sobota, 31 grudnia 2011

Siedzę w domu na mej sofie, w kapciach samych albo beeez...

czyli Czekoladowy Sylwester w pełni :) Nie, żebym narzekała. Toż to Sylwester z moich snów. Wizja cieplutkiego łóżeczka, dwóch Mężczyzn u mego boku i Jaggera w tle nastraja mnie pozytywnie. Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam za Sylwestrem, tak samo jak za imprezami andrzejkowymi czy swoimi urodzinami. Być może pomyślicie, że niezła ze mnie nudziara, ale nic nie zmieni mojego zdania o "masowym świętowaniu". O wiele bardziej lubię kameralne imprezki, z kilkoma zaufanymi osobami, w bliżej nieokreślonym czasie :) Dopiero to ma swój urok :) No, ale żeby nie było tak drętwo to powiem Wam, że za dwa dni i my sobie poświętujemy z racji urodzinek mojego Ukochanego :) Nie mogę się doczekać :) A tymczasem pozostawiam Was z życzeniami noworocznymi i mykam do moich Czekoladek.

http://demotywatory.pl/
Moje drogie i drodzy czytelnicy, żeby nie powtarzać życzeń z przed roku, pragnę Wam życzyć samych pozytywnych momentów w nadchodzącym Nowym Roku, dużo radości z dzieciaczków, tych przyszłych i obecnych ;), a także mnóstwo optymizmu i uśmiechu na twarzy. Szczęśliwego Nowego 2012 Roku i udanej zabawy sylwestrowej (w kapciach samych albo bez, też ;)). Do "usłyszenia" w 2012 roku... :) Oby był tak samo dobry jak ten miniony :-)

Nawatakia mwaka mpya wenye furaha na mafanikio mema 2012.


A na koniec kilka moich postanowień noworocznych:
-mieć więcej cierpliwości do moich Czekoladek,
-mniej się złościć i obrażać,
-wziąć się w końcu na poważnie za naukę j.suahili,
-obronić mgr i znaleźć dobrą pracę,
-być może rozpocząć studia podyplomowe, z naciskiem na "być może",
-zebrać pieniążki na wyjazd do teściów do Tanzanii,
-w 100% doceniać każdą chwilę z moją rodziną,
-na poważnie zaczynąć dbać o ciało, bo brakuje mi tego bardzo ;p
-... o czymś na bank zapomniałam, więc wolę pozostawić sobie możliwość dopowiedzenia życzenia ;) 

A podsumowanie roku, może za rok... hehe czyli, że w 2012 :D 

***
mały czekoladowy słowniczek:
Nawatakia mwaka mpya wenye furaha na mafanikio mema 2012- życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku i dużo sukcesów w 2012 roku!

***

piątek, 30 grudnia 2011

Krew się polała...

Często na moim blogu macie okazję przeczytać relacje z testowania produktów, które otrzymujemy w ramach współpracy z różnymi firmami. Nasz najnowszy nabytek (?) do testowania, był u nas już od dłuższego czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że jest najintensywniej i najdokładniej przemaglowanym przez Czekoladkę produktem. Piszę w czasie teraźniejszym, ponieważ w dalszym ciągu przeprowadzamy testy i sprawdzamy odporność materiału na nowe bodźce. Od czasu pojawienia się malutkiej perełki w buźce Bartulka, testowanie nabrało zupełnie innego wymiaru. Gryzaczek, bo o nim mowa, został dotkliwie potraktowany przez prawie niewidocznego ostrego kolegę - pana Ząbka, w dniu wczorajszym. Wszystko było by pięknie, ładnie, gdyby nie fakt, iż tym nowym produktem, który tak intensywnie maltretujemy od ponad 9 miesięcy, jest nie kto inny, jak dobrze znany MAMINY PAN CYC! Dokładniej prawy pan Cyc. Nie wiem dlaczego, ale właśnie jego tak strasznie upodobał sobie mój Synek do bolesnego testowania. Przecież lewy praktycznie niczym się nie różni od prawego, a jakoś jego traktuje bardziej delikatnie.


Nie raz czytałam na blogach, że w momencie pojawienia się ząbka u dziecka, Mamy kamienieją ze strachu, jak to teraz będzie. W końcu zęby służą do gryzienia, więc przewidywalnym jest, że w chwili pojawienia się ich w malutkiej paszczy, od czasu do czasu, Gryzoń może poczuć w sobie żądzę wypróbowania nowego ząbka na kawałku mięsa. Przyznaję się bez bicia, że czytając takie ostrzeżenia dzieliłam je przez 10 i w głowie myślałam "Gadanie...". Teraz, po wczorajszym incydencie czuję się w obowiązku przeprosić wszystkie osoby, które potraktowałam w taki sposób w swojej głowie. Padam na kolana, biję się w pierś i przyznaję: Dziecko z zębem jest niebezpieczne (uprzedzam ataki - to jest moja SUBIEKTYWNA ocena ;)). A o prawdziwości tego zdania przekonałam się wczorajszego wieczora, gdy Czekoladowy Simba z radością w oczach ugryzł mnie w mojego, Bogu winnemu, cycorka. Polała się tytułowa krew i ból przeszył całe moje ciało. Jak na złość, Bartulek ugryzł mnie dokładnie w tą samą pierś, o której pisałam kilka wpisów temu. Teraz nie dość, że boli mnie pierś z niewiadomej przyczyny, to dodatkowo mam rozerwany sutek, z którego leci krew. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że po drugim podaniu Cycusia, Czekoladka zrobił dokładnie to samo co za pierwszym razem, poprawiając nową ranę dodatkowym zadrapaniem. Hihihi, żeby było jeszcze śmieszniej, mój Malutki Gryzoń skwitował to wszystko uśmiechem nr 73, czyli "bezzębnym uśmiechem" (ząbek delikatnie prześwituje, więc nie chcę myśleć co to będzie, gdy pojawi się cały oO), a radość wypełniła czekoladowo-czarne oczka. Mąż po zobaczeniu krwi na wkładce laktacyjnej (hihi, gdybym była ekshibicjonistką to zrobiłabym fotkę i ją pokazała hyhy) stwierdził, że może czas pomyśleć o zakończeniu karmienia. O nie, co to to nie. Zacisnę zęby i przeboleję, a swoją drogą po cichu wierzę, że Bartulek sam zrozumie, że kanibalizm nie jest fajny ;)))


