poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ostatnia lekcja suahili... czyli SOMO LA SABA.

Hujambo! Na wstępie przepraszam Was za dwutygodniową przerwę - nie chciałam zamęczać ani Was, ani siebie w Święta :) Mam nadzieję, że ten odpoczynek dobrze Wam zrobił, a Wasze suahili z każdym dniem jest coraz lepsze.

Zanim przejdę do kolejnej lekcji chciałam Was uspokoić - owszem dzisiaj będzie ostatnia lekcja, ale tylko w tym ROKU :) Tak się składa, że dzisiaj wypada ostatni poniedziałek, a tym samym ostatni dzień 2012 roku :) O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem, lekcje będą kontynuowane także w 2013 roku :)


Skoro już wszystko jasne to przechodzimy do kolejnej, siódmej lekcji suahili - SOMO LA SABA.

niedziela, 30 grudnia 2012

W poświątecznym skrócie.

Święta, święta i po świętach. Na szczęście. W tym roku wyjątkowo nie miałam na nie nastroju, co spowodowane było brakiem Dużej Czekoladki. Oczywiście starałam się to nadrobić rozmową na Skypie, ale to jeszcze bardziej utwierdziło mnie w tym, jak bardzo mi go brakuje. Ale ja nie o tym. Dość smęcenie, bo to mi wcale nie pomaga, a tym bardziej niczego nie zmieni.


Wigilię, jak co roku, spędziliśmy w gronie najbliższych - Chrzestnej Czekoladki z Rodziną, Wujka Marcina {Chrzestnego Czekoladki}, Babci, Babci-Pra i Dziadzia :) Czekoladka z dużą rezerwą obserwował całe "wigilijne zamieszanie", ale po kilkunastu minutach zawstydzony dołączył do rodzinnego grona. Ku radości rodziny pochwalił się swoją lekką mową - zarówno słówkami polskimi, jak i angielskimi. Oczywiście Mama pękała z dumy. Po uroczystej kolacji {Bartunia rozsmakował się w żurku z ziemniakami} przyszedł czas na najważniejsze {dla Czekoladki w szczególności}, czyli preeeeezenty :) A było ich troszkę :) 

 -nowy, bardziej zaawansowany laptop, który 'rozgryzamy' wspólnie z Czekoladką :)


Bartuś w szczególności upodobał sobie literkę "v", a właściwie jej wymowę - teraz biega po domu i krzyczy "wiiii" :)


-zestaw autek, w tym ukochana betoniarka :D No cóż... Nie raz wspominałam, że jesteśmy na etapie miłości do samochodzików, więc ten prezent był strzałem w 10 :) Teraz możemy tworzyć samochodzikowy pociąg i ustawiać wszystkie samochody na parapetowym garażu :)


-wojskowe samochody - ten prezent był ewidentnie wyborem Czekoladki. Pewnego dnia, podczas oglądania gazetki {chyba z Reala}, Bartunia zakochał się w wielkim wozie wojskowym... Hehe, jak widać Bartuś niedługo musiał czekać na realizację swojego marzenia :)


Dodatkowo gwiazdka podsunęła kilka kopert hehe, które w najbliższym czasie odpowiednio wykorzystamy :) Ciekawa jestem jak u Was minął ten świąteczny czas. Zadowoleni z prezentów?

Życzeń noworocznych jeszcze nie składam, bo mam zamiar odezwać się do Was jeszcze jutro :)))) 

PS. Także jutro powracają lekcje suahili :) Zapraszam z samego rana :)

***

niedziela, 23 grudnia 2012

Gorączka przedświąteczna…

zapanowała także w naszym domu. Biegamy ze ściereczkami, wycieramy kurze, odkurzamy podłogi {ku radości Czekoladki}, porządkujemy wszystkie zabawki, dekorujemy mieszkanie – jednym słowem totalne przedświąteczne zakręcenie. Szczerze powiedziawszy, nienawidzę tego całego przedświątecznego szaleństwa, ale co zrobić. Na szczęście, na tą chwilę Czekoladowe królestwo lśni czystością, wszystkie zabawki znalazły swoje miejsca {część oczywiście z tego miejsca, już została zabrana ;)}, no i co najważniejsze choinka także stanęła w naszym domu. Jak zwykle piękna, kolorowa i ciesząca oczy – w tym także Czekoladowe. Co prawda, choinka została ochrzczona przez Czekoladkę balonem {Dziadek przyniósł choinkę zawiązaną w wielki worek, stąd to skojarzenie Bartusia}, a bombki – bakami {czyli piłkami}. Musimy się przyznać, że już dwie rozbiliśmy podczas porannego meczu :(


Nie przedłużając – kochani, nie wiem jak to będzie z jutrzejszym dniem, czy dam radę się do Was odezwać {problemy techniczne i organizacyjne}, dlatego wolę już dzisiaj życzyć Wam spokojnych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, smacznych potraw wigilijnych, spełnienia wszystkich opłatkowych życzeń i samych radości w nadchodzącym Nowym Roku.


Sobie natomiast życzę więcej spokoju, mniej nerwów i Dużej Czekoladki na przyszłe Święta {mam nadzieję, że spędzone w naszym własnym domu}:)

PS. Dla zainteresowanych przypominam, jak wygląda świętowanie w Tanzanii :)

***

czwartek, 20 grudnia 2012

Let it snow...

Maaaaan. Gdzie jest śnieg, ja się pytam? Jeszcze tydzień temu byliśmy zasypani po kolana, a teraz ani jednej śnieżynki. Czyżby klątwa sanek działała? Wiedziałam, że jak tylko Czekoladka dostanie swój wymarzony śnieżny powóz, to zabraknie najważniejszego, czyli śniegu. Według prognoz pogody, {które namiętnie śledzimy :)} biały puch miał zacząć dzisiaj śnieżyć w Małopolsce, a tu co? Mróz, mróz i ani jednego białego płatka. Grrr... No nic to. {Nie}cierpliwie czekamy na dalszy rozwój wydarzeń, w duchu modląc się o jutrzejszy śnieżny poranek :D 

Bo Mama ma już dość wożenia zniecierpliwionej Czekoladki po domowych dywanach :D My chcemy śnieg, my chcemy śnieg! :D


PS. Podlasie, Mazowsze - podzielcie się śniegiem, pliiiiiissss :)

***

środa, 19 grudnia 2012

Mama ćwiczy przy śpiącym dziecku, czyli mój patent :)))

