Wczoraj niczego nie świadomi, wybudzeni ze snu mieliśmy niespodziewanego gościa w postaci pani położnej. Może to i lepiej, że wizyta odbyła się tak znienacka, nie mieliśmy czasu się zestresować. W sumie powinnam się spodziewać, że lada chwila nas odwiedzi, ale że akurat wczoraj? Hmmm. Poprosiłam mamę, żeby poszła rano do przychodni zgłosić narodziny Synka. Wiedziałam, że po zgłoszeniu odwiedzi nas położna, ale nie sądziłam, że odbędzie się to 2h później. No, ale nie ważne. Grunt, że przyszła, wypytała o mniej i bardziej istotne kwestie, rozwiała część moich wątpliwości, podała sporo przydatnych rad, wyoglądała Synka i co najważniejsze sprawdziła oczka Bartusia (strasznie ropieją, przemywanie solą fizjologiczną nic nie daje, w szpitalu miał antybiotyk, ale nikt mi go nie przepisał do domu, więc sama nie wiedziałam jak z tym walczyć). Nie mogła wyjść z podziwu, że 9 dni po porodzie śmigam i siadam jakbym nigdy nie była nacinana. Prawda jest taka, że nie czuję już szwów, jedynie ból nasila się podczas długiego stania (ból jak przy schodzeniu się kości). Synek podczas wizyty udawał grzeczniutkiego, spał sobie w najlepsze :)))) Położna nie mogła się napatrzeć na włoski Czekoladki (ojjj jest ich naprawdę, ale to naprawdę sporo). Ogólnie wizyta była jak najbardziej pozytywna. Dowiedziałam się jak mam dbać o siebie, co mogę jeść podczas karmienia, a czego nie itp. Zapisałam Synka do pani doktor, za tydzień w piątek mamy udać się na wizytę (ojjj będzie to wyzwanie), także jak widzicie moje życie teraz toczy się wokół tej cudownej istotki :)))
Chciałam tylko zaznaczyć, że pisałam ta notkę ponad 2h, w międzyczasie karmiłam/przewijałam/usypiałam Synka. Jeju... prowadzenie bloga na tą chwilę jest naprawdę utrudnione ;p.
Pozdrawiamy z uśmiechem na ustach :)))
Fotka usunięta.
***