***

czwartek, 29 grudnia 2011

Mała Żywa Iskierka.

Wiecie co jest gorsze od ząbkowania? Ząbkowanie+skok rozwojowy. A wiecie co jest jeszcze gorsze od tego? Ząbkowanie+skok rozwojowy+sesja. Czemu mnie to nie dziwi, że właśnie ta trzecia opcja przytrafiła się akurat nam? Ząbkowanie ząbkowaniem, cieszę się, że w końcu i u nas się pojawiło, bo przecież kiedyś musiało się zacząć, ale dlaczego musiało się ono zdublować ze skokiem rozwojowym i początkiem zaliczeń na uczelni? Niestety ten cały pakiet daje mi się nieźle we znaki. Po pierwsze w nocy prawie w ogóle nie śpię. Powiecie, takie życie studenta, ale gdzie tam! To, że nie śpię, wcale nie oznacza, że się uczę, bo wraz ze mną nie śpi mój Syn. Hmmm... chociaż jakby się tak zastanowić to chyba powinnam napisać, że to ja nie śpię z nim ;) Bo to w końcu on jest Królem i to on decyduje kiedy idzie spać. A tak się składa, że teraz ma dziwny etap pt.: Po co spać, jak można biegać? No właśnie, z tym bieganiem to też mamy utrapienie. Wszystko byłoby idealnie, gdyby Czekoladka biegała sama, a jak się domyślacie tak nie jest. Bartulek wciąż jest za słaby na samodzielne bieganie, nóżki mu się uginają i plączą, chociaż wyrywa się i cwaniakuje jak mało kto. Wydaje mu się, że pomocne dłonie opiekunów są tylko przeszkodą, która ma mu utrudniać jego sprinty. Ktoś powie - to nie pozwalajcie mu biegać, skoro sam nie potrafi. Ok. Wtedy zaproponuję tej osobie zabawienie Bartka w inny sposób. To jest niemożliwe. Jedyną rozrywką, która wywołuje uśmiech (baaa... salwy śmiechu) na jego twarzy jest właśnie dreptanie po podłodze. Nawet przychodzą takie momenty, że zaczynam na poważnie myśleć o chodziku, chociaż wiem, że najbezpieczniejszy dla dziecka to on nie jest. Ech. Wystarczy na chwilkę wziąć go na ręce tudzież posadzić na łóżku z zabawkami, a rozpoczyna się płacz i lament. I to nie jest tak, że posadzę go na łóżku i wymagam, żeby sam się bawił. Staram się go zabawić, gramy w piłkę, tańczymy, budujemy wieże z klocków, a po minucie jest płacz. Rany, rany... Kiedy to się skończy? Czasami chciałabym, żeby już sam chodził, ale jak sobie pomyślę, że będzie mi uciekał podczas zmieniania pampersa (właściwie to już to robi), czy uderzy się o coś w głowę, to mi ręce opadają. No nic to, nie ma co narzekać, tylko trzeba zakasać rękawy i pomykać z tą Czekoladową Iskierką po mieszkaniu.  W końcu ze mną też kiedyś biegano ;p Zatem niech moc będzie ze mną! :D


***
W dalszym ciągu zapraszam do naszego CZEKOLADOWEGO CANDY :) 


***

środa, 28 grudnia 2011

Pożegnanie? Powitanie!

W tym roku zdarzyło się coś niesamowitego. W Czekoladowej rodzinie Sylwester, a tym samym Nowy Rok nastał troszkę wcześniej. Wieczorem wszyscy zaczęli świętowanie, Dziadek specjalnie na tą okazję wyciągnął szampana z lodówki, Babcia otworzyła owoce w puszce i wspólnie obchodziliśmy bardzo ważne wydarzenie. Duża część z Was doskonale wie o co chodzi. Dzyń, dzyń - dokładnie dzisiaj, 28 grudnia 2011 roku o godzinie 16stej, dźwięcznie zadzwoniła łyżeczka w Czekoladowej buźce. Tak jest! Mamy zęba. Śliczną lewą dolną perełeczkę, która tak nam dała popalić (i to dosłownie!) przez okres świąteczny. Wszystko stało się jasne, gorączka, marudzenie, płacz i zgrzytanie dziąsłami. Intuicja mnie nie zawiodła - ząbkowaliśmy.
W sercach wszystkich domowników zapanowała olbrzymia radość, po tym jak Babcia odkryła pierwszego Bartulkowego ząbka. Co prawda, ja bym się kłóciła co do tego kto był pierwszy, no aleeee... Moje cycorki i tak wiedzą lepiej od kiedy są gryzione hehe ;) Ale faktem jest, że to Babcia za pomocą łyżeczki dała namacalne dowody na istnienie tej bieluteńkiej ślicznotki. Duża Czekoladka, Czekoladowa Babcia i Dziadek z dumą przechadzali się po mieszkaniu popijając szampana, podczas gdy Mama oddawała się kontemplacji o tym, że to koniec pewnego etapu... koniec bezzębnego uśmiechu. Mojego kochanego bezzębnego uśmiechu. Ach. Wszystko płynie...
Tak oto Czekoladowa rodzina (oczywiście beze mnie :P) żegnała bezzębny uśmiech, a witała pierwszy Czekoladowy Ząbek :)


To nie jedyna dobra nowina dnia dzisiejszego. Proszę tylko spojrzeć jak szybko doszło do realizacji wczorajszego wpisu. Mówimy i mamy. Całą szafkę nowych, dużych bodziaków i "rajstopek".