Ta część, która czyta mojego drugiego bloga, wie, że kocham ćwiczyć. Do tej pory, głównym czynnikiem wpływającym na wybór tego, a nie innego zestawu ćwiczeniowego był poziom głośności podczas wykonywanych ćwiczeń. Dlaczego? Większość ćwiczeń wykonywałam podczas snu Czekoladki, dlatego musiałam zrezygnować z wszelkich tupań, podskoków, sapań itp. Strasznie ubolewałam nad tym faktem, bo zdawałam sobie sprawę, że im więcej tego skakania i tupania, tym więcej spalałam kalorii. Niestety odkąd zostaliśmy sami z Czekoladką, nie mogłam pozwolić sobie na ćwiczenie w innym miejscu niż przedpokój, z którego widziałam śpiącego Synka. Cierpiało na tym moje kręcenie hh {za mało miejsca}, ćwiczenia z Ewą Chodakowską {nooo... 15 minut udawało mi się wykonać z Czekoladką, ale po jednym zestawie zaczynało się proszenie o "bajki"} i właściwie każdy inny głośny zestaw. Do dzisiaj. Muszę się Wam pochwalić, że wpadłam na prosty, ale jakże GENIALNY {moim skromnym zdaniem} pomysł. Otóż, zaraz, gdy Czekoladka zapadł w sen, włączyłam swojego laptopa, uruchomiłam Skype, zadzwoniłam do mojej Mamy {a właściwie na jej komputer}, podłączyłam kamerkę, którą skierowałam na śpiącego Synka. Oczywiście jak się możecie domyślić, komputer mojej Mamy był w dużym pokoju, w którym ćwiczyłam JA. Hihihi. Bez obaw mogłam wykonywać ćwiczenia na brzuch z Jillian i jednocześnie obserwować stan snu Czekoladki. 


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Ja mam, ty masz, oni mają... czyli SOMO LA SITA! :)

Habari? Moi drodzy, część z Was, która śledzi nasz fanpage wie, że w jednej z lekcji {KLIK} wkradł się bardzo poważny błąd. Mianowicie w tabelce z odmianami czasownika "być" {suahili: kuwa} pojawiły się odmiany czasownika "mieć". Z góry przepraszam wszystkich zainteresowanych, a przede wszystkim osoby, które w swoich głowach mają już te błędne informacje. Na pocieszenie powiem Wam, że nic w przyrodzie nie ginie - odmiany, których się nauczyliście wykorzystamy dzisiaj, a więc jakby na to nie patrzeć, jesteście jedną lekcję do przodu :)))



niedziela, 16 grudnia 2012

Ciepłe przekąski Czekoladki zapewnia Twój LUNCHBOX :)

Jakiś czas temu wspominałam Wam, że Święty Mikołaj wyjątkowo wcześnie nas zaczął rozpieszczać. W tym roku, wcieleniem Czerwonego Pana z białą brodą nie byli tylko Dziadkowie, ale także Twój LUNCHBOX, który obdarował nas bardzo praktycznym i pomysłowym prezentem - Torbą termoizolacyjną z bidonem. Muszę przyznać, że upominek idealnie wpisał się w nasze potrzeby, ale o tym za chwilkę.


Na początku kilka słów o samej torbie:
-wygląd: jedno wielkie WOW. Samochód na przedniej pokrywie w naszym przypadku okazał się strzałem w 10! Komu jak komu, ale Czekoladce, która jest właścicielem kilkudziesięciu samochodów, taki wygląd torby przypadł niesamowicie do gustu. Pierwszymi słowami, które padły z ust Czekoladki na widok torby było: "Maaama. Brum, brum. Auto!". Po tym zdaniu wiedziałam, że prezent, a właściwie jego wygląd jest jak najbardziej trafiony. 

sobota, 15 grudnia 2012

Diastasis recti, czyli rozdział mięśni brzucha...

Dzisiaj będzie troszkę inny post niż zazwyczaj, ale uważam, że temat ten jest niezwykle istotny dla każdej kobiety po urodzeniu dziecka.
Teoretycznie każda kobieta po porodzie powinna wiedzieć o co chodzi, ale w praktyce jest inaczej. Ja sama jestem przykładem osoby, która o istnieniu diastasis recti dowiedziała się gruuuuuubo po fakcie {uważam, że powinno się tą wiedzę wynieść ze szpitala, w którym się rodziło}. Co ważne, problem ten, nie dotyczy tylko kobiet po ciąży, ale także osób nigdy nie będących w stanie błogosławionym, w tym także mężczyzn i dzieci.

Ale może najpierw kilka słów, czym owe diastasis recti jest:

http://www.physioexcellence.ca/Services/Diastasis-Recti/a~3896--c~346250/article.html

Jest to rozszczep prawych mięśni od lewych mięśni brzucha, który jest najczęściej obserwowany u kobiet po porodzie {ale nie tylko!}. Mięśnie te są bardzo ważne w odpowiedniej stabilizacji, oddychaniu i ruchu ciała. W wielu przypadkach ów rozdział szybko sam wraca do stanu sprzed ciąży, ale może się też zdarzyć, że niezbędna będzie operacja. Podobno ważnym jest, by tuż po porodzie nie szarżować z ćwiczeniami angażującymi mięśnie proste brzucha, gdyż łatwo można przyczynić się do powiększenia rozdziału mięśni {patrz dalej}

piątek, 14 grudnia 2012

Boję się.

Na wstępie chciałam Wam wszystkim podziękować za komentarze i rady pod poprzednim postem. Dziękuję za wsparcie, za trzymanie kciuków i propozycje rozwiązania naszej sytuacji. Teraz musimy na spokojnie usiąść z Mężem i przeanalizować plusy i minusy każdego rozwiązania. Sprawa byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby chodziło tylko o naszą dwójkę. Wtedy bez wahania podjęłabym ryzyko i przeprowadziłabym się do Tanzanii. Nie mówię, że na zawsze, ale może na 2 - 3 miesiące... Jednak tutaj chodzi o kogoś ważniejszego niż ja czy Duża Czekoladka - o Bartusia. Po pierwsze boję się, jak on zniósłby całą podróż, zmianę klimatu, rozłąkę z Babcią i Dziadkiem, no i oczywiście obawiam się nowego środowiska {Mąż zapewnia mnie, że węże nie czają się za każdym kątem i nie czekają na białe mięso ;p. Brat mówi to samo - był tam ponad miesiąc i nie spotkał ani jednego węża, czy groźnego stworzenia (no poza waranem ;)}. Przeraża mnie wizja chorej na malarię Czekoladki {w ogóle wizja chorej Czekoladki nawet w Polsce mnie przeraża :), ale tam to już w zupełności}. Wiem, że jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam, ale w głębi duszy wierzę, że jest jeszcze inne, mniej radykalne rozwiązanie. 


wtorek, 11 grudnia 2012

Prawda to luksus, na który nie mogę sobie pozwolić.

