niedziela, 30 września 2012

Moja "tabliczka" Czekoladki.

Zanim mój Mąż został moim mężem, baaa... grubo przed tym jak zostałam narzeczoną Dużej Czekoladki, dużo rozmyślałam o naszych przyszłych dzieciach. To, że będą słodkie, nie podległo wątpliwości. Ale jedno nie dawało mi spokoju. Co? Fakt, że dziecko na 100% nie będzie do mnie podobne. Bo i kolor skóry, i włosy, i nosek odziedziczy po Tacie. A po mnie? Nic. Nic, co by na pierwszy rzut oka wskazywało na nasze podobieństwo. Nie będę ukrywać, że dołowały mnie te wizje. No bo jak to tak? Dziecko niepodobne do swojej Mamy? Miałam nigdy nie usłyszeć słów "ale jest do Ciebie podobny", "Bartuś to cała Mama"? Szczerze? Niedużo się pomyliłam. Zaraz po urodzeniu Czekoladki, słowa mojego ginekologa brzmiały: "cała Babcia". Yyyy... Ok. Na szczęście z czasem ludzie zaczęli (czy to z grzeczności, czy też nie) mówić, że "oczy to ma, po Tobie", "ale jest do Ciebie podobny". Ojjj. Serce mi rosło przy takich komplementach. Jednak w przeważającej części słyszałam jednak, że Bartek nie jest podobny ani do Taty, ani do Mamy. Mój brat nawet pokusił się o stwierdzenie, że po takich rodzicach nie mogło wyjść takie ładne dziecko haha (kocham Cię, braciszku :*). Sama patrząc na Czekoladkę i na siebie nie widziałam za wielu podobieństw. Z kolei patrząc na Dużą i Małą Czekoladkę dopatrywałam się coraz więcej wspólnych cech. A to znamię w tym samym miejscu, a to loczki, a to kolor skóry, a to nosek, a to usta... Na szczęście, i ja znalazłam coś swojego!!!!!! Mam swoją część mojej Czekoladki. Własną "działkę", którą kocham i, o którą dbam. A cóż to takiego? Moja część włosków! Tak jest. Natura dała mi kawałek mojej "Czekoladowej tabliczki". Małą, ale moją. Tylko spójrzcie na przednią część włosów. Są inne od reszty. Zupełnie inna struktura, skręt i wygląd. Dokładnie takie jak moje. I to nie przypadek, bo za każdym razem, jak ją podcinamy, czy myjemy, ona zawsze wraca do takiego stanu. Mojego stanu :)))  Duma mnie rozpiera :)))


***
Mamy piękną złotą polską jesień. Jestem przekonana, że gdybym na stałe wyprowadziła się do innego kraju, to właśnie byłaby to jedna z rzeczy, za którymi bym tęskniła. Za polskimi porami roku. Za śniegiem w zimę, za kasztanami w jesień, za mleczykami na wiosnę i kapryśną aurą w lato. Dlatego, teraz, gdy jeszcze tu jestem, korzystam z tych uroków ile wlezie. I zaszczepiam tę miłość w moich Czekoladkach. Tak jak dzisiaj, podczas wspólnego zbierania kasztanów. Bartunia dzielnie schylał się po brązowe kuleczki, z radością wrzucając je do naszej czarnej torby na "bakę" (baka - piłka).


***
Kochani, na koniec proszę Was o jutrzejsze wsparcie psychiczne i 3manie kciuków - przed nami przeklęte przesłuchanie i udowadnianie, że nie jesteśmy małżeństwem tylko na papierku. Stresuję się. Aaaa...

***
Przypominam o konkursie z Pampersem. Do wygrania zestawy pieluszek i chusteczek  >>>KLIK<<<  
 

***

sobota, 29 września 2012

Przedwczesny bunt (?)



"Charakter ma po mamusi" - to zdanie słyszę niemal każdego dnia od swojej rodziny. Nie będę ukrywać, że mam ciężki charakter, który niejednej osoby dał się nieźle we znaki. Wiem to i staram się poprawić. Dlatego nie dziwią mnie porównania mojej osoby do Synka. Czekoladka jest charakterny, zadziorny i uparty. Jak ja. Jak moja Mama. Jak moja Babcia. Do tej pory byłam przekonana, że te cechy charakteru przechodzą tylko w linii żeńskiej, jednak myliłam się. Bartek jest toczka w toczkę podobny do mnie. I bynajmniej nie jest to powód do dumy. Szczerze? Wolałabym, żeby zebrał choć odrobinkę charakteru mojego Męża, który pomimo tego, że czasami jest mega uparty, to częściej jest opanowany i stonowany. Nie daje się ponieść emocjom, jak ja. No, ale tak jak wspominałam... Czekoladka postanowił wyssać złość i nerwowość z mlekiem matki. Grrr... Jakby to powiedział mój Brat: "Teraz masz za swoje". Ano mam. I szukam sposobu, żeby dać sobie z tym diabelskim charakterem radę. Bartunia jest tak zbuntowany, jak ja w okresie nastoletnim. Naprawdę. Tupie, rzuca przedmiotami, krzyczy i płacze. Na nic groźby, na nic prośby. Zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem jakiś skok rozwojowy albo przedwczesny bunt dwulatka? Bo jeśli nie... To sama nie wiem, jak przetrwam kolejne napady złości. Stresuje mnie to, tym bardziej, że wszyscy wokół nagle wytykają mi, jaką to nieporadną jestem matką. Doszło nawet do tego, że zaczęłam zgłębiać temat radzenia sobie z napadami złości u dzieci. I czytam, i czytam, i czytam... I wierzę, że charakter Czekoladki można jeszcze zmienić :)))))))))))))

Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tych "rad"?

A na drugim blogu coś o rasizmie i wielkim świecie {http://jah-stina.blogspot.com/2012/09/dolce-gabbana.html}

***