Bartkowi tak się spodobały reklamówki pełne nowych ubranek, że postanowił je wszystkie szybko rozpakować :) W ten oto sposób :)


Takiego zdolnego mam Syneczka :) Skutecznie zmotywował Mamę do uporządkowania nowych ciuszków. A mało tego, znalazł kartę stałego klienta, o której istnieniu nie miał nikt pojęcia :D Nawet Babcia, która zrobiła nam ten prezencik :D Hihihihi...
Koniec narzekania na brak ubranek, stroimy się i czekamy na zębową wróżkę, która co prawda nie ma nam zabierać ząbka spod poduszki, ale ma go nam jak najszybciej pokazać caluteńkiego, bieluteńkiego i równiutkiego :) Wszystkie nowe ząbki będziecie mieli okazję "obserwować" po prawej stronie bloga :) Dobranoc! :-)

***
Swoją drogą znacie dobry sposób na obolałą pierś? Nie wiem co się stało, ale prawy cycorek nie daje mi spokoju. Boli jak nie wiem co, a najgorszy jest ból podczas karmienia, gdy napływa mleko :( Jak sobie ulżyć? :((((

***
W dalszym ciągu zapraszamy na CZEKOLADOWE CANDY. Klikamy w obrazek :) Cieszy mnie tak duże zainteresowanie, jeśli dalej tak pójdzie to być może pokuszę się o dwie dodatkowe mini nagrody? :)


***

Kosmiczny wpis :)

Dla studenta koniec świąt oznacza, mniej więcej, początek myślenia o zaliczeniach i zbliżającej się sesji. Niestety tak się składa, że i mnie to nie ominie, dlatego od samego rana próbuję się zmusić do zrealizowania kilku projektów. Jak jeden udało mi się już skończyć (jeszcze tylko drobne kosmetyczne poprawki i można oddać 50 stronicowy projekt w całości), tak drugi spędza mi sen z oczu. Właściwie nie byłoby w nim nic trudnego, gdyby nie fakt, że wszystkie dostępne materiały, które znalazłam na ten temat są w języku angielskim, co skutecznie wydłuża czas mojej pracy (hmm, chociaż ten pierwszy projekt też robiłam z anglojęzycznych stron, baaa... nawet korzystałam ze stron w j.suahili, ale jakoś temat Tanzanii był mi bliższy :P). No, ale nie robię tego wpisu, żeby ponarzekać, c'nie? Piszę tu do Was, gdyż chciałam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat fajnej książki, którą dostałam "do postudiowania na okres świąt" od profesora. Temat, który staram się zgłębić jest bardzo przyszłościowy i ekhm... kosmiczny. Same zresztą wiecie, że kilka razy próbowałam "wydusić" od Was informacje odnośnie turystyki kosmicznej, niestety nie udało mi się nikogo "umysłowo zmolestować", a szkoda ;))) Ale przechodząc do rzeczy.

http://www.brightsightgroup.net/2011/01/eric-anderson.html
Książka, którą chciałam dzisiaj polecić nosi tytuł "The Space Tourist's Handbook: Where to go, What to see, and How to Prepare for the Ride of Your Life". Jej współautor (drugi to Joshua Piven), Eric Anderson, jest właścicielem popularnej firmy związanej z turystyką kosmiczną - Space Adventures, która zajmuje się wysyłaniem ludzi na kosmiczne wakacje. Książka rozpoczyna się przedmową pierwszego prywatnego turysty kosmicznego, Dennisa Tito, który w dość ciekawy sposób opowiada o swojej fascynacji kosmosem, trudnościami związanymi z organizacją wyprawy, a także dzieli się swoimi doświadczeniami związanymi z jego "kosmiczną wycieczką". Porównuje on swoje kosmiczne odczucia z narodzinami swoich  dzieci. Książka podzielona jest na 8 rozdziałów. W pierwszym z nich opisane są możliwości kosmicznych destynacji. W kolejnych możemy poznać rodzaje statków kosmicznych, ofert podróży kosmicznych (lot suborbitalny, misja "Soyuz Taxi", czy trans księżycowe wyprawy), dowiadujemy się o wymaganiach, które należy spełnić przed wylotem (badania lekarskie, treningi fizyczne i psychiczne itp.), a także o tym w jaki sposób przygotować się na powrót do rzeczywistości ziemskiej. W dalszej części książki autorzy dają czytelnikowi szereg praktycznych, czasami fantazyjnych, żeby nawet nie powiedzieć, że dziwacznych porad, które mają się przydać nam, przyszłym turystom kosmicznym w chwilach zwątpienia czy strachu. Znaleźć tam można m.in. informacje o tym jakie przedmioty najlepiej zabrać w lot kosmiczny (np. aparat fotograficzny, kamerę, dyktafon, bieliznę, monety, znaczki i wszystko to, co chcielibyśmy podarować znajomym po powrocie z kosmosu), jak spać, kąpać się, jeść, pić, gasić pożar, jak się poruszać w stanie nieważkości, a nawet rady w jaki sposób załatwiać w kosmosie potrzeby fizjologiczne.