Często czytając Wasze blogi, dowiaduję się o Waszych radościach, sukcesach, ale także o smutkach i problemach dnia codziennego. Kilka razy zarzucono mi, że na moim blogu panuje 'cukierkowa, różowa atmosfera'. To prawda. Nigdy nie chciałam tu pisać o złych rzeczach. Nie chciałam, bo to miejsce mojej Czekoladki. Nigdy nie chciałam, żeby Bartuś, po latach trafił w to miejsce i czytał o problemach swojej rodziny, o problemach natury psychicznej swojej niewydarzonej matki. Jednak dzisiaj coś we mnie pękło. Wewnętrzny ból i tęsknota za Mężem sprawiła, że chcę się gdzieś wygadać. I być może to nie jest dobre miejsce, ale nie mam innego.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przybij piątkę z suahili - SOMO LA TANO.

Mambo! Habari ya leo? Gotowi do kolejnej, już piątej, lekcji suahili? W dzisiejszym wpisie chciałam zrobić małe wprowadzenie do przedstawiania się. Nauczymy się jednego ze standardowych pytań i odpowiedzi - o nasze imię. Ok, to do dzieła.


SOMO LA TANO - Lekcja 5.

Pomalutku wchodzimy na wyższy poziom wtajemniczenia języka suahili. W dniu dzisiejszym chciałam rozszerzyć wiadomości z pierwszej {KLIK} i drugiej {KLIK} lekcji, kiedy to uczyliśmy się standardowych powitań. Jak wiadomo, rozmowa z reguły nie kończy się tylko na samym "hej" {mambo!}. Tym bardziej w przypadku rozmowy z kimś nieznajomym {a w szczególności w przypadku osoby białej}. Tanzańczycy widząc białą osobę, od razu starają się nawiązać z nią kontakt. Wołają "Mambo!", uśmiechają się i oczekują tego samego od rozmówcy. Często jest tak, że gdy dana osoba "wyczuje", że znamy "ich język" {nawet jeśli tylko powtórzyliśmy po nich "Mambo"}, od razu zaczyna traktować nas jako potencjalnego suahili-mówcę {sama się z tym spotkałam, gdy rozmawiałam ze znajomym Dużej Czekoladki na Skypie}. Od razu zaczynają się pytania: jak masz na imię, skąd jesteś itp. Dlatego dzisiaj, by móc zaskoczyć swoich przyszłych "rodzimych suahili - przepytywaczy" umiejętnością odpowiedzenia czegoś więcej niż "mambo", postanowiłam wprowadzić jedno z dwóch standardowych pytań wraz z odpowiedziami {za tydzień będzie kolejne :)}





piątek, 7 grudnia 2012

21.

Niestety tytułowa 21 to nie godzina, o której Czekoladka chodzi spać, ale i tak jest duży postęp. Wczoraj udało mi się go uśpić o 22:55 :) Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Wiem to. I tak osiągnęliśmy olbrzymi sukces. Pomyśleć, że jeszcze niecały miesiąc temu, dzień w dzień zasypialiśmy grubo po północy, to naprawdę jest nieźle.

Wracając do tajemniczej 21 - dokładnie tyle miesięcy Czekoladka jest z nami po drugiej stronie brzucha. Dwadzieścia jeden miesięcy. Szok jak ten czas szybko leci. Ani się obejrzymy, a będzie trzeba szykować tort z okazji drugich urodzin. Chociaż muszę przyznać, że ja sama zaczynam w nim widzieć coraz więcej dwuletniego chłopca, niż mojego małego niemowlaka. Czasami dla żartów biorę go na ręce, układam jak bobaska i wołam: Dzidziuś, dzidziuniu, co wywołuje w nim wielki wybuch śmiechu. On sam doskonale wie, że jest już duży, stąd ten śmiech :) 

Wydaje mi się {nie wiem, nie mam porównania}, że rozwija się niezwykle szybko i bardzo dużo umie jak na swoje 21 miesięcy:
-śpiewa bajki youtubowe - tralala {to do kolędy Deck the halls}, lala, aaa apple, bbb baall, ccc cat, ddd dog, ..., ggg gorilla.
-tańczy w rytm bajek, naśladuje wykonywane ruchy - uwielbiam jak wygina się jak kot z poniższej bajki. Ma niesamowite wyczucie rytmu {odzywają się korzenie afrykańskie, oj odzywają :)}


czwartek, 6 grudnia 2012

Czyżby Mikołajowy worek pękł koło Czekoladowego łóżka?

Wszystko wskazuje na to, że Mikołaj przedziurawił swój worek w naszym Czekoladowym królestwie. A może to Czekoladka był tak wyjątkowo grzeczny w tym roku, że zasłużył na tą lawinę prezentów? 

***
Wszystko zaczęło się nad ranem. Zaspana Czekoladka po zmianie pampocha, zszedł ze swojego łóżka i taki napotkał przed sobą widok:


Pierwszą rzeczą, która przykuła jego największą uwagę był... Czekoladowy Mikołaj :)


Bartunia biegał z nim od pokoju do pokoju, jakby chciał się pochwalić, że teraz nie tylko on jest koloru czekoladowego, ale także Mikołaj :) Ale to nie koniec niespodzianek. 


środa, 5 grudnia 2012

Dokarmiamy na całego.

Wczoraj ptaki {dzisiaj zresztą też}, a dzisiaj wiewiórki. Jako, że wczoraj miały one swoje niepisane święto {wszak nie wszędzie 'Baśki' to 'Baśki'}, to na dzisiejszym spacerku postanowiliśmy zahaczyć o pobliski lasek i zanieść im mały prezencik. Wyposażeni w ekhm... dwa orzechy, udaliśmy się na dokarmianie wiewiórek ;) 

Po dzisiejszym dniu jedno jest pewne - stanowczo potrzebujemy więcej orzechów:
-po pierwsze: głodne 'Baśki' rzuciły się na nas z każdej strony,
-po drugie: Czekoladka zalał się łzami na wieść, że Mama ma TYLKO 2 ORZECHY!

No bo jak to tak. Bartuś stoi, nawołuje, uderza piąstkami, 'Baśki' się zlatują, a Mama nie ma orzechów? Wstyd i hańba. Synu, obiecuję, że naprawię swój błąd i następnym razem będę miała całą torbę orzeszków dla wiewiórek :)


Po spacerku głównym umilaczem dnia jest filmik nakręcony podczas karmienia, kiedy to Bartunia woła wiewiórki 'po imieniu', bije im brawo, gdy znajdą orzeszka i piszczy, gdy uciekają do swojej kryjówki <3
Kocham Cię Bartuś! :*

PS. Co prawda dzisiaj na fanpage'u pisałam, że będziemy lepić bałwana, ale śnieg za szybko topnieje i nie udało nam się nic fajnego stworzyć. Ale... nic straconego, zima dopiero się zaczyna :D Niah, niah. 

