Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 października 2011

Hej ho, na grzyby by się szło!

Dzisiejszy spacerek postanowiliśmy wykorzystać w troszkę inny sposób, niż dotychczas.  Został on o tyle urozmaicony, że naszym celem nie była ani wizyta w centrum, ani przechadzka po osiedlowych alejkach. Otóż dzisiejsze pogodne popołudnie spędziliśmy nie gdzie indziej, jak wśród żółto - czerwonych drzew, zielonych sosenek i nielicznych grzybków. No właśnie - grzyby. Można powiedzieć, że jeden z głównych powodów wyprawy. Jest to o tyle ważne, że było to pierwsze grzybobranie Bartusia. Od razu na wstępie,  zaraz po wejściu do lasu, Simba (z małą pomocą Babci) został zachęcony do dalszych poszukiwań przez tego oto Pana:


Podgrzybek, bo o nim mowa, po wcześniejszym sfotografowaniu i wyciągnięciu go z ziemi, "wskoczył" do Bartulkowej karety i pod eskortą panów Reniferów (jedne z nowych nabytków Czekoladowej Babci :P) towarzyszył mu w dalszym poszukiwaniu jego kolegów.


Niestety koledzy naszego nowego znajomego nie byli skorzy do uczestniczenia w naszej wyprawie i skutecznie się przed nami chowali. Za to inni ochotnicy, co jakiś czas zaczepiali Króla i próbowali przekonać go, że będą wiernie mu służyć, ale czujne oko Czekoladowego Dziadka nie pozwalało im nabrać naszego Simby. Nie z nami te numery - wiemy, kto jest "dobrym" kolegą, a kto niestety tylko udaje miłego. Nie mniej jednak, udało im się załapać na fotkę i mają ten zaszczyt, że tutaj Wam ich przedstawimy :) 


Po drodze mijaliśmy innych przyjaciół lasu, którzy sumiennie oddawali się swoim codziennym pracom. Nie chcieliśmy im przeszkadzać, dlatego po szybkim zrobieniu fotki poszliśmy dalej w poszukiwaniu naszego głównego celu - grzybów.


W kółeczku zaznaczyliśmy jedną robotnicę - mrówkę, która szybko przed nami uciekała, ale Mama - sprytny paparazzo jakimś cudem uwieczniła ją na fotce :)


Nadmiar kolorów i wszędobylskiego piękna natury zmęczył Synka na tyle, że ten postanowił uciąć sobie krótką drzemkę, a poszukiwania grzybków zostawił bardziej doświadczonym, czyli Mamie i Dziadkowi. Babcia w tym czasie sprawowała pieczę nad bezpieczeństwem Bartulka, dlatego nie brała udziału w przeczesywaniu lasu :) Za to napawała swoje oczy takimi oto cudami natury :)


Las zachował dla nas jeszcze dosyć letnie podarunki. Zapewne związane było to z osobą Króla Simby. W końcu trzeba było pokazać się z jak najlepszej strony, co nie? Hehe, szkoda, że Bartuś w tym czasie smacznie sobie chrapał pod cieplutkim świneczkowym (:))) kocykiem.


W trakcie naszego spacerku, raz po raz czarował nas pan Muchomor, który swoim urokiem próbował zyskać sympatię Karmelka. Na szczęście Bartuś od najmłodszych lat uczony jest, które grzybki są tylko ozdobą lasu, a które można wziąć do domku. Dlatego pięknemu czerwonemu koledze zrobiliśmy zdjęcie, a następnie ładnie pomachaliśmy na do widzenia. Swoją drogą z muchomorami zawsze kojarzy mi się historia, którą opowiadała mi moja Babcia na wycieczkach do lasu. Od tamtej pory te piękne grzybki kojarzą mi się z krasnoludkami (ja naprawdę w dzieciństwie widziałam uciekającego krasnoludka :P i wcale nie było to związane z wcześniejszą konsumpcją muchomora hahaha).