fotka pochodzi z filmu "Space Tourists"
Książka napisana jest dosyć prostym angielskim, jedyną trudność można napotkać w przypadku specjalistycznego nazewnictwa kosmicznego. Moja wersja książki jest kserokopią, ale z tego co się orientuję oryginał zawiera 192 strony z kolorowymi ilustracjami. Tak między nami, w jednej recenzji wyczytałam, że w książce znajduje się troszkę błędów logicznych, które zauważalne są dla specjalistów związanych z turystyką kosmiczną. Nie mniej jednak, dla osoby, która dopiero w niewielkim stopniu "liznęła tematu", książka jest jak najbardziej przydatna i w wystarczającym stopniu przybliża wizję turystycznych lotów kosmicznych, która w nadchodzącym roku ma się ziścić dla kilkunastu bogatych śmiałków :) Taki kosmiczny "wypoczynek" kosztuje bagatela 200tys.$. :)

Ciekawa jestem Waszych opinii, czy gdybyście wygrały lot w kosmos czy skorzystałybyście z niego? Jesteście zainteresowane taką formą turystyki? Czy turystyka kosmiczna ma szansę na dobre wpisać się w aktywność turystyczną ludzi?

fotka pochodzi z filmu "Space Tourists"

Jeśli już piszę o książkach i recenzjach, to z przyjemnością pragnę Was zaprosić na konkurs z nagrodami, który organizowany jest na blogu mojerecenzjeksiążek :) Autorce zależy na rozpromowaniu konkursu, także mam nadzieję, że dzięki mojemu wpisowi w jakimś stopniu to się uda. Pozdrawiam :))))

***

wtorek, 27 grudnia 2011

A ja rosnę, rosnę i rosnę...

...zaraz z wszystkiego wyrosnę. Jeeee... Hehe, sama nie wiem czy się z tego cieszyć czy nie ;) Centralnie wszystkie ubrania Czekoladki zaczynają być przymałe. Niedawno dość spora część ubranek została zaniesiona do piwnicy, a tu szykuję się kolejne przeglądanie ciuszków. Większość rajstopek zaczyna krępować Bartulkowe ruchy, paluszki u stóp przybierają dziwne kształty z powodu za małych "materiałowych stópek", a bodziaki zaczynają wyglądać jak po młodszym bracie :) Tak jest! Najwyższy czas wymienić garderobę. Hihi, coś czuję, że poświąteczne wyprzedaże nie wzbogacą mojej szafy, tylko właśnie Bartusia. No, ale takie życie. Teraz to tylko matka będzie się kurczyć, a dziecię będzie rosło coraz większe i większe. I dobrze. Nie mogę się doczekać, aż razem pójdziemy na plac zabaw, do piaskownicy, wyszalejemy się za wszystkie czasy, wrócimy na obiadek i znowu pójdziemy na spacerek pograć w piłkę. A następnego dnia pojedziemy na wycieczkę do aquaparku i wesołego miasteczka. Czekam na ten dzień z niecierpliwością :) Jedno jest pewne - z każdym dniem jest coraz bliżej do tego wielkiego szaleństwa :D Widoczną zmianę można zaobserwować również w naszym Czekoladowym pokoju. Tuż przed Świętami zniknęło z niego Bartulkowe łóżeczko oraz przewijaczek, na rzecz ławy dla rodziców :) Hihihi... W końcu i tak dużego użytku z niego nie było, bo od samego początku Synek śpi z nami. Szkoda mi tylko własnoręcznie robionego przez Dziadka przewijaczka, który służył nam przez 9 miesięcy i skutecznie odciążał moje plecy przy przebieraniu Karmelka. Niestety przewijaczek przeszedł na swoją emeryturę, gdyż nóżki Bartulka już od dłuższego czasu wystawały daleko daleko poza jego granice. W ferworze radości Czekoladka nie raz uderzył o jego kant, co przyprawiało mnie o zawał serca. Tak więc, zrozumiałym było pożegnanie się z naszym pomocnikiem, który szczelnie zapakowany czeka na "lepsze czasy" w piwnicy. O wanience to aż chyba zrobię nowy wpis...

KWA KHERI  PRZEWIJACZKU... :( A pomyśleć, że jeszcze niedawno Czekoladowy Dziadek wraz z Babcią o mało się nie pokłócili przy Twoim tworzeniu. Chlip, chlip. Łezka zakręciła mi się w oku (nawet mam wrażenie, że i Dziadkowi było smutno, gdy zanosił go do piwnicy :(). Ach. Zmiany, zmiany...


***
A teraz kilka słów odnośnie gorączki i lekarza. Rano po zmierzeniu temperatury i braku gorączki, zdecydowaliśmy, że jednak nie idziemy do lekarza (z obawy przed grypami i innymi chorobami szalejącymi w przychodni). Wydaje mi się, że ta cała gorączka nie była spowodowana żadnym przeziębieniem, zapaleniem ucha czy czymś podobnym, a ząbkowaniem (sama nazwałam ją "świąteczną gorączką"). Ale czy tak było na 100% przekonamy się wkrótce. Na tą chwilę cieszę się, że wysoką temperaturę mamy za sobą i mam nadzieję, że tak już będzie przez całe życie Czekoladki (maaaarzenia ściętej głowy :P) Nie mniej jednak, dziękuję wszystkim za miłe słowa i wsparcie :)

***
W dalszym ciągu zapraszam do naszego CZEKOLADOWEGO CANDY :) Mnie się ostatnio udało wygrać kalendarz ścienny, więc może i do Was szczęście się uśmiechnie? :))))


***
mały czekoladowy słowniczek:
kwa kheri - do widzenia

***

poniedziałek, 26 grudnia 2011

"Jak się witają chłopy?"