Na pocieszenie wrzucam zeszłorocznego, przypadkowo spotkanego SNOWMAN'A :)


PS2. Wpis specjalnie dla zniecierpliwionej Babci Czekoladki :*

***

wtorek, 4 grudnia 2012

Czego się Bartuś nie nauczy, tego Bartłomiej nie będzie umiał.

Jak mogliście zobaczyć we wczorajszym wpisie, u nas zima na całego. Śniegu napadło tyle, że śmiało można myśleć o zakupie sanek. Biały puch wprowadza Czekoladkę w niecodzienny nastrój, nastraja go radośnie i pozytywnie.


Jednak nie każdego cieszy śnieżny krajobraz. Czas ten szczególnie daje się we znaki ptakom i zwierzętom. Dlatego, my jak co roku, postanowiliśmy wspomóc zwierzaki w tym trudnym dla nich okresie... i wyciągnęliśmy {ku radości Simby} naszą 'platformę żywieniową' :). 


Wieść o ptasiej jadłodajni, szybko rozeszła się wśród gołębi i sikorek, które hucznie przylatują do nas na posiłek. Simba, niby z rodziny kotów, wcale nie ma ochoty ich straszyć, tylko bezszelestnie obserwuje je zza firanki.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Śniegolandia :)

Śnieg intrygował Czekoladkę już od wczoraj, gdy wyglądając przez okno widział jak płatki śniegu połyskują w blasku ulicznej latarni. Już wtedy obiecałam mu, że jutro z samego rana pójdziemy na spacerek, by zobaczyć z bliska śnieżny puch. Nie wiem, czy to nie przypadkiem właśnie ta obietnica spowodowała, że Czekoladka poszedł spać o 23 {!!!!!!!}, ale nie ukrywam, że zaskoczył mnie tym niesamowicie. Tym samym możemy dodać kolejnych 60 minut do naszego dziennego rośnięcia :) 

Tak jak obiecałam, rano zaraz po śniadaniu, ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy na podziwianie naszej śniegolandii :) O dziwo Bartunia nie marudził przy wkładaniu puchowej kurtki, bez mruknięcia zgodził się na założenie czapki, ciepłych butów i rękawiczek. 


Chyba naprawdę nie mógł się doczekać tego spacerku. W sumie ja też. Zauważyłam, że przy Czekoladce na nowo zaczynam poznawać świat. Dzięki niemu umiem cieszyć się drobnostkami, dostrzegam szczegóły, na które kiedyś w ogóle nie reagowałam. Super uczucie. To jest właśnie piękne w posiadaniu Dziecka. 


Ciepło ubrani udaliśmy się w dobrze znaną nam trasę. Bartunia praktycznie cały spacerek trzymał się mocno Maminej rękawiczki, w obawie przed upadkiem {naprawdę było ślisko}. Przy okazji dzisiejszego spaceru, Czekoladka nauczył się nowych słów - śnieg, lód i zima. Teraz na każdym kroku je powtarza. 


Uczymy się, liczymy! Nie śpimy! SOMO LA NNE.

Hujambo! Jak tam nauka suahili? Mam nadzieję, że dobrze. Sama zdaję sobie sprawę z tego, że początki bywają trudne, ale tak jest chyba z każdym językiem. Teraz wyobraźcie sobie sytuację, że mój Mąż, zupełnie 'zielony' przyleciał do Polski bez znajomości języka. To jest dopiero hardcore. Teraz, po prawie 7 latach, włada tym językiem lepiej niż niejeden Polak (nigdy nie usłyszałam z jego ust 'poszłem', czy 'włanczać'). No, ale dość tej prywaty {hihi, na końcu i tak będzie jeszcze małe co nieco ;)}. Nie ma czasu na zbędne gadanie, czas na czwartą lekcję suahili.


SOMO LA NNE - LEKCJA 4 - cd. liczby po suahili.

Kochani, tydzień temu poznaliśmy cyfry i liczby od 0 do 20 {-->odsyłam TUTAJ}. W tym tygodniu dokończymy naukę do 1000 i daję Wam spokój :) Spokojnie... Nie z suahili, a z liczeniem hehe. Nie bez powodu odsyłam Was do lekcji 3, gdyż do tworzenia dzisiejszych liczb będzie potrzebna nam wiedza z przed tygodnia. Ok, lecimy z tym koksem.

niedziela, 2 grudnia 2012

Czekoladka urosła o... 80 minut.

Uwaga. Ja znowu o śnie Czekoladki. Tak jak wspominałam w tym wpisie, sen jest bardzo ważny w prawidłowym rozwoju dziecka. Ilość hormonu wzrostu, która wydzielana jest pomiędzy 22, a 24 godziną, jest o wiele większa niż ilość wydzielana w ciągu dnia. Dlatego za punkt honoru postawiłam sobie zadbanie o to, by Bartuś korzystał z tego wyjątkowego czasu, w jak największym stopniu. Wiadomo, że nie od razu udało mi się przestawić jego zasypianie z 1 na 22, ale każdego dnia osiągamy coraz większe sukcesy. I tak pierwszego dnia zmian, Czekoladka zasnął o 23:45, kolejnego o 23:40, a wczorajszego o 23:15! Pewnie niektórzy z Was chwytają się za głowy i myślą: Też mi sukces, dziecko powinno zasypiać po dobranoce. Ok zgadzam się, ale tak jak wspominałam: "Nie od razu Kraków zbudowano." Pole, pole {j.suahili - powoli, powoli}. To, że udało mi się "zmusić" Bartka do chodzenia spać jeszcze tego samego dnia, jest dla mnie sukcesem. A to, że dzięki tej zmianie Bartunia "łapie" niezbędne minuty wydzielania się hormonu wzrostu, to już w ogóle bajka :)