Lekko zdołowani słabymi zbiorami, po około godzinie postanowiliśmy obrać kierunek do domu, w celu kibicowania Agnieszce Radwańskiej. Ku naszemu zaskoczeniu, na pożegnanie, tuż obok ścieżki, Mamie - czyli mnie udało się wypatrzeć 3 cudowne kozaczki :D:D No po prostu miód na me serce :) Nie ukrywam, że od razu na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech i z dumą fotografowałam swoje cudeńka. Oto one:


Ach! Uwielbiam ten widok. Powiem Wam, że jako dziecko nie do końca lubiłam chodzić na grzyby, zawsze brzydziły mnie pająki, pajęczyny i ślimaki wgryzające się w grzyby. Dopiero z czasem zaczęłam doceniać urok znajdywania tych ukrytych leśnych niespodzianek. Z perspektywy czasu widzę, jak wiele mi to dało, nie dość, że spędzałam aktywnie czas, to dodatkowo budowałam relacje z rodzicami. Moim małym marzeniem jest przekazanie Simbie tej naszej rodzinnej pasji, mam nadzieję, że pokocha on leśne wyprawy tak bardzo jak reszta rodziny. 


Co prawda, Czekoladowy Tata jeszcze nie jest do końca przekonany do bezpieczeństwa lasów, ale myślę, że to tylko kwestia czasu. W końcu w naszych, polskich lasach nie ma niebezpiecznych zwierząt i wyjście do takiego "zielonego płuca" kończy się zawsze dobrze ;)))) No, ale już moja w tym głowa, żeby pokazać mu las z jak najlepszej strony :) Tym razem niestety nie mógł nam towarzyszyć bo miał ważną sprawę do załatwienia, ale następnym razem musi być z nami :) Po wspólnym oglądaniu fotek widzę, że nabrał na to ochoty :)


No i to, by było na tyle. Dziękujemy za wytrwanie do końca wpisu i razem z Panami Reniferami serdecznie życzymy każdemu takiego miłego popołudnia :) 

***
Na koniec prosimy o głosiki. Głosowanie trwa do 2 listopada, tak więc jeszcze tylko kilka dni. Z góry dziękujemy za oddane głosy.
***

poniedziałek, 26 września 2011

Król na jurajskie szlaki zawędrował...

Tak jak wspominałam we wczorajszym wpisie, miniony weekend spędziliśmy na "naszych terenach". Z racji tego, że Duża i Mała Czekoladka nie mieli jeszcze okazji pozwiedzać przecudnej jurajskiej okolicy, to zadecydowaliśmy, że czas pokazać im w jak pięknych terenach żyjemy. Jako, że Babcia Czekoladki ma uprawnienia przewodnickie na tą okolicę to zrozumiałym było, że towarzyszyła nam  wraz z Dziadziem w penetrowaniu terenu. Grzechem byłoby nie wykorzystać przepięknej jesiennej aury, słoneczko wręcz prosiło, żeby, być może, po raz ostatni skorzystać z kąpieli słonecznej. Szczerze, długo nie trzeba było nas zachęcać do udania się w Ojcowskie Lasy i napawania oczu pięknem najmniejszego Parku Narodowego (np. tym uwiecznionym drzewem z pasożytniczymi hubami  :))


Ku naszemu zaskoczeniu, setki innych ludzi również wpadło na podobny pomysł i niestety nie do końca było nam dane w pełni korzystanie z uroków Ojcowa. No, ale nie ma co narzekać, trzeba się cieszyć, że te piękne tereny w końcu zaczynają być doceniane przez turystów, nie tylko polskich, ale i zagranicznych. No, ale nie przynudzając... Zapraszam Was na wycieczkę najpierw do Ojcowa, następnie do Pieskowej Skały, by na końcu zawitać do cudownego Ogrodzieńca. 


Po małych kłopotach ze znalezieniem miejsca parkingowego w Ojcowie, naszym oczom ukazał się fragment ruin zamku ojcowskiego. Oczywiście w ruch od razu poszedł aparat (taka ze mnie turystka), w końcu musiałam uwiecznić pierwsze jurajskie Czekoladowe zwiedzanie. 