Właściwie poza gorączką, to będzie moje drugie skojarzenie z pierwszymi Świętami Czekoladki. Tytułowe "Jak się witają chłopy?" stało się główną atrakcją świątecznych spotkań. Gdy tylko IBUM zaczynało działać i Czekoladka odzyskiwała humor, razem z Dziadkiem nie omieszkali się pochwalić swoimi nowymi umiejętnościami. Najatrakcyjniejszą z nich okazało się właśnie "chłopskie witanie". A co to takiego? Już piszę. Otóż od dłuższego czasu, Czekoladowy Dziadek po powrocie z pracy codziennie wyciągał rękę do Bartulki mówiąc przy tym: "No pokaż jak się witają chłopy". Na początku Król Simba niepewnie, troszkę ze strachem spoglądał na Dziadka, gdy ten nieugięty wciąż powtarzał: "No Bartuniu. Jak się witają chłopy?" i potrząsał rączką wnuczka. Od jakiegoś czasu zaobserwowaliśmy, że Bartolini na widok wyciągniętej ręki Dziadka sam zaczął ją podawać :) Oczywiście Czekoladowy Dziadek nie byłby sobą, gdyby nie omieszkał pochwalić się tym nowym osiągnięciem Wnuczka przed zgromadzonymi przy świątecznym stole gośćmi. I w ten oto sposób, kolejne osoby widząc jak Bartuś podaje swoją malutką rączkę na powitanie, zaczęły  podchodzić do Czekoladki z wyciągniętą ręką i pytaniem o witanie chłopów. Oczywiście zadowolony Bartulek raz po raz podawał rękę, by na końcu znużony tym wszystkim zalać się łzami. I tak oto cała rodzina dowiedziała się o wielkim pedagogicznym osiągnięciu Dziadka i nowej umiejętności Bartulka :) I to by było na tyle tych świątecznych wpisów. Promise


PS. Bartuń dalej gorączkuje, dlatego jutro z samego rana łapiemy siuśki do kubeczka i lecimy do lekarza. Trzymajcie kciuki za pozytywne newsy :(

***
W dalszym ciągu zapraszam do naszego CZEKOLADOWEGO CANDY :) 



***

Czekoladowe Candy za 100.000 odwiedzin :-)

Przeszło rok temu, gdy zakładałam tego bloga, w życiu nie przyszło mi przez myśl, że mój blog może osiągnąć taką oglądalność. Nasze Czekoladowe Szczęście, a wcześniej Czekając na Naszą Czekoladkę, założyłam w głównej mierze dla samej siebie i dla Bobka (wtedy jeszcze mieszkającego w brzuszku). Z czasem mojego bloga odkrywało coraz więcej osób, najpierw z rodziny, a później zupełnie obcych ludzi, którzy z czasem stali mi się naprawdę bliscy. Liczba wyświetleń stale rosła, co budziło moje wielkie zaskoczenie. Pamiętam jak się cieszyłam na pierwszych 1000 wyświetleń. Było to dokładnie 7.12.2010 roku. A teraz, prawie rok później liczba ta powiększyła się o dwa dodatkowe zera. I właśnie z tej okazji, w podzięce za każde wyświetlenie chciałam ogłosić moje pierwsze w życiu CZEKOLADOWE CANDY :) Zawsze podobała mi się idea candy, polegająca na obdarowywaniu jednego szczęśliwca, dlatego też stwierdziłam, że 100 000 odwiedzin jest bardzo dobrym motywatorem, by zorganizować swoje własne candy. Tak, więc moje drogie i moi drodzy, jeśli tylko macie ochotę wziąć udział w mojej cukierkowej zabawie to serdecznie do tego zapraszam. Mam nadzieję, że zgłosi się chociaż jedna osoba, bo naprawdę chciałabym kogoś obdarować ładną niespodzianką :)))

A oto zasady:
  • zostawiamy komentarz z imieniem i adresem mailowym pod tym postem,
  • wklejamy powyższy obrazek na swojego bloga (osoby bez bloga proszę o zamieszczenie informacji np. na swoim facebooku) w widocznym miejscu z aktywnym linkiem do tego postu,
  • nagrodą jest m.in. tanzańska, biżuteryjna niespodzianka, ale to nie wszystko :)))
Czekoladowe Candy zaczyna się dokładnie w chwili opublikowania tego postu, a kończy się 9.01.2012, a dzień później postaram się ogłosić wyniki.
Powodzenia i niech Czekoladowa rączka okaże się dla Was szczęśliwa.

PS. komentarze widoczne są po moim zatwierdzeniu, więc jak to się mówi nic w przyrodzie nie ginie ;)

***

niedziela, 25 grudnia 2011

Święta, święta...