sobota, 1 grudnia 2012

Macin! :D

Rozgadało nam się to Nasze Czekoladowe Szczęście. Praktycznie codziennie wchodzi jakiś nowy wyraz, którym Czekoladka zaskakuje nas w najmniej oczekiwanej sytuacji. Tak jak w przypadku imienia Wujka. 
Kiedyś wspominałam, że podczas kąpieli, a właściwie już podczas ubierania, żeby zająć czymś Bartusia powtarzamy wszystkie słówka, które już zna. Czasami dodajemy coś nowego, ale nie zawsze Bartuś jest w stanie je poprawnie wypowiedzieć {czasami owszem wypowie, ale nie identyfikuje słowa z niczym konkretnym}. Podobnie było przedwczoraj. Przy powtarzaniu dobrze znanych Czekoladce słów, padło imię Wujka. Jakież było nasze zdziwienie, gdy Czekoladka, nie dość, że powtórzył je bezbłędnie - jedynie zmiękczył literkę 'r', to jeszcze doskonale wiedział, o kim mowa. I tak przez cały wczorajszy dzień, Bartunek biegał do pokoju Wujka, krzyczał: "Macin" i szybko uciekał ze śmiechem do Mamy. Oczywiście Wujek stwierdził, że skoro Chrześniak zna jego imię, to znaczy, że jego kocha najbardziej. No można się tutaj sprzeczać, ale po co ;) Niech ma radochę :)
Tak, więc Bartunek do swojego słownika dodał nowe słówko. Ale nie jest to jedyny nowy wyraz w Czekoladowych ustach {szczerze? sama się już gubię w tych wszystkich słowach, bo wchodzą one niesamowicie szybko}. 

Ostatnio rządzi także: boję się, czekam, parzy. Teraz pokrótce o każdym z nich:
-boję się - WSZYSTKIEGO, a najbardziej cienia wieszaków w łazience. Co prawda nie jest to strach rzeczywisty, ale przecież lepiej wcześniej powiedzieć, że się czegoś "boję", niż się przestraszyć na serio :)
-czekam - Mama mówi: "Bartunia, czekaj". Bartunia odpowiada: "Czekam" {a właściwie dźiekam}. Przy czym, to dźiekam wywołuje we mnie wybuch śmiechu. Kocham To!!!!! :))))
-parzy - Bartuś kojarzy, że słowo "parzy" oznacza, że czegoś nie można dotykać bo jest gorące. Ale, żeby być przekorą, Bartuś kocha dotykać to, co "parzy". I tak, pije herbatę, nawet, gdy twierdzi, że "parzy" {jest ciepła, ale nie gorąca}. Dotyka kaloryfer, gdy jest ciepły i krzyczy, że "parzy", ale dalej dotyka :D No i najlepsze na koniec - dotyka zimnej karuzeli, czy zjeżdżalni na placu zabaw i także twierdzi, że ona "parzy". Jak widać, nie ma znaczenia, czy dana rzecz jest ciepła, czy zimna, bo ona i tak "parzy" :))))


Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych, nowych słówek, ale może na dziś wystarczy :)

Pozdrawiamy Czekoladowo! :)))

***

czwartek, 29 listopada 2012

Nie tak ma być!

Wczoraj {przedwcześnie} zadowolona z wielkich Czekoladowych rewolucji, szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Dokładnie godzinę później {o 22:00}. Czekoladka obudził się z przeraźliwym płaczem, którego nie umiałam opanować. Skończyło się na tym, że Bartul zebrał się i pobiegł z płaczem do pokoju Babci. Tam jeszcze długo dochodził do siebie. Padł przytulony do mnie i do Babci o 00:30. Po niecałych 2 godzinach powtórka z rozrywki, tyle, że tym razem szybciej udało nam się opanować jego płacz. Co jest grane? Nie było sytuacji, żeby Bartulek się czegoś wystraszył, nikt go nie bije, nikt na niego nie krzyczy - nie wiem skąd te jego lęki. To znaczy domyślam się, że może to być powiązane z wyjazdem Dużej Czekoladki, bo podobnie reagował za pierwszym i drugim razem, gdy Tata mu zniknął z dnia na dzień. Krzyki momentalnie kończyły się, gdy byliśmy w trójkę... Niestety problem z późnym zasypianiem jest obecny od jakiś 3 miesięcy, bez względu na to, czy jest z nami Tata, czy nie. 

Nie wiem jak mam mu pomóc. Wylot Męża był konieczny. Nie mieliśmy na to większego wpływu. Jedyną opcją, żebyśmy byli wszyscy razem jest przeprowadzka do Tanzanii, na którą na razie nie możemy sobie pozwolić. Ech. Ciężka sprawa. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Czekoladka naprawdę to przeżywa. Niby cieszy się jak widzi Tatę na Skypie, rzuca do niego piłkę, nawołuje do wspólnego grania, podaje mu Misie, samochody, pokazuje książeczkę... ale właśnie to, że Tata nie może kopnąć tej piłki, przytulić Misia, poczytać bajki, sprawia, że Bartuś smutnieje. Gdy tylko kończę rozmawiać z Mężem, ten od razu podbiega do komputera, podłącza z powrotem kamerę i krzyczy: "Tata, tata". Serce mi pęka.



Life is too complicated.

***

środa, 28 listopada 2012

Znaczenie snu w życiu dziecka + EDIT.

Dziewczyny. Widzicie, która jest godzina? No właśnie. Nie ma nawet 21, a moja Czekoladka już śpi. Nie mogę w to uwierzyć. Chociaż po jego dzisiejszym dniu, to było pewne, że padnie zaraz po "Na Wspólnej", które uwielbia. 

Złożyło się na to kilka czynników:
-Bartunia DOBROWOLNIE wstał dzisiaj o 8:30 {był bardzo śpiący, ale o dziwo nie chciał dłużej spać}
-brak popołudniowej drzemki {właściwie to ona była, tyle, że 15minutowa na ramieniu Mamy. Czekoladka zwyczajnie usnął mi podczas spaceru oO. A dawno takie coś nie miało miejsca}
-po powrocie ze spacerku, Czekoladka nie kontynuował snu, tylko po wyciumcianiu Cyca zabrał się do rozrabiania.

Tym sposobem oczy Czekoladki schodziły się już od godziny 18. Przetrzymaliśmy go do 21 {kąpiel, zabawa} i teraz padł jak mucha.

Z cyklu nocnych przemyśleń...

Siedzę na łóżku, tuż obok mnie leży Czekoladka. Śpi od jakiś 10 minut {jest 1:00}. A ja zamiast iść spać tuż koło niego, rozmyślam. Nie lubię takich chwili - nawet mój Mąż kiedyś powiedział, że stanowczo za dużo myślę i analizuję. Ma rację. Z tych moich rozmyślań nigdy nic dobrego nie powstało. Tylko zły nastrój i jeden wielki dół. Tak jak teraz. Ze łzami w oczach patrzę na mojego Małego Bezbronnego Simbę, a w mojej głowie roi się milion przeróżnych pytań.

Dlaczego?

