Swego czasu, gdy jeszcze mieszkałam razem z koleżanką w Krakowie, zwykłyśmy mawiać: "Jesteśmy z Nowej Huty, niczego się nie boimy". Przypomniały mi się te słowa wczoraj, gdy zobaczyłam, ubraną przez Babcią, Czekoladkę. Wyglądał on, jak rodem z NH, ubrany w dres i adidasy. Muszę przyznać, że prezentował się naprawdę dobrze :))). Oczami wyobraźni widziałam go za kilka lat, ubranego w luźne spodnie, bluzę z kapturem i adidasy (niczym nielubiany przez Męża T.I. ;)), czyli całkowite przeciwieństwo Dużej Czekoladki. Wiem, że Mąż będzie z tym walczył, ja oczywiście mniej, bo uważam, że to nie strój świadczy o człowieku, a jego czyny.
Ale muszę przyznać, że pierwsze w życiu adidasy Czekoladki są naprawdę urocze i spodobały się nawet Czekoladowemu Tatusiowi. :)) Oczywiście nie każę Bartusiowi chodzić w nich codziennie, ale od czasu do czasu - czemu nie? Czekoladka dostała je kilka dni temu od Czekoladowej Babci. A oto i one. Super hiper buciki - rozmiar 19 :D
Nawet pani doktor uśmiechnęła się na ich widok. Zabawnie wygląda taka mała stópka przywdziana w takie butki. Zawsze fascynowały mnie takie malutkie adidasiki. Wizyta w sklepie sportowym nie była ważna bez dotknięcia i pobawienia się małymi "pumkami" lub "najeczkami". Jeszcze przed ciążą wyobrażałam sobie, mojego przyszłego Synka śmigającego w takich pomykaczach :D I pomyśleć, że moja wizja tak szybko się ziściła :] Teraz utwierdzam się w tym, że nie wyobrażam sobie, żeby Czekoladka miałaby być dziewczynką. Po prostu nie jestem sobie w stanie wytworzyć w głowie wizji siebie biegającej między różowymi ciuszkami i wszelkimi lalkopodobnymi zabawkami. Oczywiście nie twierdzę, że tak będzie zawsze. Nie, nie. Bo los potrafi płatać figle, więc wolę się nie zarzekać ;))) (aaa... w głowie przemknęła mi malutka Mulateczka z kucyczkami i spineczkami we włosach aaaa!). Teraz jest czas mojego Bartoliniego i korzystam z niego jak tylko umiem. Tak więc, na dzień dzisiejszy mój small gangsta boy jest jedyną wizją mojej głowy :))))
***
Muszę Wam powiedzieć, że mam szczęście. Tak się składa, że mój Ukochany Braciszek przygotowuje się do egzaminu z masażu i korzystam na tym ile się da (chociaż on narzeka, że u mnie nie ma za co "chwycić" :P). Masaże - pełna profeska - specjalistyczny stół do masażu, oliweczka, bańki itp. Dzisiaj zaserwował mi masaż pleców ze szczególnym uwzględnieniem kręgosłupa. Mmm. Po prostu ukojenie dla moich obolałych od noszenia Bartka mięśni. Ostatnio "trenował" na mnie masaż odchudzający bańkami chińskimi. Bolesna sprawa (w szczególności przednia cześć uda, ała!), ale po zabiegu człowiek czuje się jak nowonarodzony. Najprzyjemniejszy jest chyba etap "bańkowania" brzuszka, chociaż mój brat stwierdził, że na moim się ciężko pracuje, bo są same kości i wystające żebra (na leżąco to przecież większość tak ma :/). Z czystym sercem mogę go polecić każdemu (jedynym ograniczeniem jest odległość - Śląsk i Małopolska ok, bo tam da radę dojechać ;)). Żałuję, że nie udało mi się skorzystać z masażu kostkami lodu, podczas tych tropikalnych temperatur. Ale może kiedyś jeszcze będzie mi dane, o ile nie będzie rozchwytywany ;)) Powiem Wam szczerze, że i ja coraz intensywniej myślę nad zrobieniem sobie takiego kursu. Czuję, że zaczyna mnie to wchłaniać. :))) Ale poczekam, aż Bartuś podrośnie. Na razie skończę studia (dziś dostałam plan zajęć na nowy rok akademicki i przyznam, że będzie ciężko, ale kto nie kombinuje ten nie ma), a potem pomyślę nad kursami ;)
***
A już w przyszłym tygodniu owocowy konkurs z przepysznymi nagrodami :)
***