Właściwie to mogę napisać, że już po świętach. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dzień 26grudnia traktuję już jako normalny dzień i złoszczę się, że wszystko wkoło jest pozamykane. Wiem, że z perspektywy osoby pracującej jest to głupie myślenie, ale nic na to nie poradzę, że dwa dni wolnego to dla mnie wystarczająco długo. Te Święta na długo zapiszą się w mojej pamięci, niestety nie z takiej przyczyny jakiej bym sobie życzyła. A to wszystko za sprawą przeklętej gorączki, która nas niestety nie opuściła. Jedynie udaje nam się ją zbić do normalnego poziomu na góra 6 godzin, a po tym czasie temperatura na nowo znacznie wzrasta. Jest to o tyle bolesne, że zupełnie nie wiem co jest tego przyczyną. Bartek nie wygląda na przeziębionego, nie kaszle, nie kicha i nie ma kataru. Za to maruda z niego niesamowita, ale to całkiem zrozumiałe, bo w końcu każdy jest marudny, gdy go coś boli. Gdzieś słyszałam, że statystycznie waga każdego Polaka w trakcie świąt zmieni się o ok. 5 kilogramów, w moim przypadku chyba będzie to 5kg na minus. Od ciągłego zabawiania i tańczenia w rytm Man down i Move like Jagger na bank ubyło mi kilka centymetrów. Grunt, że chociaż na chwilkę Czekoladka może zapomnieć o bólu. A na tą chwilę jestem przekonana, że boli go głowa, bo chwyta się za nią non stop, a także ciągnie się za uszy. Teoretycznie są to symptomy ząbkowania, ale czy to jest przyczyną to nie wiem na 100%. Kolejna sprawa, Bartulek głośno strzela dziąsełkami, gryzie wszystko i wszystkich, a także ślini się niemiłosiernie.  Wszystko wskazuje na ząbki, ale tak czy siak ta wysoka temperatura mnie przeraża. Jeśli do wtorku nie minie to wybieramy się do lekarza. Ech... A miało być tak pięknie :( Nasze pierwsze wspólne świętowanie. Prezenty gwiazdkowe czekają na lepsze, bezbolesne czasy (o moich chciałoby się pisać całe poematy, ale humor nie ten :(). Czekoladkowe prezenty wywołują radość na jego twarzy tylko po zadziałaniu lekarstwa... A trwa to niestety krótko :(((( Ych. Nie tak wyobrażałam sobie pierwsze Święta Bożego Narodzenia mojego Synka :((((
Żeby nie do końca było tak pesymistycznie, to przedstawię Wam nową koleżankę Simby - panią Gąsienicę, która po naciśnięciu przycisków gra różne melodyjki, a po przestawieniu guziczka służy jako mini pianinko :) Na tą chwilę razem z Dużą Czekoladką wymiatamy w Jingle Bells :) Hihihi...


***

sobota, 24 grudnia 2011

"Święta bez pilau, to nie święta".

Pięknie przystrojona choinka, sianko pod obrusem, opłatek na stole, prezenty przyniesione przez Gwiazdkę, jemioła "do całowania" - wszystko na swoim miejscu. Tak w dużym uproszczeniu wyglądają Święta w moim domu. A teraz wyobraźmy sobie słoneczną pogodę, palmy zamiast choinki i pilau zamiast tradycyjnego karpia (to akurat po części jestem sobie w stanie wyobrazić, bo u nas w domu nie ma tradycji jedzenia karpia, ale Święta bez ryby nie mogą być ;p, w tym roku mamy po raz pierwszy łososia mmm :P). Tak z kolei w skrócie prezentują się Święta Bożego Narodzenia w egzotycznej Tanzanii.


24 grudzień - w tym dniu obowiązuje ścisły post (czyli podobnie jak u nas w tradycyjnych domach). Około godziny 18stej Tanzańczycy zbierają się do kościoła w celu oczekiwania na przyjście na świat Syna Bożego. Ludzie wspólnie z chórem śpiewają gospel, radują się i czekają na wielkie wydarzenie, które wkrótce ma się urzeczywistnić. Po północy szczęśliwi ludzie wiwatują, śpiewają i z radosną nowiną wracają do swoich domów. Czas ten sprzyja nawiązywaniu nowych znajomości i radowaniu się ze znajomymi (jak to powiedział mój Mąż: "Można nawet poderwać dziewczynę, iść na spacerek :)" Jednak należy pamiętać, że ulice spowite ciemnością sprzyjają przestępczości, dlatego należy uważać na złodziei oraz chuliganów. Niestety nie wszystkie serca w tym czasie wypełniają się miłością do bliźniego, dlatego ze strachu wiele starszych ludzi oraz najmłodszych nie decyduje się na świętowanie Narodzin Pańskich w kościele. Te kobiety, które zdecydowały się spędzić czas w kościele, po powrocie przygotowują produkty i niektóre potrawy, które przez noc nabierają "lepszej jakości". Dnia 25 grudnia, mężczyźni z kolei wstają skoro świt, w celu przygotowania mięsa (ekhm... niestety niektórym krowom, owcom, kurczakom i kozom nie jest dane świętować Narodzin Jezusa), następnie kobiety przygotowują śniadanie (wykorzystując produkty przygotowywane w nocy) składające się z tradycyjnych potraw takich jak:  