Jestem świeżo po przeczytaniu wywiadu z pół Tanzańczykiem, pół Polakiem, chociaż on sam o sobie mówi, że jest w całości Polakiem i w całości Tanzańczykiem {"jestem Polakiem i Tanzańczykiem. Nie pół Polakiem. Nie mulatem, ale w pełni Polakiem i w pełni Tanzańczykiem. Człowiekiem dwóch kultur."}. Przeczytałam ten wywiad z ciekawości, gdyż znam osobiście głównego bohatera. To przyjaciel Dużej Czekoladki i świadek na naszym ślubie. 
Po co w ogóle o tym rozmyślam? Otóż pewien fragment wrył mi się totalnie w psychikę. Fragment mówiący o pierwszych 7 latach spędzonych przez niego w Polsce {kolejne lata życia spędził w Tanzanii, akceptowany przez Tanzańczyków}. O negatywnych doświadczeniach i niemiłych zachowaniach ludzi w stosunku do niego i jego ojca. Tylko i wyłącznie ze względu na jego kolor skóry. Podobne doświadczenia opisuje inny Tanzańczyk, który przyjechał do Polski na studia {"Po trzech tygodniach zobaczyłem jak jest naprawdę. Gdy wracałem z dyskoteki spotkałem chuliganów i zostałem pobity. Ukradli mi pieniądze i zegarek. Wtedy zacząłem trochę rozumieć po polsku i rozumiałem co ludzie mówili do mnie na ulicy: Murzyn, Bambo, Czarnuch, Polska dla Polaków... Mówiłem o tym moim nauczycielom, ale oni odpowiadali, że taka jest Polska i muszę dbać o moje bezpieczeństwo."} Naprawdę przykra sprawa.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Sukces! :)

No dobra, może tytuł troszkę nad wyrost, ale naprawdę jestem zadowolona i dumna z mojego Synka. Tak jak wspominałam, od dłuższego czasu jesteśmy bezwózkowi {to nie nasz wymysł, po prostu Bartuś nie lubi siedzieć w wózku/rowerku, woli mieć kontrolę nad tym gdzie idziemy}, dlatego nasze spacery zawsze odbywały się na nogach/rękach. Nie, nie pomyliłam się z tym czasem przeszłym. Odbywały się. Bo, proszę mi uwierzyć na słowo moi mili, dzisiaj Czekoladka zrobił mi wielką niespodziankę i spacerował całe 1,5h sam na własnych nogach. Na każde moje podnoszenie {a to samochód jechał, a to chciałam coś pokazać} Bartuś ze złością wyrywał się i zeskakiwał na ziemię :D

Raaaanyyyy. Ale wygoda, ale komfort. Móc spacerować z Synkiem ZA RĘKĘ bez bolących rąk i pleców. Od razu życie staje się prostsze. Nawet 20minutowe stanie koło ulicy i patrzenie na przejeżdżające samochody jestem w stanie znieść z uśmiechem na twarzy:)

 Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale mam nadzieję, że to zmiana na zawsze :)))) 

Chwilo trwaj wiecznie :)

PS. jeszcze tak zmienić te godziny snu, a będzie jak w bajce ;p


***

Raz, dwa, trzy... czyli liczymy po suahili. SOMO LA TATU.

Mambo! :) Jak Wam  minął weekend? Bo nam baaaaardzo szybko. Dopiero odkąd na blogu pojawiły się cotygodniowe lekcje suahili, widzę jak ten czas ucieka. Ledwo umieszczę jedną lekcję, to już za chwilę czas na nową :)


W dzisiejszej, już trzeciej, lekcji suahili skupimy się na nauce cyfr i liczb.

SOMO LA TATU - lekcja 3.

Dzisiaj będzie krótko i na temat. Niestety będzie to lekcja tzw. pamięciówka. Po prostu musimy nauczyć się ciągu liczb, które posłużą nam przy tworzeniu innych. Na pierwszy rzut idzie pierwsza dziesiątka:

0 - sifuri {czyt. sifuri}
1 - moja {czyt. modża}
2 - mbili {czyt. mbili}
3 - tatu {czyt. tatu}
4 - nne {czyt. ne}
5 - tano {czyt. tano}
6 - sita {czyt. sita}
7 - saba {czyt. saba}
8 - nane {czyt. nane}
9 - tisa {czyt. tisa}
10 - kumi {czyt. kumi}

niedziela, 25 listopada 2012

A ja kocham Bab-Ci {ręce}!

O tym, że Duża Czekoladka wyjechał, chyba nikomu nie muszę przypominać. Jednak to, jakie zmiany pociągnął za sobą ten wyjazd, to jest warte zanotowania. Do tej pory, gdy Tata chodził z nami na spacerki, Bartunia połowę czasu spędzał na swoich nogach, a drugą połowę na rękach Mamy (wózek już od dawien dawna został wydelegowany do Wujka M. na strych). Niestety pokutuje noszenie Czekoladki w niemowlęcym okresie, gdy każdy truchlał na myśl, o niemiłych szpitalnych perypetiach. Bartunia, jako bardzo rozumne i sprytne dziecko, wymyślił sobie w swojej Czekoladowej głowie, że przecież, on wcale nie jest jeszcze taki duży i wciąż można go nosić na rękach (na nic nasze prośby i groźby). Spacer bez dźwigania "klocka" to spacer nieodbyty. Do tej pory, jak już wspomniałam, rola ta przynależała się Mamie (na widok wyciągniętych Tacinych rąk, Bartunia reagował krzykiem i kopaniem). Wszystko zmieniło się po wylocie Taty. Teraz, gdy nie ma go z nami fizycznie, Bartuś znalazł sobie inny nożno-ręczny transport - Babcię. Nie wiem skąd ta nagła zmiana, wszak do tej pory najbardziej kochał moje ręce. Niestety teraz ten {nie}miły "prawie 13 kg obowiązek" spadł wprost na Babcine ręce. Oczywiście staramy się jak możemy przekonać Czekoladkę, że świat zwiedzany na własnych nogach jest o wiele ciekawszy, ale on i tak stara się wdrapać na ręce. Na szczęście, Babcia ma głowę nie od parady, i wspólnie ze mną wymyśla różne "odwracacze Czekoladowego wzroku". A to wchodzenie po podjeździe, a to wchodzenie po schodach, a to deptanie "kocich jajek" {patrz foto}, a to szukanie wiewiórek, a to gonienie kota. I tak, od kroku do kroku, udaje nam się przebyć spacer, {prawie} bez noszenia na rękach. 

bazarek.pl
Wiem, wiem, zaraz posypią się komentarze, że to nasza wina, że sami sobie na to zasłużyliśmy - tak wiemy i bijemy się w piersi - NASZA WINA, NASZA WINA, NASZA BARDZO WIELKA WINA. No, ale... Tak jak wspominałam, próbujemy zapanować nad rządami Króla Simby... i prosimy Was o mentalne wsparcie :)

A jeśli już o Babci mowa - Bartunia, ni z tego ni z owego, postanowił zmienić pewne ważne określenie. Z dumą komunikuję, że nie ma już u nas w domu Babki, nareszcie zawitała do nas BABCIA :) Brawa dla Czekoladki :) Teraz bez wstydu mogę iść z Bartusiem na huśtawkę i nasłuchiwać miłego wołania Babci, a nie BABKI :))) {uwierzcie mi, raz nieźle spaliłam buraka, gdy wszystkie dzieci mówiły do swoich babć 'babciu', tylko Bartek krzyczał BAB-KA!}

***

piątek, 23 listopada 2012

"On się chyba z Wami kłóci?"

