowało jakoś inaczej niż zwykle. Magia działa? :))))) Nakupenda sana Mpenzi wangu! :*

    I pięknie usłyszeć z Twoich ust: "Jestem dumny, że z Tobą jestem. Cieszę się, że będziemy mieli razem Synka, a potem Córeczkę" i uwielbiam jak patrzysz na brzuszek i "pępeczka" i mówisz: "Jak ja go kocham, normalnie nie umiem powiedzieć jak ja go kocham" :)))))))))

    A brzuszek rośnie, rośnie, rośnie... Ale i tak go uwielbiam i wiem, że będę za nim tęsknić. <3


    ***
    Aktywność fizyczna:
    rowerek stacjonarny - 20 km v
    pilates v
    wymachy nóg v

    ***