vitumbua (podobno baaardzo tłuste) z herbatką,
http://www.dianilife.com/diani-beach-guide/swahili-breakfast/
mandazi z herbatą lub z zupą z koziny lub z kury,
http://mamarehema.wordpress.com/2010/01/03/mandazi/
sambusa z zupą,
http://2.bp.blogspot.com/_PtQfEBUQorM/Sxrimb38SGI/AAAAAAAAA5k/4vyixR8_cP8/s400/sambusa_open_thumb%5B1%5D.jpg
chapati z herbatą lub zupą z mięsa koziego.
http://www.manjulaskitchen.com/2007/03/21/roti-chapati-flat-indian-bread/
Przed obiadem następuje tradycyjne łamanie się opłatkiem (Mkate wa Yesu). Na obiad przygotowywane są potrawy z ryżu, ziemniaków, mięsa, cebuli, oleju (tzw. pilau, które miałam okazję jeść nie raz w swoim życiu. Jest to druga w kolejności, moja ulubiona potrawa tanzańska mmmm :) oraz sałatki. Mój Mąż nie wyobraża sobie Świąt bez tradycyjnego pilau, dlatego być może jutro będzie mi dane skosztować tego przepysznego dania :))) Po obiedzie wszyscy ludzie wyciągają nowiuteńkie ubrania specjalnie zakupione na święta i wszyscy razem odświętnie ubrani wybierają się na plażę lub na miasto i wspólnie ze znajomymi spędzają pierwszy dzień Świąt.
26 grudnia w Tanzanii znany jest jako Boxing Day - czyli dzień, na który czekają wszystkie dzieciaki, podobnie jak w innych krajach w tym dniu ludzie obdarowują się prezentami :) Najczęściej są to produkty dnia codziennego takie jak: długopisy, zeszyty, buty, ubrania czy zwykłe kartki świąteczne.

Tak oto mniej więcej wyglądają Święta w Tanzanii. U nas w domu mamy namiastkę tanzańskich Świąt za sprawą tzw. gwiazd betlejemskich (niestety sztucznych :/), którymi udekorowany jest nasz dom (w Tanzanii w okresie Świąt drzewa tzw. Christmas Tree, kwitną na czerwono sygnalizując, że nastał świąteczny czas. Ludzie ucinają gałązki z czerwonymi kwiatami i ozdabiają wnętrza swoich mieszkań. Ot taka odmiana choinki w Tanzanii :P). Dodatkowym elementem łączącym Tanzanię i Polskę są światełka choinkowe, które także zdobią domy zarówno tam, jak i tu. 


Korzystając z okazji świątecznego wpisu pragnę Wam wszystkim życzyć spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia, smacznej kolacji wigilijnej, wspaniałych prezentów, szczerych przyjaźni, samych radości, optymizmu i co najważniejsze dużo, dużo zdrowia dla Was i dla Waszych rodzin, bo gdy ono jest, to o wszystko łatwiej. 
Mamom i Tatusiom ząbkujących dzieciaczków życzę dużo cierpliwości, a dzieciaczkom szybkiego, jak najmniej bolesnego pojawienia się ząbków, z kolei przyszłym Mamom życzę dużo zdrowia i radosnych chwil w dwupaku oraz bezbolesnego rozwiązania :)


Kheri Ya Kristmasi kwa wote! :)  
Wesołych Świąt dla wszystkich :)

***

piątek, 23 grudnia 2011

Gorąąąący czas.

A to z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest nieprzyjemny, nieciekawy i bolesny. Drugi z kolei bardzo, ale to bardzo miły. Ale może zacznijmy od pierwszego. Nie wspominałam Wam tutaj o tym, ale pisałam raz na fb, że od kilku tygodni jestem przekonana, że Bartek ząbkuje. Najpierw "widziałam" ząbka u góry (który w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął), a teraz jestem przekonana (i nie tylko ja), że ząbki pojawiły się na dole. Dodatkowym symptomem naszego ząbkowania jest Bartulkowa gorączka, która nie pozwala mu spać. Po prostu tragedia. Jest to o tyle męczące, że zupełnie nie wiem jak mu pomóc. Oczywiście w ruch poszły czopki przeciwbólowe oraz IBUM, ale ileż można tak funkcjonować?. Ech. Z tego wszystkiego Bartek nauczył się pluć na odległość, niczym Jack z Titanica :P i tym sposobem nie ma miejsca w mieszkaniu, które nie byłoby obślinione. Na okres ząbkowania zrezygnowaliśmy z podawania kaszki, bo Bartulek niechętnie ją przełyka, a jeśli już coś weźmie do buzi to od razu ląduje to na podłodze/mamie/babci/tacie. Jedyne co toleruje to cycuś. Mam nadzieję, że ząbki szybko się pojawią i dadzą nam spokój. Chociaż na spokojne Święta chyba już nie ma co liczyć... Byle do pierwszego ząbka :)


Druga część wpisu jest znacznie przyjemniejsza. W naszym domu (jak pewnie u większości z Was) zapanowały gorące przygotowania przedświąteczne. Tak jak wspominałam kilka wpisów temu, przygotowaliśmy niespodziankę dla rodziców mojego Męża. Poopisywaliśmy wszystkie zdjęcia (a było naprawdę ciężko :P, bo jak wytłumaczyć komuś kto nigdy nie widział smoczka na oczy, co Bartulek ma w ustach na większości zdjęć? Wymyśliliśmy, że nazwiemy to sztucznym cycem hehe :P Dodatkowym utrudnieniem było pisanie w języku suahili. Mój Mąż wyręczył się mną przy opisywaniu zdjęć, dlatego wszystko nieźle przedłużyło się w czasie, no ale dałam radę :))), napisaliśmy list (Mąż swoją część, a ja swoją :P. Na końcu swojej części ostrzegłam, że dopiero uczę się suahili, hihi, żeby nie było niedomówień ;]), dołączyliśmy kartkę świąteczną z życzeniami, do której włożyliśmy dwa małe opłatki i wszystko wysłaliśmy listem do gorącej Tanzanii. Niestety okres świąt opóźni troszkę dostarczenie listu, no, ale grunt, że już sobie leci tam gdzie ma lecieć :))))) 


Kolejnym etapem przygotowywań było udekorowanie choinki. Tego zadania podjęła się Babcia, która pięknie udekorowała świąteczne drzewko :) DZIĘKUJEMY CI BABCIU :*

 
Reakcja Bartusia była zupełnie inna niż się spodziewałam. Wydaje mi się, że migoczące światełka oraz mnóstwo bombek tak go zaatakowały, że chłopak postanowił spasować. Generalnie najwięcej radości sprawia mu trzymanie drewnianego konika i bałwanka :P


Dzisiaj wszystko spisane "na kolanie", ale jutro obiecuję powrócić z bogatszym wpisem, a także z życzeniami :) Tak więc, do jutra! :)
 
 ***

środa, 21 grudnia 2011

MAM niekapek, czyli uczymy się pić z kubeczka...