Aj. Dawno się nie odzywałam. Wybaczcie, ale ostatnio pochłonęło mnie coś innego {drugi blog i związane z nim zobowiązania, ale o tym wkrótce} oraz wirtualne randki z Mężem na Skypie (i wspólne 'granie' Małej Czekoladki z Tatą w piłkę). Na szczęście mamy to udogodnienie, że możemy codziennie się widzieć i słyszeć, dzięki czemu nie tęsknimy tak bardzo za sobą. Ja wiem co u niego, on wie co u mnie, więc jesteśmy dużo spokojniejsi. Chociaż ja nie do końca. Niestety w Tanzanii obecnie jest pora deszczowa, a co za tym idzie jest mnóstwo komarów, w tym także malarycznych. Codziennie, gdy rozmawiamy, widzę jak Duża Czekoladka zabija te wstrętne komarzyska. Na nic moskitiery, na nic spraye przeciwko komarom, one i tak znajdują sposób, by dostać się do środka. Ech. Mam nadzieję, że Mąż nie zachoruje, tak jak w kwietniu. Bleh. Niby wiem, że to jego klimat, że mieszkał tam prawie całe życie, ale jednak wciąż się martwię o tą moją Większą Czekoladkę :(


A co u nas nowego? Bunt {prawie}dwulatka trwa na potęgę. Śmiało mogę powiedzieć, że po wyjeździe Dużej Czekoladki bunt zwiększył się podwójnie. Bartek rządzi, Bartek rozkazuje, Bartek pokazuje swoją złość... a my próbujemy wytłumaczyć mu, że jednak to my tutaj dyktujemy warunki. Z jakim skutkiem? Różnym. Najczęściej kończy się na Czekoladkowym płaczu i naszym pękającym sercu, ale i kamiennej twarzy. Zdajemy sobie sprawę, że Czekoladka stosuje tzw. "próbę sił" i to jest jedyny moment, w którym możemy mu pokazać, kto tu tak naprawdę rządzi. Nie jest to łatwa sztuka, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Przed nami czas wzmożonej cierpliwości, opanowania i zrozumienia Czekoladowych napadów złości. I przede wszystkim zasada:


Hihihi, a co do tytułu. Dzisiaj spotkaliśmy sąsiadkę z góry, która widząc 'grzecznego, słodkiego Bartusia', nie mogła uwierzyć, że to ten sam mały człowiek, który biega z jednego pokoju do drugiego, krzycząc i kłócąc się ze wszystkimi domownikami. No cóż... Udawać to Czekoladka potrafi, ojjjj potrafi...

Gdy tylko Czekoladka uśnie, lecę poczytać co u Was i w końcu pokomentować! :) Buziaki :))))

***

poniedziałek, 19 listopada 2012

Światowy Dzień Toalet.

Toaleta. Towarzyszy nam każdego dnia. Rano, w południe, wieczorem, a nawet w nocy. Jest to miejsce, które odwiedzamy codziennie, a jednak nie przywiązujemy do niego większej uwagi. Wiadomo - toaleta to nie temat do rozmów. Baaa... to wręcz temat tabu. 

A ja dzisiaj chciałam złamać tą zmowę milczenia i troszkę "porozmawiać o wucecie". Zresztą nie pierwszy raz, bo kilkanaście postów temu (KLIK) także pisałam o problemie sanitarnym na świecie. Wtedy skupiałam się na problemie części mieszkańców Tanzanii, którzy nie mają dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych. Dzisiaj z kolei chciałam się skupić na samej toalecie. Bo nie wiem czy wiecie, że wśród 7 miliardów ludzi na świecie, aż 1,1 miliarda nie ma W OGÓLE dostępu do toalet! Ciężkie do wyobrażenia, prawda? Niestety takie są realne dane. Według badań przeprowadzonych przez UNICEF aż 1.1 miliarda ludzi na świecie załatwia się na otwartej przestrzeni z powodu braku dostępu do toalety. Coś, co dla nas jest czymś naturalnym i całkowicie normalnym, dla wielu jest zwykłym marzeniem.



Suahili z Czekoladką. SOMO LA PILI.

Mambo vipi? :) Witam Was serdecznie na drugiej lekcji suahili z Czekoladką. Dzisiejsza lekcja została przygotowana przeze mnie, ale bez obaw! Udało mi się ją skonsultować i przeanalizować z Dużą Czekoladką przez Skypa w samym Katarze :)))) Także wszystko jest sprawdzone i zatwierdzone przez naszego nauczyciela.


Lekcję drugą czas zacząć. SOMO LA PILI - LEKCJA 2 - POWITANIA CD. + ODMIANA CZASOWNIKA BYĆ (kuwa - czyt. kuła)

Pozwólcie, że na samym początku dokończę pozdrowienia i powitania. Najprostsze z nich, mieliśmy okazję poznać tydzień temu. Dzisiaj dorzucam inne, równie popularne pozdrowienia/zapytania po suahili. 

niedziela, 18 listopada 2012

Bibo, bibo.

Kilkanaście lat temu, gdy Królestwo Simby, było jeszcze królestwem rodzeństwa F, postanowili oni napisać list do św. Mikołaja. Jako, że żadne z dzieci nie umiało 'normalnie' pisać, użyto magicznej dobrze im znanej czcionki "bibobibo". Cóż to za czcionka? Nie znajdziecie jej w żadnym spisie czcionek, a także nie pomoże Wam wujek google. Pismo "bibobibo" było znane tylko im i... św. Mikołajowi, który zna wszystkie rodzaje pisma na świecie. A dzisiaj poznacie je także i Wy. Ale tylko pozornie, bo znaczenie zapisu na zawsze pozostanie tajemnicą. Wystarczy jedna zmiana fali, jeden ostrzejszy wierzchołek, a już zmienia się znaczenie "bibowego słowa"

Oto jak mniej więcej wygląda "bibobibo".