Nasze spacerowanie ograniczone było posiadaniem karety - wózka, która jak się okazało została przewieziona przez cały Ojców przez Czekoladowego Dziadka. Król wolał obserwować wszystko dokładnie z rąk Babcinych, Tatusiowych oraz Maminych. Co prawda, na warunki spacerowania nie mogliśmy narzekać, od samego początku kamienista droga nie przysparzała nam jakiś większych problemów. Bez trudu udało nam się dotrzeć do większych atrakcji typu: Brama Krakowska czy też tzw. Źródełko Miłości.


Pod wspomnianą Bramą Krakowską udało mi się zrobić kilka fotek, oczywiście wywoływaliśmy lawinę spojrzeń i szeptów, ale nic sobie z tego nie robiliśmy. Ludzie raz po raz zachwycali się Simbą, ale ten niewzruszony napawał swoje czekoladowe oczka okolicznym lasem.


Obok Źródełka Miłości miała miejsce bardzo dziwna sytuacja. Otóż pewne pani, zamiast rozkoszując się wspomnianą atrakcją, wolała bawić się w paparazzi i fotografować Bartka. Czujecie to? Na szczęście Mój Mąż był na tyle sprytny, że w porę odwrócił się do nich plecami. Gdyby to na mnie padło, to usłyszałaby ode mnie kilka słów. No bo powiedzcie mi... Po co komuś zdjęcie obcego dziecka? Szkoda słów.


Po tym niemiłym zdarzeniu wyruszyliśmy dalej na spacerek. Mijaliśmy różne skałki, a każda z nich miała swoją historię i legendę. Nie sposób tego wszystkiego opisać, ale fotki można pooglądać. Tutaj na przykład mamy Igłę Deotymy, która z wyglądu przypomina coś zupełnie innego hahaha xDDD


Co przykre, niestety wybory, a właściwie kandydaci nie pozostali obojętni na uroki Ojcowskiego Parku Narodowego i również tam dopadła nas kampania wyborcza...


Oczywiście wycieczka nie byłaby ważna bez "naturalnego" karmienia. Muszę Wam powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy ostatnio pan Cyc był tak wypełniony mlekiem. Dostałam takiego nawału pokarmu, że wręcz płakałam z bólu. Na szczęście Simba z radością skorzystał z pikniku na świeżym powietrzu i wśród okolicznych drzew na łące napełnił brzuszek mleczkiem. Standardowo były fotki, które powiększyły galerię karmienia w dziwnych miejscach ;))) 
Na koniec pożegnał nas widok, który witał nas na wstępie, czyli Prądnik, który kiedyś był pełen moich ukochanym pstrągów. Mniaaaami :-)


Kolejnym przystankiem był przepiękny zamek w Pieskowej Skale. Za każdym razem jak tam jestem, nie mogę wyjść z podziwu nad jego dostojnością. Ach... Mieć taki na własność :]


Na zdjęciu można zobaczyć malowniczy ogród zamkowy, który stał się moim wymarzonym tajemniczym ogrodem. Nikogo nie powinno dziwić obfite uwiecznianie go przeze mnie na fotkach.


Czyż nie jest piękny? :-) 

W Restauracji zlokalizowanej na Zamku wywołaliśmy podobne reakcje jak w Ojcowie. Padło milion pytań typu: "Jak ma na imię?" "Oooo...polskie imię?" "A skąd Tata?" "Ale ma ślicznie włoski" itp. itd. Na szczęście nikt nie był nachalny i nie próbował dotykać Bartoliniego.  Cóż, powoli zaczynam się przyzwyczajać, że ludzie tak na nas reagują...



Po zwiedzeniu zamku, zeszliśmy odrobinę niżej by pokazać Czekoladkom skalistą Maczugę Herkulesa :) Zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie, po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, jak takie coś sobie ot tak po prostu stoi hehe :-) Króla niestety nie zainteresował ten widok, postanowił uciąć sobie drzemkę na rękach Taty.


Na koniec ostatni rzut oka na Zamek w Pieskowej Skale i udajemy się do Ogrodzieńca :D Aaaa... zapomniałam wspomnieć, że nauczeni wizytą w Ojcowie, Pieskową Skałę zrobiliśmy bez wózka. Na górę prowadzą schody i byłoby to dla nas zbyt duże utrudnienie.


