Z kuchni dochodzą mnie cudowne smaki. Całe mieszkanie wypełnione jest zapachem pysznej zasmażanej cebulki (piszę to ja, kiedyś zagorzała przeciwniczka cebuli ;p) i piersi z kurczaka w przyprawach. Żołądek pomalutku przykleja mi się do kręgosłupa. Nieważne, że przed chwilką zjadłam swoje "dietetyczne" danie na parze. Teoretycznie to samo, tylko bez cebulki. Ale nic nie potrafi oszukać mojego węchu, nic nie jest w stanie wymazać smaku z receptorów smakowych. W głowie mam milion pragnień i myśli. Chcę pobiec do sąsiedniego pokoju, wyrwać talerz z przepysznym jedzeniem mojemu Mężowi i Czekoladowemu Dziadkowi i zatopić swoje ząbki w tych rarytasikach. Wciąż pamiętam każdy kęs tego przepysznego jedzonka, które konsumowałam będąc w ciąży. Oh głupia ja, że wtedy nie jadłam za pięciu... Oj głupia.
Tak w skrócie przedstawia się sytuacja w mojej głowie. Siedzę z Bartkiem w drugim pokoju i staram się nie myśleć o tym, że jeszcze jakiś czas nie dla mnie są przysmaki kuchni tanzańskiej wychodzące spod noża mojego Męża. Nie ukrywam, jest ciężko. Codziennie marzę o ugali (foto poniżej - skromna porcja z czasów ciąży ;p), pilau, fasoli z ryżem, omlecie z ziemniakami czy "głupim" mięsie mielonym z ryżem. Nawet pisząc to dostaję ślinotoku. Jedyne pocieszenie, że mniamnuśne wigilijne jedzonko mojej Mamy nie przejdzie mi koło nosa. Do tego czasu jakoś to przetrwam. Przecież sama zadecydowałam, że będę karmić Synka do ok. 9 miesiąca. Tylko ta myśl powstrzymuje mnie przed wyrwaniem jedzenia moim bliskim. Niech podziękują Małej Czekoladce za to. Dzięki niemu mogą się delektować tym pysznym jedzonkiem, a mi pozostaje tylko zatopienie się w swoich kulinarnych marzeniach i czekanie.. :) Ale powiadam Wam, gdy nastanie TEN czas, to biada Ci, mój Mężu, oj biada... :)))
PS. A czy Wy macie jakieś zachcianki, które z różnych powodów muszą jeszcze poczekać?
PS. A czy Wy macie jakieś zachcianki, które z różnych powodów muszą jeszcze poczekać?
***