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Musicie wybaczyć mi tą jedność zapisu, ale za czasów powstawania "bibobibo" nikt nawet nie pomyślał o komputerze. Generalnie "bibobibo" to szlaczek składający się z gór i dolin. 

czwartek, 15 listopada 2012

Na chorobę nam Qatar Airways.

"Tatooo..." i cap Bartuś rzuca swoim "Mimi" w kołdrę, która imitowała Dużą Czekoladkę. To Czekoladowy Tata tuż przed wyjściem ustawił tak kołdrę, żeby mi było raźniej, no i żeby Bartunia miał na "kim" trzymać Czekoladkowe stopy. Zabawne, i jednocześnie smutne, jest to, że Czekoladka naprawdę myślał, że Tata śpi obok. Dopiero brak reakcji na spadającego "na Tatę" misia zasmucił Synka. To wydarzenie i widok Czekoladki spowodował potok moich łez. Sprawiło to, że dzień ten zyskał miano najgorszego dnia ze wszystkich złych dni w historii mojego życia.

Zabawne, że jakieś 6 godzin później wszystko nagle miało się odmienić. Dlaczego?

środa, 14 listopada 2012

Nie płacz, kiedy odjadę.

No i niestety ten dzień nastał. Za ok. 5 godzin mój Mąż będzie w drodze do Tanzanii. W pierwotnej wersji miał nie jechać, ale plany się zmieniły. Leci... i to nie wiadomo na jak długo. Jak to stwierdził Duża Czekoladka "moje życie to ciągłe podróże i wcale mi się to nie podoba". Mnie również i Małej Czekoladce także. Od samego rana jest nieswój - marudny, niespokojny i rozdrażniony. Doszło nawet do tego, że ledwo wstał rano, a zaraz poszedł spać. On! "Snofob". I płakał przez cały sen. Teraz też już śpi. Jakby regenerował siły przed pożegnaniem Taty. Ech. Taty... Nie lubię tego słowa w jego ustach, gdy nie ma z nami Dużej Czekoladki. Jutro zapewne będzie szukał Tacinego komputera, następnie pójdzie do kuchni, weźmie jabłko do ręki i będzie krzyczał "Tatooo". Na widok każdej jeansowej koszuli/kurtki będzie wołał "Tata". A Taty nie będzie. Czasami mam wrażenie, że są zżyci ze sobą bardziej niż ze mną. Heh. Ale dziwić się i nie dziwić. Solidarność plemników i koloru skóry musi być. Ech... I znowu będziemy wyczekiwać go na skypie, a Bartuś będzie mówić na kamerę "Daddy".

wtorek, 13 listopada 2012

Mam na imię Bartek.

Mam 20 miesięcy i jestem "snofobikiem". Nie lubię leżeć na łóżku. Nie lubię zamykać oczu. A przede wszystkim nie lubię spać. Czasami zmuszony usypiam na 3h, ale męczę się tym bardziej niż niespaniem. Kocham buszować po nocach. Godzina 2 w nocy to czas idealny na zabawę... w kuchni. Uwielbiam chodzić tam z Mamą na rękach i krzyczeć na cały dom: Taaaaato! Bo kto lepiej obiera jabłka niż Tata? Gdy jednak poczuję się lekko zmęczony (w granicach 4 - 5 rano) to uwielbiam usypiać w objęciach Mamy. Nie rozumiem dlaczego Mama wtedy się złości. Przecież tak nam ciepło. Co prawda Mama twierdzi inaczej, ale pewnie przesadza. Nie jestem egoistą, grzeję moje mleczko. No, ale Mama i tak narzeka. Krzyczy na Tatę, że jej zimno i, że ma ją przytulić. No i tak w trójkę siedzimy przytuleni. Nie lubię tego do końca, bo mi niewygodnie. Poza tym Mama jest moja. Tata niech przytula się do poduszki. Czy Wy też tak macie drodzy koledzy i koleżanki? Zgadzacie się ze mną, że nie ma co marnować czasu na sen? Nie wiem, dlaczego rodzice tego nie rozumieją.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Incy Wincy Spider.

Wierzycie w znaczenie snów? Ja teoretycznie nie wierzę, a w praktyce i tak myślę o tym całymi dniami. Zawsze, gdy pamiętam co mi się śniło, sprawdzam znaczenie poszczególnych elementów snu w senniku. Kiedyś czyniłam to w senniku mojej przyjaciółki, a teraz robię to online. Strona internetowa nie ma większego znaczenia, bo praktycznie na każdym piszą to samo.

Dlaczego o tym piszę? Dzisiaj nad ranem miałam dziwny sen. Widziałam grubego, czarnego pająka w oku mojego Taty. Wiem, dziwna sprawa. Jako, że ja sama boję się pająków, od razu zareagowałam na niego obrzydzeniem i piskiem (oczywiście sennym). Po chwili obudziłam się i szybko sprawdziłam znaczenie tego snu. Oto co znalazłam:
Sen o pająku oznacza, że będziesz staranny i energiczny w swojej pracy; zgromadzisz też w zadowalającej mierze fortunę,
Widzieć dużego, stojącego naprzeciw ciebie pająka – to znak szybkiego majątkowego awansu, jeśli nie pozostajesz w niebezpiecznych kontaktach.
Jeżeli wyobrażasz sobie, że uciekasz przed dużym pająkiem oznacza to, że utracisz majątek przy lada okazji.
Dla młodej kobiety śnić, że widzi pełzające wokół niej pająki – to zapowiedź, że jej fortuna i widoki na szczęście ulegną poprawie; otoczą też ją nowi przyjaciele.
(źródło: http://www.sennik.info/sennik-pajak.html) 


Pierwszą lekcję suahili czas zacząć. SOMO LA KWANZA.

Witajcie kochani. Jest mi bardzo miło, że mój pomysł z internetową nauką suahili został tak ciepło przyjęty. Śmiało mogę napisać, że nie spodziewałam się, że w ogóle ktokolwiek zechce uczyć się tak mało spotykanego języka, a tu proszę :) Jest nas troszkę. I super. Postaram się Was nie zawieść. 

Koniec gadania, czas do roboty. 


SOMO LA KWANZA - LEKCJA 1 - wprowadzenie + powitania.

Pierwsza lekcja będzie lekcją wprowadzającą. Mam nadzieję, że z czasem przejdziemy na wyższy poziom znajomości języka suahili. Nie chcę jednak nikogo zniechęcać na wstępie, więc postaram się racjonalnie podzielić całość materiału.