Do Ogrodzieńca wybraliśmy się w przepiękny słoneczny niedzielny poranek. Na wstępie zahaczyliśmy o pobliski Gród w Birowie. Tam  wraz z przewodnikiem pozwiedzaliśmy zrekonstruowaną Twierdzę (przyznaję, że byłam tam po raz pierwszy). Mieliśmy okazję dowiedzieć się jak wyglądało życie w średniowiecznych czasach, a Bartulkowi udało się nawet zdobyć pierwszą w życiu skałę haha. Od razu uprzedzam - fotki nie są rewelacyjnej jakości, bo ja - ŁOSIEK - nie naładowałam karty do aparatu przed wyjazdem. Brawa dla mnie. Na szczęście poratowała nas moja Mama, która użyczyła mi komórkowego aparatu. (Dzię-ku-ję! :*)


Po krótkim zwiedzaniu i po nakarmieniu Króliczka, udaliśmy się do pobliskich ruin zamku. Muszę przyznać, że od czasów mojego dzieciństwa niewiele się zmienił hehe :))) Tak samo zachwycający jak x lat temu :)


Bartulkowi oczka latały w tą i z powrotem. Nie mógł nawet w spokoju napić się mleczka, bo a tu mu nad głową latają na linach, a to biegają konie z rycerzami, no po prostu istny szał ;) Ludzi oczywiście było od groma, na szczęście tutaj nie wzbudzaliśmy takiej sensacji jak w Ojcowie. No może nie do końca, bo podczas karmienia ludzie uśmiechali się do nas, ale to z powodu warunków karmienia. Otóż obok mnie, na ławeczce druga pani także karmiła swojego malutkiego bobaska :) (Synu! Kiedyś Ty tak urósł?) 


A skoro już piszę o Ogrodzieńcu, to muszę wspomnieć, że droga na zamek jest dosyć przystępna dla wózków, dopiero na samym dziedzińcu zaczynają się "schody" w postaci kamienistej, wyboistej drogi ;) Czekoladka nieźle podskakiwała, ale Tata szybko wybawił go z opresji.


Zamek jak to zamek. Dużo atrakcji do zwiedzania. Pierwszym naszym celem była sala tortur, w której zrobiliśmy sesję fotograficzną Czekoladce :D Bartuś na kolczastym krześle, czy w innych dziwnych przyrządach ;)) Nawet w dybach był :) Ale, ale! Od razu uspokajam, nikomu nic się nie stało, jesteśmy cali i zdrowi i wszystko odbywało się w granicach zdrowego rozsądku :)


Następnie po powierzeniu Małej Czekoladki w najbardziej zaufane ręce (Babci i Dziadzia) udaliśmy się z Dużą Czekoladką do wnętrza zamku. Napstykaliśmy prawie milion zdjęć w każdym możliwym miejscu. Nie powiem, że jesteśmy mega zdolni i zgubiliśmy się w zamku, ale miało to swój romantyczny wydźwięk hehe.


Do tej wieży wyczekaliśmy się chyba z pół godziny - tyle było ludzi. Dla chcących zwiedzać wnętrze zamku ze Szkrabami, od razu odradzam zabieranie tam małego dzieciaczka. Wąsko, ciasno i ślisko.
Z okien zamkowych obserwowaliśmy Małego Króla, który raz po raz podskakiwał w rytm średniowiecznych pieśni. Po kolejnym karmieniu z uroczym zamkiem w tle udaliśmy się do samochodu i powróciliśmy do naszej domowej codzienności.


Muszę przyznać, że potrzebowałam takiego weekendu oderwanego od rzeczywistości. Mogłam znowu poczuć się jak za czasów wycieczek szkolnych, z tą różnicą, że teraz sama mogłam "edukować", a nie być edukowaną. Wiem, że Simba nie będzie z tego nic pamiętał, ale wspólnie mieliśmy okazję zmienić środowisko i poprzebywać na świeżym powietrzu. Co ważne, mój Mąż miał okazję bliżej poznać piękno jurajskiego terenu, w którym chcąc nie chcąc żyje :) Szczerze powiedziawszy, podobnie jak jak kilkanaście lat temu został zaczarowany tymi magicznymi miejscami. 

PS. przepraszam za tą obszerną notkę, ale musiałam... :)

***