A z tą nauką łatwo nie było, oj nie, ale liczą się chęci, c'nie? Niekapek MAM - Learn To Drink Cup to nasz trzeci kubeczek do nauki picia. Wcześniejsze dwa zostały schowane wraz z innymi nieużywanymi rzeczami do szafki jakiś czas temu. Pierwszy  okazał się za ciężki dla Barulka (przeznaczony jest dla starszych dzieciaczków), a drugi zwyczajnie się nie sprawdził. A jak było z MAMowym niekapkiem?


Pierwsze nasze podejście do testowania było jedną wielką zabawą. Po wcześniejszym wyparzeniu  niekapka we wrzącej wodzie, Mama podała niekapiącą buteleczkę Czekoladce do bliższego zapoznania się. Karmelek popatrzył znacząco na Mamę, przyjął bardzo mądry wyraz twarzy, chwycił kubeczek w swoje sprawne rączki, zaczął nim obracać, a następnie eksperymentować czy i na to niebieskie cudeńko działa ziemska grawitacja. Po tym krótkim eksperymencie, Bartulek szybko odkrył, że kubeczek, tak jak inne przedmioty rzucane na ziemię, z hukiem spada na podłogę robiąc głośne bum. Od razu na Bartusiowej twarzy zagościł wielki smile, zapanowała ekscytacja i w oczach zapaliła się lampeczka z napisem: "Jeszcze raz, jeszcze raaaaz". Po kilku kolejnych próbach Czekoladka wyciągnęła wniosek - niekapek jest nasz, ziemski, nie unosi się i przyjemnie odbija się od podłogi. Ok... Można przejść do kolejnego etapu testowania.


Etap drugi testowania pt. "A co to jest to zielone? A to niebieskie? Let's try it". Do tego etapu Czekoladki nie trzeba było w ogóle zachęcać. Pierwsza reakcja Bartuni na buteleczkę była bardzo naturalna i łatwa do przewidzenia. W końcu jeśli niekapek ma być Czekoladowym przyjacielem to wiadomym jest, że trzeba go dokładnie obgryźć i obślinić. Hmm... I jak się domyślacie, ta misja została wykonana przez Simbę w 100%.


Dopiero w trzecim etapie przeszliśmy do meritum testowania. Jak ono wypadło? Hmm... troszkę lepiej niż w przypadku pozostałych niekapków. Chociaż nie do końca tak jakbym tego chciała. Ale jak już nie raz powtarzałam, nie od razu Rzym/Kraków zbudowano, więc nie zniechęcamy się. Na tą chwilę buteleczka służy nam w głównej mierze do zabawy, ale to ma swoje plusy. Wszak, żeby czegoś dobrze się nauczyć trzeba to dobrze poznać. My jesteśmy na etapie dogłębniejszego poznawania naszego MAMowego niekapka. Na tą chwilę Bartulek nie umie jeszcze sam pić z kubeczka, ale jak to się mówi praktyka czyni mistrza. Myślę, że u nas dodatkowym utrudnieniem jest fakt, iż Czekoladka wciąż jest na cycusiu, stąd też w Bartuniu tak zaawansowany odruch ssania. Widząc jakąkolwiek smoczek od razu nakazuje mu cysiać jak Pana Cyca. 


Dodatkową trudnością dla Karmelka okazał się brak uszek przy kubeczku, przez co cały czas wyślizgiwała mu się z rączek. Chociaż nie wiem na ile spowodowane to było samą buteleczką, a na ile "złośliwością" Króla :)

Co do plusów, to nie sposób nie powiedzieć o cudownych, żywych kolorach buteleczek. No wprost urocze. Poza zaprezentowanym przez nas kolorem niebieskim, firma MAM oferuje także: wprost wymarzony dla małych księżniczek różowy kubeczek, a także neutralny zielony idealny zarówno dla dziewczynki, jak i chłopca :) Myślę, że z łatwością wpisują się one w gusta różnych Mam (zainteresowane osoby zapraszam do skorzystania z 10% rabatu - szczegóły banerek nad wpisem :P). Sama zastanawiałam się nad zielonym, ale w ostateczności zdecydowałam się na całą niebieską kolekcję MAM :)

Kolejny plus - kołnierz, który zapobiega wylewaniu się płynu jest łatwy w zakładaniu i zdejmowaniu, co jest bardzo przydatne podczas czyszczenia buteleczki. Idealnie pasuje do przeznaczonej dla niego dziurki i w 100% spełnia swoją funkcję (oczywiście przed podaniem niekapka dziecku należy sprawdzić, czy wszystko działa ok :P).


I na koniec jeden z ważniejszych według mnie plusów - produkty MAM są w 100% pozbawione bisfenoluA. Brawo! :)


Podsumowując, niekapek MAM bardzo przypadł mi do gustu, zarówno pod względem wyglądu, jak i użyteczności. Z pewnością będziemy podejmować dalsze próby nauki picia z MAMowej buteleczki, nawet po cichu liczę, że podczas naszych wiosennych spacerków najważniejszym elementem naszej torby będzie MAMowy kubeczek z piciem dla Czekoladki.
***